13:45

Orientana | Serum z witaminą C i morwą białą



Do napisania recenzji serum Orientana z witaminą C i morwą białą podchodziłam już kilka razy. Za każdym razem miotały mną zbyt silne emocje.Mimo że jestem statecznym człowiekiem, bardzo spokojnym, ta niepozorna buteleczka z pipetą doprowadziła mnie do prawdziwej furii, rozgoryczenia, żalu, a nawet płaczu. Już nawet nie wiem na kogo jestem zła.


Przez długi czas nie wiedziałam co tak naprawdę pogarsza stan mojej cery. Początkowo, winą obarczyłam serum marki Orientana, jednak po jakimś czasie odeszłam od tej myśli, obserwując stan mojej cery po kilku tygodniach stosowania serum. Następnie, myśl powróciła jak bumerang, gdy moja praca nad cerą, zaczęła iść na marne, a zaskórniki na brodzie powróciły, nie wspominając o zapchanych porach na nosie i tuż przy nim. Do pielęgnacji włączyłam nowe produkty pielęgnacyjne, więc tak naprawdę nie wiedząc już co ewidentnie nie służy mojej skórze - zrobiłam ponowne testy, ponownie wykluczyłam nowe produkty i dałam serum ponowną, aż 4 tygodniową próbę. Jak się okazało, moje pierwsze wrażenia okazały się bardzo trafne i powinnam bardziej polegać na własnej intuicji. Dzisiaj, jestem pewna, ze zakup serum był dla mnie stratą pieniędzy i niepotrzebnie przez włączenie nowego produktu zrobiłam krok do tyłu. Jestem zła na siebie, że uległam konsumpcjonizmowi w najlepszej postaci (serum można było zakupić w tańszym, świątecznym zestawienie z okropną maską z luffą azjatycką) i nie licząc straconych pieniędzy, mój stan cery nie jest już tak idealny.

Nie chciałam pisać tej recenzji pod wpływem emocji, długo powstrzymywałam się, ale czara goryczy musiała w końcu się przelać. Moje pierwsze spotkanie z pielęgnacją twarzy Orientana jest definitywnym końcem mojej przygody, nie mam po prostu cierpliwości i nerwów, by powracać nawet myślą do tych traumatycznych przeżyć dla mojej skóry. Począwszy od strasznej i okropnej maski z luffą azjatycką (maseczka była jednorazowa i to wystarczyło, by wydać mój ostateczny osąd na jej temat), która miała być niezwykle przyjemnym i odprężającym zabiegiem pielęgnacyjnym. To nie czas i miejsce na opiniowanie maski, gdyż użyłam jej tylko raz i nie zamierzam więcej, ale bardzo chciałabym przestrzec przed jej zastosowaniem. Począwszy od ceny, aż po działanie i traumę do końca życia. Nigdy w życiu nie miałam tak okropnej maseczki, siedzenie z nią na skórze było dla mnie nie lada wyczynem, a efekty po wywołały tylko płacz i boleści. Luffa azjatycka zafundowała mi okropne zmiany naciekowe i drobne, ropne krostki, dzięki kuracji retinoidem pozbyłam się ich szybko, ale pozostały niepotrzebne, kolejne blizny. Będę brutalna w swoich słowach, ale to tylko potwierdza, że zdecydowana większość polskich kosmetyków naturalnych jest na jedno i to samo kopyto, co strasznie mnie frustruje. Chciałabym, by w końcu pojawiło się coś nowego, odpowiedniego dla skóry wymagającej. Wiem, że może to być po części krzywdzące dla firm, których nie znam zbyt dobrze, być może dam szansę jeszcze kilku markom, które całkiem dobrze sobie poczynają w kosmetycznym świecie. Może. Na razie nie mam już siły na takie eksperymenty, jestem wkurzona i nie widzę innej możliwości, jak przymusowe przerzucenie się na droższą pielęgnację apteczną i specjalistyczną zagranicznych marek.

