Popularne posty

12:00

BŁOTO BOROWINOWE (NIEODWODNIONY TORF KOSMETYCZNY) W PIELĘGNACJI SKÓRY Z TRĄDZIKIEM

BŁOTO BOROWINOWE (NIEODWODNIONY TORF KOSMETYCZNY) W PIELĘGNACJI SKÓRY Z TRĄDZIKIEM
torf maska do twarzy torf kosmetyczny borowina plus na twarz trądzik jak pozbyć się zaskónikow

Moje ciało listopadową porą zamarza. Rozdygotane od zimna, uwielbia być opatulane grzewczymi, miękkimi wełnami i pojone gorącymi, aromatycznymi trunkami zasładzanymi hojnie naturalnym miodem. Nie daję się jednak zwieść jesiennej rozkoszy, bowiem ten błogi czas co rok jest zwiastunem nadchodzących ociężałym chodem problemów skórnych: moja delikatna, trudna skóra chłostana brutalnie mroźnymi podmuchami wiatru reaguje niemal histerycznie: nasila się trądzik, pogrąża odwodnienie, utrwala rumień. 

Nauczona doświadczeniami wiem doskonale, zwłaszcza w tych trudnych momentach remisji, jaki model postępowania sprawdza się u mnie najlepiej oraz jak ogromne znaczenie ma w moim przypadku pielęgnacja specjalna - regularnie przeprowadzane terapeutyczne okłady na bazie naturalnych, wysoko zmineralizowanych błot, glinek i soli morskich pozwalają uzyskać mi prawdziwy relaks i utrzymać właściwą kondycję cery, niezależnie od przeszkód z jakimi przyjdzie mi się zmierzyć. Do odkryć ostatnich miesięcy mogę z pewnością zaliczyć czysty, nieodwodniony torf kosmetyczny, który dla wielu z Was prawdopodobnie okaże się nowością.

BOROWINA PLUS

Torf, podobnie jak inne błota, muły i gliny, to peloid - naturalna postać geologiczna o leczniczych właściwościach, stosowana w formie nieprzetworzonej, zupełnie naturalnej, najczęściej mieszana jedynie z wodą. Podobnie jak powyższe, jest to substancja hipoalergiczna.

Za borowiną, a dokładnie pozyskiwanym z niej bogatym preparatem torfowym, stoi niesamowita historia -  polska historia. Renomowany i darzony sympatią profesor botaniki - a jakże, Stanisław Tołpa, którego to nazwisko jest nieprzypadkowo powiązane z marką kosmetyczną o tymże samym nazewnictwie, po latach niepowodzeń, opracował unikalny i w 100% naturalny ekstrakt torfowy. Dzięki posiadanej szerokiej wiedzy botanicznej nie postrzegał on leczniczej substancji jedynie jako szczątków obumarłych roślin. Nie mnie oceniać skuteczność opracowanego preparatu, ale historia ciemnego torfu skrywa w sobie sporo, równie ciemnych tajemnic. Wizja leku była daleka od myśli polskiego profesora, który poświęcił całe swoje życie niesamowitej wartości polskiej, zhumifikowanej ziemi. Niewłaściwi ludzie, nieudane inwestycje i nie do końca czyste intencje  inwestorów sprawiły, że temat torfu w farmacji po pewnym czasie umarł śmiercią naturalną.

Borowina jest szczególnie aktywną, nieodwodnioną postacią leczniczego błota torfowego. Posiada znamienny, mało przyjemny zapach nawozu naturalnego. Zawiera bogactwo unikalnych związków aktywnych o silnych właściwościach regenerujących, oczyszczających i antyoksydacyjnych. To preparat o wysokiej bioaktywności chemicznej. Stosowany na skórę działa ściągająco, hamuje silnie stan zapalny oraz pobudza właściwe procesy regenerujące (głównie dzięki przekrwieniu skóry), co jest kluczowe w pielęgnacji skóry trądzikowej - będącej jednocześnie skórą uszkodzoną, narażoną na ogrom procesów wolno rodnikowych.

Jak dotąd najlepszą i najbardziej aktywną borowiną, jaką udało mi się dostać u rodzimych producentów, jest wzmocniona wodnym, zagęszczonym ekstraktem, Borowina Plus producenta farmaceutyków Sulphur-Zdrój.

SPOSÓB I EFEKTY STOSOWANIA 

Borowinę można stosować samodzielnie, z wodą, klasycznie, jak i rozpatrywać ją w roli składnika aktywnego masek oczyszczających, stosując w mniejszym stężeniu i na bardziej kremowej, łagodnej, nabiałowej bazie. Działanie nieodwodnionego, narodowego torfu można uznać za wyjątkowe, bowiem jak dotąd żaden preparat ani zabieg w takim stopniu nie poprawił stopnia oczyszczenia mojej cery, jak okłady z borowiny, właśnie.