Serum Orientana ma żelową, żółtą, klejącą formułę. Już od początku wiedziałam, że coś mi nie pasuje w tym produkcie. Żel nałożony na suchą skórę, potwornie się lepi, nie wiem, co sobie ktoś o tym myślał, wypuszczając coś takiego na rynek. Nawet pozytywne działanie serum przyćmiewa tak okropna formuła, przez wspomnianą lepkość nałożenie kremu na serum jest niemożliwe - staje się toporny i obciążający. Problem jest także z wykonaniem makijażu - serum ściąga skórę, produkt nie rozprowadza się równomiernie i traci na trwałości. Lepkość redukuje rozcieńczenie serum glikolem propylenowym, pomaga również aplikacja na mokro, ale chyba nie o to chodzi, prawda? Po to są wstępne testy, aby tego uniknąć, ale widocznie ktoś chciał po prostu taniej - łatwiej zażelować maksymalnie serum gumą ksantanową i robić za lep na muchy.

Tak naprawdę, okropne walory użytkowe są szczytem góry lodowej, bo cała droga dotarcia do serum odsłania mi więcej negatywów z jego stosowania niż pozytywów. Nie mogę zaprzeczyć lekkości serum, ale jest ona tutaj zdecydowanym minusem stosowania serum - mimo że nie pozostawia tłustego filmu, pozostawiona samodzielnie bardzo ściąga skórę i błyskawicznie ją odwadnia. Mimo ze lubię lekkie kosmetyki, ten produkt nie wpisuje się w ten standard. Ponadto, podrażnia lekko skórę i powoduje szczypanie, zapewne to wina witaminy C,  ale i ogólnie rzecz biorąc, całej kompozycji.

Serum zawiera powyżej 5% czystej wit C przy czym wzmocnione jest innymi naturalnymi składnikami działającymi na przebarwienia - morwą, lukrecją i ekstraktem ze skórki cytryny co podwyższa jej stabilność. Razem składników działających na przebarwienia jest ponad 12%. Nie ma jednak wiadomości dotyczącej co do stabilności serum - biorąc pod uwagę najmniej stabilną formę kwasu askorbinowego, przydatność serum do 6 miesięcy jest aż na wyrost. Zaledwie po 10 tygodniach serum ściemniało, a wiec doszło do rozkładu witaminy C, co definitywnie zakończyło moją przygodę z Orientaną. Producent nie zalecił i nie zamieścił żadnej informacji na temat przechowywania serum w niskiej temperaturze i ochronie przed światłem słonecznym, w takich warunkach prawdopodobnie serum nieprawdopodobnie utraciłoby właściwości znacznie szybciej oczywiście, instynktownie przechowywałam serum w niższej temperaturze. Nie owijałam go żadną folię, nie chcąc przyspieszać rozkładu witaminy C.  Szkoda, że firma nie pomyślała nad stabilniejszą formą witaminy C, praktycznie zerowe efekty z użytkowania serum utwierdziły mnie w fakcie, że warto inwestować w stabilne i pewne kosmetyki. 

Efekty i odczucia podczas stosowania serum mam różne, stosuję retinoidy, więc takie środki działają na mnie intensywniej.Skłamałabym, mówiąc, iż serum nie zrobiło kompletnie nic z moją cerą - w jakimś stopniu przyczyniło się do lekkiego rozjaśnienia przebarwień, ale efekty są ledwo dostrzegalne gołym okiem, co dziwi mnie w przypadku produktu z witaminą C. Nie zauważyłam złagodzenia rumienia, ani poprawy elastyczności skóry, czy rozjaśnienia cery, jakie następuje przy użyciu nawet niestabilnego serum z witaminą C domowej produkcji na świeżo. Czasami, zastosowane wieczorem, faktycznie, lekko rozpromieniło moją cerę, ale stojąc ponownie przed wyborem, wolałabym jednak zainwestować w Aurigę lub liposomalną witaminę C, gdzie efekty są od razu. Moim zdaniem, to strata czasu i pieniędzy, niestety. 

Serum nie miało jednak obojętnego wpływu na moją cerę i w przeciągu tych kilku tygodni, pogorszyło jej stan. Zauważam większą ilość zaskórników i zapchane pory, które dotąd były mi obce. Mimo że formuła jest złudnie lekka i z pewnością nie tłusta, obciąża moją cerę. Nie znoszę gliceryny w kosmetykach, w połączeniu z  trójglicerydami (przymrużyłam jednak oko na ich małą ilość, co więcej, producent nie podaje ich zawartości w oficjalnych informacjach, widnieje to JEDYNIE na opakowaniu, co włącza mi jeszcze dodatkowego agresora) mogłam się spodziewać takiego,a  nie innego finału. Nie sądziłam, ze serum, które wysusza, może jeszcze dodatkowo działać komdogennie, a z każdym użyciem powodować nalot pryszczy. Myślę, że słowo pryszcz pasuje tu jak ulał, często określam zmiany ropne ładniejszym terminem, ale moje rozgoryczenie sięga zenitu. No cóż, ten produkt łączy chyba wszystkie negatywne cechy, których unikam w kosmetykach.

Serum dodatkowo podrażnia delikatną cerę, po części to wina witaminy C, ale przede wszystkim mocnego aromatyzowania kosmetyków. Produkt nie jest odpowiedni dla alergików i delikatnej cery.

Producent zapewnia jednak,iż serum Orientana jest naturalnym, bogatym eliksirem z wysoką zawartością składników aktywnych. Nie można oczywiście temu zaprzeczyć, ale chciałabym, by taka informacja o składzie procentowym składników aktywnych widniała na etykiecie, jeśli ktoś już się tym przechwala. Nie jesteśmy idiotami i wolałabym jednak mieć pewne i stwierdzone fakty na etykiecie. Nie pogardziłabym także opinią na temat stabilności serum, mogłam się tego spodziewać po zastosowaniu kwasu askorbinowego, ale za taką cenę serum, można było jednak zastosować bardziej stabilną formę witaminy C, niekoniecznie formy lewoskrętnej, ale soli sodowej monofosforanu kwasu askorbinowego, substancji stabilnej chemicznie. Mniej efektywnej, ale jednak stabilnej. Serum nie zawiera PEGów, silikonów, parabenów, glikolu propylenowego, syntetycznych składników i pochodnych ropy naftowej, ale to nie wystarczyło, by było bezpieczne dla mojej problematycznej skóry, gdyż producent nie żałował ani gliceryny, ani trójglicerydów, ani gumy, która w głównej mierze odpowiada za tak lepkowatą postać serum. 

Serum jest ponoć idealne dla cery z przebarwieniami, naczynkowej, wiotkiej, zmęczonej, bez blasku. Mogłabym bardzo polemizować w tym temacie. Myślę, że moje słowa nie są w stanie zobrazować więcej. Podczas regularnego stosowania serum z Orientany moja cera była wówczas porządnie wysuszona i odwodniona. Nie jest to jedynie wina serum z  witaminą C, gdyż stosowałam retinoid trochę częściej niż aktualnie, aczkolwiek brak efektów pod względem rewitalizacji i rozjaśnienia cery, które są niemal natychmiast po zastosowaniu serum z tą witaminą bardzo mnie zdziwiło. Serum nie robi kompletnie nic pod tym względem. A na pewno nie witamina C, która ustabilizowana jest bardzo efektywna i działa niemal błyskawicznie. Pod koniec stycznia, gdzie do pielęgnacji włączyłam stabilną, olejową witaminę C, cera jak na pstryknięcie palcami, natychmiast rozjaśniła się, poprawiła się elastyczność i jakość skóry, wygląda po prostu młodziej, a na pewno nie na zmęczoną. Moim zdaniem, to wystarczy, by stwierdzić jednogłośnie, że serum Orientana zwyczajnie nie działa. Za tę cenę, wolę kupić tetraizopaltyminian askorbylu lub zaoszczędzić i zainwestować w naprawdę skuteczny produkt.