Klasyczne okłady borowinowe mieszane z wodą dogłębnie oczyszczają skórę, efekt ten podbija znacznie przyspieszona cyrkulacja krwi, która znosi dolegliwości bólowe - skóra po nałożeniu borowiny jest intensywnie pobudzona, co czuć szczególnie podczas spłukiwania okładu chłodną wodą. Czynność ta nie należy do trudnych, bowiem borowina nie wchodzi w zakamarki skóry i jest niesamowicie łatwa do usunięcia przy użyciu samych rąk i bieżącej wody. Znacznie trudniej jest ją równomiernie rozprowadzić, borowinowa, toporna pasta wymaga dodatkowego zwilżenia oraz stoickiego spokoju podczas aplikacji. Pomijam już dodatek olejków eterycznych, bowiem waloryzują one efekt drażniący torfu, a sam efekt oczyszczający po okładach w moim przypadku jest w pełni satysfakcjonujący. Zapoznając się z papierową, prowizorycznie umocowaną ulotką producenta Sulphur Zdrój, zaskoczyły mnie ogromnie zalecenia i zastrzeżenia producenta, jednak po zastosowaniu tak aktywnego preparatu muszę przyznać mu sporo racji - ze względu na intensywne pobudzenie mikrokrążenia, nie zalecałabym stosowania borowiny w formie klasycznych okładów na większe partie osobom z zaburzeniami krążenia oraz miejscowo cerom wrażliwym z tendencją do rumienia oraz w fazie silnego stanu zapalnego skóry z ranami ropnymi i wysiękowymi.

Okłady borowinowe uskuteczniam na zanieczyszczonej, ale niezmienionej zapalnie skórze - najczęściej po nieprzespanych nocach i regularnym noszeniu makijażu, gdy mojej trądzikowej skórze zaczyna brakować młodzieńczego wigoru i zauważam narastające objawy skóry zaniedbanej - nagle pojawia się większa ilość kłębiącego się pod palcami martwego naskórka, zaskórników (głównie otwartych), zanieczyszczonych i poszerzonych porów, a nawet notuję obecność łojotoku, z którym na co dzień nie mam najmniejszego problemu. Borowina fantastycznie normalizuje problematyczne rejony skóry: oczyszcza naskórek, zmniejsza ilość zaskórników (najlepiej ze wszystkich dotąd poznanych mi okładów) i zwraca mu świeży, jednolity, zdrowy koloryt.

Okład torfowy w żaden sposób nie przypomina mi efektów po klasycznych okładach glinkowych - pory nie są nadmiernie obkurczone, a naskórek nie bywa ściągnięty i wysuszony (wręcz rozluźniony i przyjemnie wygładzony), a raczej złudnie przypomina kondycję skóry po aktywnym wysiłku - jest zdrowo zaczerwieniony, gładszy, bardziej mięsisty w dotyku i sprawia wrażenie czystego, zdetoksykowanego, dotlenionego. Niweluje skutecznie miejscowy łojotok (w przypadku łojotoku endogennego może jedynie zmniejszać aktywność gruczołów łojowych, ale ze względu na patogenezę wewnętrzną będzie on jedynie oddziaływał w sposób doraźny), bez waloryzowania odwodnienia skóry. Okłady trzymam na mojej dość opornej skórze, maksymalnie przez 15 minut. Borowina lecznicza może okazać się idealną opcją dla zanieczyszczonych, odwadniających się, klasycznych łojotokowych i dojrzałych typów cery, które raczej nie mają problemów z nadreaktywnością naczyniową i które nie do końca tolerują działanie glinek lub też pragną pewnego urozmaicenia w pielęgnacji specjalnej.

Jak już wyżej napisałam, nie zawsze, mimo tak pozytywnych emocji, jakimi darzę polską borowinę, jestem w stanie jej używać samodzielnie, szczególnie, gdy na mojej twarzy pojawiają się zmiany zapalne (które zaostrza, może być to efekt jak najbardziej pozytywny, szczególnie przy zmianach naciekowych, opornych, gdzie należy ewakuować treści zapalne) oraz naskórek przejawia symptomy skóry wrażliwej. Doskonałym kompromisem, jest traktowanie borowiny jak substancji aktywnej - może być to niewielki dodatek do klasycznych okładów glinkowych, a nawet maseczek kremowych. Wówczas borowina działa o wiele łagodniej, choć zachowuje swoje unikalne właściwości oczyszczające. Polecam również niewielki dodatek torfu do żelu myjącego - świetnie oczyszcza i ma jedynie krótkotrwały kontakt ze skórą.

Wskazania: skóry łojotokowe, nasilone hiperkeratynizacje, trądzik zaskórnikowy, skóra zanieczyszczona i dojrzała, niektóre zmiany naciekowe,
Przeciwwskazania: skóry wrażliwe, delikatne, naczyniowe, z nadreaktywnością naczyniową, klasyczny trądzik różowaty, zaburzenia krążenia, zmiany zapalne i wysiękowe,

DOSTĘPNOŚĆ I CENA

Po przemaglowaniu doszczętnie oferty producenckiej, stwierdzam uczciwie, że jak dotąd najlepszą borowinę aktywną posiada producent Suphur Zdrój, polecam szczególnie wersję wzmocnioną - Plus. Koszt niewielki - kilogramowe wiaderko to koszt liczący poniżej 30 złotych.

INCI: Peat, Peat Extract, Ethylparaben.

ARTYKUŁ NIE JEST SPONSOROWANY.