Serum jest wydajne, 30ml produkt wystarcza na około 12-16 tygodni codziennego stosowania. Dużo zależy od ilości jakiej użyjesz, u mnie, było to jedno pociągnięcie pipetą. Nie wykorzystałam kosmetyku do końca, ale chyba mnie rozumiecie. Ciemniejsza barwa, utlenionego kwasu askorbinowego zdjęła ten niepotrzebny bagaż wyrzutów sumienia z moich pleców i po prostu pozostała zawartość poszła do odpływu. Zostawiłam sobie jednak buteleczkę z pipetą, jest świetna, bardzo szczelna i nic się z nią nie dzieje, to miła odmiana po psujących się opakowaniach ze stron z  półproduktami.

To, co od razu rzuciło mi się w oczy, a raczej uderzyło porządnie w nozdrza i spowodowało zawroty głowy, to zapach. Kosmetyki Orientana są bardzo mocno aromatyzowane. Wiele z nich przez to bardzo mnie uczula, mam wrażenie, że ktoś mi wylał flakon swoich ulubionych perfum prosto na twarz. Serum, ma łagodniejszy, ale nadal intensywny, cytrynowy, lekko słodki zapach. Może z tego powodu sięgam chętniej po kosmetyki apteczne. Lubię naturalne produkty, ale raczej pachnące subtelnie, naturalnie, a tutaj, moim zdaniem wyszło za bogato, podobnie jak w tonikach do twarzy, które bardzo lubię, ale taka koncentracja olejków eterycznych wręcz działa toksycznie na moją skórę. Nie dla mnie orientalna pielęgnacja, widocznie jestem zbyt przyziemna i europejska.

Może chciano dobrze, nie wiem, ale wyszło słabo. Takie jest moje zdanie. Cena, jest kwestią dyskusyjną. Dla innych jest wysoka, dla drugich - do przełknięcia. Biorąc pod uwagę mnogość składników - lukrecja gładka, morwa biała, aloes, ekstrakt ze skórki cytryny, modrak morski, dzika róża , olej jojoba, serum zapowiadało się naprawdę ciekawie. Szkoda, ze zastosowano tak niestabilną formę kapryśnej witaminy C, a kompozycję niepotrzebnie tak zażelowano. Z pewnością dodatek gumy ksantanowej zwiększył wydajność serum.. ale jednak lepszym pomysłem byłoby serum wodne.

I tak oto pozytywnym akcentem zakończam temat serum, kremów i nieprzewidzianych zakupów, będę rozsądniejsza, obiecuję ;) Muszę wyzbyć się resztek mojej miłości do pielęgnacji i podchodzić kalkulacyjnie do tematu :) Od pewnego czasu kuszą mnie kosmetyki Phenome, układam nową pielęgnację po odłożeniu retinoidów, jeśli macie z nimi styczność, to koniecznie dajcie znać jak się sprawdzają. warto, czy nie warto? Przyznam, że kilka produktów mnie zainteresowało, ale nie wiem czy warto, impreza z Phenome trochę kosztuje i olałabym uniknąć wylewania krokodylich łez :)

INCI: Aqua, Ascorbic Acid (wit C), Aloe Vera Callus Extract, Morus Alba Leaf Extract, Glycyrrhiza Glabra Root Extract Glycerin, Citrus Medica Limonium Peel Extract, Sodium PCA, Aquaxyl, Blue Seakale S.C. (Caprylic/Capric Triglyceride and Crambe Martima Leaf Extract), Xanthan gum, Rosa Indica Flower Extract, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopherol, Undecylenoyl Phenylalanine, Polysorbate 20, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.

Koszt 30ml/ 50 zł

Wpis nie jest sponsorowany. 


Pozdrawiam,
Ewa