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

16:00

NISZCZ PRYSZCZ | ZIOŁOWA SERIA PRZECIW NIEDOSKONAŁOŚCIOM SKÓRNYM

NISZCZ PRYSZCZ | ZIOŁOWA SERIA PRZECIW NIEDOSKONAŁOŚCIOM SKÓRNYM

Parzone gorącym strumieniem z porcelanowego, wypolerowanego uprzednio gładką ściereczką, imbryczka napary, wrzące w kotle aromatyczne, gorzkie, kłączowe mikstury, alkoholowe, zakręcane wydrążonym kołkiem z drzewa bukowego nalewki... Mimo że wiedza wykorzystywana przez nasze prababki była mocno nacechowana praktyką i czynnikami kulturowymi, a ziołom i sporządzanym z nich przetworom przypisywano pozaziemskie właściwości, działanie fitoterapii i jej oddziaływanie na zmysły, okazywało się na tyle skuteczne, że metodą pokoleniową, wiemy, bez zagłębienia się w biochemiczne szczegóły, jak melisa doskonale łagodzi zszargane nerwy, kwiat lipy przynosi ulgę bolącej, suchej śluzowce gardła, a piołun znakomicie zwalcza nadkwasotę żołądka. Skutecznych rozwiązań w medycynie ludowej nie brakowało również w raczkującej dermatologii, bowiem zioła pomagały skutecznie zwalczać lub chociaż zmniejszać postać trudnych w leczeniu problemów skórnych - tę zaklętą w ziołach moc, postanowiły wykorzystać założycielki marki Kosmetyki DLA - gdzie stanowią one podstawową i integralną część kompozycji oferowanych kosmetyków. 

SERIA NISZCZ PRYSZCZ

Bardzo cenię, zarówno przedmioty, jak i kosmetyki, jakimi się otaczam, gdy za ich użytkowością i działaniem, stoi pewna historia. Nie jest inaczej z serią Niszcz Pryszcz marki Kosmetyki DLA. To niebywałe, jak jedna osoba, rzecz, przypadkowe zdarzenie, może stać się prawdziwą siłą napędową i całkowicie zmienić nasze dotychczasowe i uwikłane w bezpieczny kokon jestestwo - i na przykład tak, doświadczeniem własnej siostrzenicy, Pani Marta, jedna z założycielek Kosmetyki DLA, została zachęcona do założenia  marki, bazującej na ziołowych, leczniczych naparach.  

Seria Niszcz Pryszcz bazuje na świeżym odwarze z kory wierzby, szczególnie bogatym w naturalne, przeciwzapalne i mikrozłuszczające salicylany oraz napar z krwawnika, który doskonale radzi sobie z podrażnieniami, wysuszeniem i stanem zapalnym skóry. Składy kosmetyków Kosmetyki DLA, co pozytywnie mnie zaskoczyło, są dość uproszczone jak na produkty o tak dobrej dostępności, zarówno w aptekach, jak i drogeriach, nie przytłaczają ilością substancji potencjalnie alergennych i spełniających jedynie fanaberie producenckie, między innymi obecność syntetycznych barwników. 

KREM NA DZIEŃ

Moja cera nie przepada za kremami, a szczególnie w codziennych rutynach pielęgnacyjnych, zatem asekuracyjnie dawkuję nawilżenie w formach mniej konwencjonalnych - spłukiwanych. Nie ukrywam jednak, że nie zawsze to pokrywa rzeczywiste potrzeby, zwłaszcza teraz, gdy październikowa plucha i wietrzne poranki, smyrają nieczule moją trądzikową, acz wrażliwą skórę. 

Krem na dzień posiada gęstą, choć suchą w dotyku konsystencję w kolorze zbrunatniałych i podmokłych, październikowych liści. Doskonale rozprowadza się oraz pozostawia przemiłą, wyczuwalną, choć komfortową, zabezpieczającą warstwę. Dużym plusem produktu jest brak uczucia wędrującego oleju pod palcami, zarówno podczas rozprowadzania kosmetyku, jak i tuż po zakończeniu tejże czynności: to kremowa, jednolita w odbiorze struktura, otulająca spierzchnięty i pozbawiony odpowiedniej troski naskórek, przywracając, już po zaledwie kilku zastosowaniach, prawidłowy poziom nawilżenia i natłuszczenia. Nie przeładowuje skóry, pomimo zawartości naturalnych olejów. Skóra, która rzeczywiście wymaga pewnej porcji okluzji, powinna docenić krem za jego właściwości oraz przynoszony przez niego komfort i niewymuszone ukojenie. Myślę, że w tak niskiej cenie, ciężko będzie znaleźć produkt o równie dobrych walorach zmiękczająco-pielęgnujących. 

Kompozycja zapachowa może budzić różne doznania, jest specyficzna w odbiorze i szkoda, że producent zdecydował się na syntetyczne odpowiedniki, gdy jednocześnie kosmetyki stwarzają pozory zgodnych z naturą - ziołowo-kwiatowa, o słodkiej woni, znamiennej dla przyrządzonych i naciągniętych łapczywie w domowym zaciszu kwiecistych naparów. Intensywna, choć stopniowo ulatniająca się. Maluje w mojej głowie obrazy z wczesnego dzieciństwa, z prowizoryczną, drewnianą i niewygodną huśtawką - obrośniętą wokół sowicie salutującym swym bukietem, krwawnikiem. 

Krem Kosmetyki DLA na dzień, polubiłam szczególnie w działaniach porannych, gdy moja pielęgnacja, ze względu na makijaż mineralny - uległa nieopatrznemu poszerzeniu. Kosmetyk zaskakująco dobrze, choć niecałkowicie, wchłania się oraz przez swoje zastygające wykończenie, utrzymuje kosmetyki kolorowe, szczególnie mineralne, w nienaruszonej formie, pozbawiając je suchego, pylistego wykończenia. Nadmienię, iż nie jest to konsystencja bardzo lekka w odbiorze, na finalne doznania wpływa oczywiście ilość zaaplikowanej konsystencji oraz częstotliwość jej stosowania, ale daje ona o sobie znać - będzie wskazana u osób, których cera wymaga zastosowania skoncentrowanych konsystencji ze względu na szybkie uciekanie wilgoci z naskórka. 

Nie mniej, moje wymagania muszą trochę wzrosnąć, bowiem według producenta, jest to preparat o pewnym, kierunkowym działaniu - zwalczającym trądzik, niż tylko charakterze wyłącznie wspomagającym, zatem pomimo poprawy nawilżenia, a tym samym elastyczności i kolorytu skóry, krem Niszcz Pryszcz, powinien również zauważalnie poprawiać kondycję cery trądzikowej podczas regularnego stosowania. Nie jest to zbieżne z moimi popartymi empiryzmem przekonaniami: pokrywanie swych nadziei w redukcji trądziku jedynie w kremach jest złudne i nieco naiwne. 

Pragnę podejść jednak do temu całkowicie obiektywnie, zatem jeżeli problemy skórne nie są mocno nasilone, a większość z nich jest wynikiem za agresywnej, niedostosowanej oraz wysuszającej pielęgnacji - krem na dzień Kosmetyki DLA, stosowany rozsądnie i w ramach rzeczywistej potrzeby, może wykazywać działanie normalizujące i okazać się dla nich równoważnią, rzeczywiście poprawiając kondycję skóry z trądzikiem o patogenezie powikłaniowej (toksycznej). Z drugiej strony, nie widzę produktu tego typu w terapii trądziku endogennego, łojotokowego lub na cerach niewymagających codziennego działania powlekającego - warstwa obciążających kremów może wręcz pogarszać kondycję skóry, nawet pomimo zawartych w nich leczniczych i sprzyjających kondycji cery trądzikowej, komponentów. 

INCI: Infusion of Achillea Millefolium, Deoctum Salix Alba Bark, Cetearyl Alcohol, Borago Officinalis Oil, Simmondsia Chinensis Oil, Glycerin, Helianthus Annus Seed Oil, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Titanium Dioxide, Ceteareth-18, Butyrospermum Parkii Butter, Kaolin, Allantoin, Panthenol, Ascorbic Acid, Alumina, Simethicone, Parfum, Citronellol, Limonene, Hexyl Cinnamal, Geraniol, Linalool, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid

Właściwości pielęgnacyjne: ***/****
Właściwości potencjalnie komedogenne: **/*****
Walory użytkowe: ***/*****
30 ml / cena: około 30 zł 


kosmetyki dla krem na pryszcze nsizcz pryszcz lekki krem na trądzik kuracja przeciwtrądzikowa jaki krem na zmiany skórne zioła na trądzik

KREM NA NOC

Absolutnie nie dążę do celowej dewaluacji kremu nocnego marki Kosmetyki DLA - choć regularni czytelnicy bloga doskonale wiedzą, że jestem przeciwniczką jasnych podziałów i antycypacyjnym spojrzeniem powlekam kosmetyki z konkretnymi wskazaniami stosowania. Moja wieczorna pielęgnacja od kilku miesięcy jest niezwykle uproszczona, zatem celowe wdrożenie kremu nocnego, było dla mnie sporym wyzwaniem, zarówno fizycznym (zaplanowanie niezbędnych zmian w przeprowadzanych już schematycznie krokach) oraz aspekcie psychicznym (bezstresowe i zupełnie obiektywne pogłębienie pielęgnacji). 

Krem na noc posiada zupełnie odmienną strukturę od kremu dziennego - jest mniej toporny i gęsty, łatwiej, z tłuszczowym poślizgiem rozprowadza się, ale jednocześnie jest zdecydowanie cięższy i zaborczo oplata swym zimnym dotykiem skórę, niczym dziko porastający, władczy bluszcz. Wymaga uprzedniego ogrzania w dłoniach. Rozprowadzony starannie, nie zapewnia miłego uczucia zadbanej, wypielęgnowanej i odżywionej cery, to krem, który już od samego początku kłopotliwie czuć. Zabezpiecza naskórek nieprzepuszczalną i niekomfortową o kolorze naciągniętego, ziołowego naparu, warstwą - niestety, nie musiałam długo czekać na skutki niepożądane i w błyskawicznym tempie pojawiły się zmiany, którym to powstawaniu kosmetyk miał zapobiegać. Zmiany zastane już na skórze ulegały dodatkowemu zaostrzeniu i ich gojenie przebiegało znacznie dłużej niż w dni, gdy wstrzymywałam się z aplikacją kremu nocnego. 

Ciężko jest mi zatem ocenić rzeczywiste działanie przeciwtrądzikowe kremu na noc, ponieważ stosowanie dwóch, rożnych kremów dwukrotnie w ciągu dnia, to dla mojej, i z pewnością również dla wielu trądzikowych typów cery, zdecydowanie za dużo. By jednak nie wyciągać wniosków zbyt szybko i oczywiście uchronić się przed antycypacją, być może udanego produktu, dokonałam równie wnikliwych testów na innych partiach ciała z tendencją do trądziku. Już po jednorazowym zastosowaniu kremu Niszcz Pryszcz na noc, pojawiało się na mojej skórze znacznie więcej wyprysków, których topografia, występowanie i charakter jestem w stanie jednoznacznie powiązać ze stosowaniem produktu Kosmetyki DLA.

Przez niedopasowaną do moich potrzeb formułę, pojawiła się cała lawina niezadowolenia i tym samym przykrych reperkusji: kosmetyk poszerzał pory, dawał efekt nieświeżej, zanieczyszczonej skóry, który narastał wraz z czasem noszenia kremu. Upewniam się w przekonaniu, że udana kompozycja składników aktywnych nie zapewni spektakularnych efektów, jeśli formuła kosmetyku nie trafia w bieżące potrzeby skóry, i tak też jest w w tym przypadku - musiałam jak najszybciej znaleźć inne zastosowanie dla produktu, mimo że moja skóra idealnie trafiała w grupę docelową. 

Krem na noc wykorzystuję w formie spłukiwanej - składnika aktywnego w maskach bazujących na glinkach, algach i innych suchych komponentach. Mając ograniczony kontakt z naskórkiem,  kompozycja kremu widocznie go wycisza oraz pozostawia miłym w dotyku, kamuflując nieprzyjemny zapach świeżych alg. Nie ukrywam, krem nie spełnia moich wymogów, a reakcja skóry była tak natychmiastowa, że nie było nawet mowy o sumiennym i zalecanym przez producenta, stosowaniu. 

Krem na noc marki Kosmetyki DLA mógłby natomiast sprawdzić się u osób, niemających najmniejszego problemu z zanieczyszczaniem się cery oraz reagujących pozytywnie na nieschnące i intensywnie wyczuwalne na skórze konsystencje. Nie widzę go w pielęgnacji bardziej problematycznych typów cery.

Kremy posiadają higieniczne i sprawnie działające opakowania typu air-less. Mimo różnych reakcji, żaden stosowany kosmetyk nie generował podrażnień i ni uwrażliwiał skóry podczas regularnego stosowania. 

INCI: Infusion of Achillea Millefolium, Deoctum Salix Alba Bark, Cetearyl Alcohol, Borago Officinalis Oil, Simmondsia Chinensis Oil, Glycerin, Helianthus Annus Seed Oil, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Ceteareth-18, Butyrospermum Parkii Butter, Allantoin, Panthenol, Lactic Acid, Parfum, Citronellol, Limonene, Hexyl Cinnamal, Geraniol, Linalool, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid

Właściwości pielęgnacyjne: */*****
Właściwości potencjalnie komedogenne: *****/*****
Walory użytkowe: */*****
30 ml / cena: około 30 zł 

PODSUMOWANIE 

Spotkanie z marką Kosmetyki DLA uznaję za dość udane, mimo że darzę szacunkiem filozofię marki i wykorzystanie naturalnych, polskich, obfitych w naturalne substancje, świeże zioła, oceniam kosmetyki najbardziej uczciwie jak potrafię. Po części moje niezadowolenie wynika ze standardowej i niezaskakujacej formy produktów, nie do końca zbieżnej z moimi przyzwyczajeniami kosmetycznymi. Najbardziej pozytywnymi uczuciami darzę krem na dzień o bardzo dobrych walorach nawilżająco-zmiękczających, nie potrafię natomiast znaleźć nici porozumienia z kremem nocnym, ale widocznie nie jest to formuła stworzona dla mojego typu cery.

Kosmetyki z serii Niszcz Pryszcz są dostępne stacjonarnie w drogeriach Hebe.

ARTYKUŁ POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z MARKĄ KOSMETYKÓW ZIOŁOWYCH DLA. 

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

06:00

CLOCHEE SOOTHING CLEANSING OIL | WYGŁADZAJĄCY OLEJEK DO MYCIA TWARZY I DEMAKIJAŻU

CLOCHEE SOOTHING CLEANSING OIL | WYGŁADZAJĄCY OLEJEK DO MYCIA TWARZY I DEMAKIJAŻU

Zdradzę Ci pewien sekret - w etapie oczyszczania zdarza i mnie samej się pogubić - to jeden z najtrudniejszych do wyważenia i jednocześnie najważniejszych kroków w pielęgnacji. Wymaga ogromnego wyczucia, pewnej finezji i zawsze szeroko otwartych oczu.

Właśnie tutaj, łatwo nie wywęszyć skrytych wnyków i wpaść w sidła błędnego koła, popełniając zatrważającą ilość błędów, które rzutują projekcje na dalsze, przeprowadzane naiwnie działania. Nęcą nas z pozoru atrakcyjne opakowania, piękne zapachy i idee, którym nie potrafimy się oprzeć... To nie jest również etap, w którym warto poszukiwać oszczędności - nawet jeśli wydaje Ci się, że produkty mają zbyt krótki kontakt ze skórą, by czynić z nią cokolwiek niesprzyjającego.

Jak mówi stare porzekadło, nie ma reguły, która nie dopuszczałaby wyjątków. Olejek wygładzający marki Clochee odbiega niemal całkowicie od przyćmiewających mi celów i wyznaczonych jasno standardów, a jednak wkradł się na stałe w moje codzienne, wieczorne rytuały przed masywnym lustrem. To kolejny dowód na to, że rozbijanie składów na czynniki pierwsze często jest pozbawione głębszego sensu, i zamiast otwierać oczy - może zaślepiać na naprawdę udane formulacje.

WŁAŚCIWOŚCI I KOMFORT STOSOWANIA

Olejek Clochee jest niestandardowym olejkiem myjącym o nieagresywnych, wręcz nikłych, właściwościach myjących. Nie sądziłam, że w tej kategorii można posilić się na jakąkolwiek innowację i przekonać mnie do użytkowania produktu, którego to działanie jest zbliżone do klasycznego, olejowego oczyszczania skóry. Do momentu. Odblokowanie systemu dozującego, jeden, dwa, trzy uciski. I jest.

Elegancka w dotyku konsystencja, aksamitnie sunąca po skórze z rozkosznym, wytrawnym i stopniowo ulatniającym się na skórze akordem muszkatałowca i radośnie wybrzmiewającym słodkim miąższem pomarańczy ustępuje miejsca powściągliwemu bukietowi świeżo rozgniecionych goździków. Olejek o korzennej woni posiada niesamowicie przyjemną, nieschnącą strukturę - doskonały poślizg produktu umożliwia dokładne rozpuszczenie zabrudzeń za jego pomocą oraz wykonanie dłuższego masażu. Ogromnym plusem jest duży komfort stosowania, nie daje on bowiem uczucia obciążenia, pokrycia naskórka strukturą obcą, dziwaczną i nadmiernie lepką, a rzeczywiście pozwala czerpać przyjemność nawet podczas wykonywania głębokiego demakijażu - jest delikatny i wykwintny w obyciu.

Soothing Cleaning Oil posiada w sobie pewną esencjonalność i równoważącą, nieprzytłaczającą kompozycję, świetnie zbierającą zanieczyszczenia, przez co doskonale sprawdza się w wykonywaniu pełnego demakijażu skóry, spełniając swoją podstawową rolę. Już teraz muszę przyznać, że olejki myjące nie były elementem stałym w mojej pielęgnacji, miały raczej charakter okazjonalny, a nawet posiadały znamiona nomady kosmetycznej - sięgałam po nie, gdy nosiłam adekwatnie ciężkie i sprawiające najwięcej trudów w wieczornej toalecie, produkty. Nierzadko zdarzało się, że skuteczność i efektywność olejków, przekładałam ponad komfort ich stosowania, co sprzyjało odwadnianiu się naskórka i sprawiało, że oczyszczanie pełne nie miało najmniejszego sensu w powszednich działaniach. Cieszę się, że Clochee udało się połączyć te dwa, niegdyś sporne elementy.

Olejek doskonale rozpuszcza nawet wodoodporne produkty, ale skutecznie nie usuwa ich ze skóry - wymaga on jednak zastosowania ciepła i rozbudowania demakijażu, szczególnie jeśli stosujesz kosmetyki, których należy efektywnie pozbyć się z powierzchni naskórka. Będą to na pewno o wiele mniej zintensyfikowane i wymagające działania niż w klasycznej metodzie OCM (metoda mechaniczna - ściereczka, gąbka konjac lub chemiczna - delikatne detergenty) lub zupełnie zbędne w przypadku skóry mającej spore zapotrzebowanie na substancje okluzyjne.

Zważywszy na mój pejoratywny stosunek do olejów naturalnych, można wywnioskować, że niedomywająca się konsystencja olejku Clochee jest sporą wadą, choć finalnie właśnie ta delikatność formuły jest kluczem Rosetty do mojego końcowego zadowolenia z działania produktu polskiej marki Clochee. Dzięki właściwościom Soothing Cleansing Oil jestem w stanie korzystać w pełni z właściwości mycia dwuetapowego nawet na co dzień, co przy kiepskich formułach innych produktów było, jak już wcześniej napisałam, awykonalne - powodowały albo zbyt duże odwodnienie i ściągnięcie naskórka, albo okazywały się za tłuste i zupełnie nie współgrały z kolejnymi etapami myjącymi. Tutaj tę ciężkość produktu doskonale wyważono.

Clochee w bezpośrednim kontakcie z wodą nie tworzy klasycznych emulsji, spłukuje się w specyficzny, praktycznie niezauważalny sposób. Pewna, znamienna, nieprzytłaczająca lekkość produktu sprawia, że chwyta się on, z niewyjaśnioną dla mnie łatwością, włókien oraz gąbczastych struktur, bez pozostawiania nieprzyjemnego, tłustego nalotu, ale i dokuczliwego ściągnięcia, co przy wielu podobnych produktach niemal graniczyło z cudem.

Dużym plusem jest również jego współpraca z innymi kosmetykami myjącymi, a szczególnie mleczkami, które dzięki Clochee jeszcze lepiej radzą sobie z usuwaniem tłustych zanieczyszczeń i w korzystny sposób spłukują się z powierzchni naskórka. Produkt bez zastosowania dodatkowych środków, zostawia pewną, wyczuwalną warstwę na skórze, która w moim przypadku jest nie do zaakceptowania. Stosowany we właściwy dla typu i rodzaju cery sposób, zdecydowanie sprzyja jej lepszej kondycji oraz upraszcza dalszą pielęgnację: zapewnia efekt wypielęgnowanej, miękkiej i gładkiej skóry, bez sztucznie rozbudowanych kroków pielęgnacyjnych.


SKŁAD, JAKOŚĆ, CENA I DOSTĘPNOŚĆ

Olejek wygładzający spełnia szereg restrykcyjnych wymogów - jest pozbawiony cierpienia zwierząt, zawiera certyfikowane, naturalne składniki, jest zgodny z filozofią roślinnego stylu życia. Cieszę się, że obok niezwykle udanej formuły, za produktem stoi czysta polityka i prokonsumenckie działania.

Olejek wygładzający Clochee to mieszanka oleju sezamowego i migdałowego z niezwykle delikatnymi, niepieniącymi się mieszankami emulgującymi. Aromatyzowany jest w stopniu umiarkowanym naturalnymi olejkami eterycznymi - goździkami, gałką muszkatałową, pomarańczą chińską. Nie sprzyja podrażnieniom skóry, mimo że naturalne składniki mają najwyższy potencjał alergenny.

Cena produktu może wydawać się zaporowa (92,00 zł), biorąc jednak pod uwagę specyficzną wydajność olejków myjących, zastosowane, wysokiej jakości, naturalne składniki, udaną formułę oraz dużą pojemność (250 ml) jest ona finalnie adekwatna do oferowanej jakości i nie zaciera o mitomanię. Dużym plusem jest porządne, ciężkie opakowanie, odporne na uszkodzenia oraz sprawny system dozujący.

Kosmetyk dostępny w wielu miejscach on-line oraz stacjonarnie.

INCI: Sesamum Indicum (Sesame) Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Decyl Oleate, Sorbitan Laurate, Polyglyceryl-4 Laurate, Dilauryl Citrate, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Citrus Sinensis Oil, Eugenia Caryophyllus (Clove Bud) Oil, Myristica Fragnans Oil, D-Limonene**, Eugenol

GRUPA DOCELOWA 

Nie jest to z pewnością kosmetyk dla osób, które wymagają mocnego efektu oczyszczającego, natomiast z pewnością docenią go osoby, które mają już powoli dosyć nowych wrażeń i rozczarowań kosmetycznych oraz poszukują produktu, który stanie się niejako pielęgnacją skóry. To jedna z niewielu olejowych formuł, która sprawdza się do stosowania na cerze odwodnionej lub też z dużą skłonnością do nadmiernego odwadniania się (duża nadreaktywność, wrażliwość, suchość) oraz daje szerokie pole do wszelkich modyfikacji. Olejek wygładzający marki może być również świetnym elementem pielęgnacji skóry suchej oraz dojrzałej, moim zdaniem kluczowe znaczenie ma tutaj sposób domywania lub nie-domywania produktu.

Kosmetyk jest w stanie wykorzystać każdy rodzaj i typ cery, jest to kwestia włączenia go w pielęgnację i połączenia z innymi działaniami. Jego największą zaletą jest niespotykanie delikatna formuła, która mimo właściwości oczyszczających, potencjalnie nie odwadnia cery. Właściwości komedogenne (powlekające) można bezproblematycznie modulować za pomocą kolejnych kroków - olejek jest neutralny dla skóry, jeśli jest właściwie usuwany z powierzchni skóry.

Przed publikacją recenzji, postanowiłam skorelować swoje wrażenia z częścią innych osób, i nie do końca się z nimi zgadzam, a na pewno nie z doniesieniami o podrażnianiu okolic oczu - mimo że większość olejków myjących zaburza chwilowo obraz widzenia (objaw mgły) oraz prowokuje świąd, tak w przypadku Clochee nie zauważyłam tego typu skutków ubocznych.

Patrząc szerokospektralnie, olejek z pewnością poprawił kondycję mojej trądzikowej skóry i uprościł znacznie pielęgnację - szczególnie, gdy decydowałam się na zastosowanie cięższych konsystencji i nie do końca radziłam sobie z pełnym etapem myjącym, który zawsze był mniejszą lub też większą traumą dla mojej cery.

Soothing Cleaning Oil marki Clochee nie doprowadza mnie do nadmiernej egzaltacji. Nie jest produktem, bez którego nie byłabym w stanie utkać ponownie swojej pielęgnacji, ale nie mogę odmówić mu przyjemności stosowania oraz korzystnego działania na moją skórę. Jeden z najlepszych olejków myjących o tak dobrej dostępności na polskim rynku.

Ogólna ocena ****/*****
Właściwości myjące /spłukujące **/*****
Właściwości pielęgnujące ***/*****
Komfort stosowania *****/*****
Właściwości potencjalnie wysuszające */*****

ARTYKUŁ POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z PRODUCENTEM KOSMETYKÓW NATUALNYCH CLOCHEE. 

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

12:00

RÓŻE MINERALNE ANNABELLE MINERALS

RÓŻE MINERALNE ANNABELLE MINERALS

Bardzo brakowało mi pisania, powolnych, tętniących soczystymi barwami chwil z ciężkim obiektywem, i... wyjątkowego kontaktu z czytelnikami. Wypełniony hojnie po brzegi grafik, przytłaczająca ilość zajęć i całkowita deprywacja snu, doprowadziły do prawie miesięcznej przerwy na blogu. Wracam silniejsza i zmotywowana do działania. 

Nie wykonuję codziennie makijażu, zwłaszcza teraz, gdy studiuję i pracuję intensywniej niż kiedykolwiek. Minuty o poranku, zwłaszcza dla nocnego marka, są na miarę złota, zwinięcie się z łóżka o tak wczesnych godzinach jest dla mnie niezwykle uciążliwe i obarczone ogromnym poświęceniem. Rozsądnie zatem dawkuję inkrustowane, dźwięcznie przesuwające się wskazówki zegara, na choć odrobinę dłuższy sen, posiłek, aktywność fizyczną, nie mniej - tonę w głębokim smutku, gdy z premedytacją zaniedbuję czas na zasłużony relaks i odpoczynek. 

Życie w ogromnym, pędzącym mieście wymaga szybkich, praktycznych i przemyślanych działań, bogatsza o doświadczenia, w wyprawce na studia, zabieram ze sobą jedynie sprawdzone produkty, co oszczędza mój czas, plecy i pozwala na doprowadzenie się do ładu na pociągowym siedzeniu. Niezmiennie, już od prawie 5 lat, w poręcznej, studenckiej kosmetyczce znajdują się moje ulubione róże mineralne Annabelle Minerals: doskonale napigmentowane, miękkie, łatwe i przyjemne w obsłudze oraz trwałe. 

ZA CO LUBIĘ RÓŻE ANNABELLE MINERALS

Wciąż wiele osób niestrudzenie dopuszcza się bezzasadnej racjonalizacji, broniąc się niemalże każdą kończyną przed kosmetykami mineralnymi: przytłacza ich sypka postać mineralnych pyłów, trudność w ich dozowaniu oraz domniemany, kiepski efekt końcowy. Niesłusznie. Owszem, istnieją formuły wielce problematyczne, wymagające sporego doświadczenia i obycia w makijażu, aczkolwiek róże Annabelle Minerals do nich z pewnością nie należą. To idealne, kompromisowe wypośrodkowanie, zarówno dla osób stosujących kosmetyki mineralne, jak i dalekich od idei czystego makijażu.

Róże cenię za niezwykle przyjemną, wyczuwalnie kremową formułę. Produkty są doskonale rozdrobnione, aksamitne i miękkie w wykończeniu, zapewniając efekt subtelnej, bezpiecznej mgiełki koloru, oczywiście w zależności od upodobań, otrzymany efekt można stopniować do osiągnięcia pełnej satysfakcji.

Pyłek równomiernie i gładko osiada na skórze, nie tworzy nieprzewidywalnych plam, zacieków, nie podkreśla suchych miejsc oraz niedoskonałości - gwarantuje jednolity i niezwykle korzystny kolor na policzkach, nie tylko na idealnie gładkich twarzach. Róże aplikuję pędzlami z moim ulubionym naturalnym włosiem kozy, choć rekomendowane przez producenta pędzle wykonane w miękkiego, syntetycznego tworzywa również doskonale spełniają swoją rolę.

Sypka formuła różów może przekłamywać ich rzeczywiste walory użytkowe - mają one doskonałą przyczepność, nie pylą nadmiernie oraz bardzo łatwo i przyjemnie się z nimi pracuje na co dzień.  Nie przesuszają skóry oraz nie wzmagają rogowacenia. Największą zaletą jest jednak ich niezwykle naturalne, satynowe wykończenie pozbawione jakiejkolwiek nachalnej i odejmującej uroku pudrowości - pięknie zdobią rumieńce, nadając skórze młodzieńczego, zdrowego blasku. Prostota składu i pozbawiona nachalnego blichtru formuła - bez drobin i niereformowanej metaliczności.

Jedynymi minusami w morzu zalet, jakie dostrzegam, jest podatność różów na oksydację kolorów, niemalże wszystkie odcienie zmieniają swoją kolorystykę i wraz z upływem czasu znacznie ocieplają się na mojej lubiącej się w makijażu przetłuszczać, skórze twarzy. Nie podoba mi się również ich średnia trwałość - giną gdzieś bezpowrotnie w makijażu, po kilku godzinach noszenia nie ma po nich śladu. Nie mniej, wolę efekt stopniowego blednięcia koloru, aniżeli nierównomiernie niknięcie koloru, obarczone mało estetycznymi plamami. Na skórze dojrzałej i mieszanej, róże prezentują się w stanie nietkniętym przez co najmniej 12 godzin, co jest niesamowitym wynikiem jak na kosmetyk o tak uproszczonym, minimalnym składzie.

KOLORYSTYKA

Jestem ogromną fanką zróżnicowanych kolorów i faktur - zachwycam się miękkimi tkaninami, gładzę jedwabiste skóry wielbłądzie, cieszę oczy niesztampowymi przeszyciami i wyjątkowymi, powodującymi natychmiastowy wzrost adrenaliny w surowicy krwi - kolorami. Prawda jest jednak taka, że gdy fala ekscytacji opadnie, sięgam po stonowane, bezpieczne kolory, których nie brakuje w ofercie marki Annabelle Minerals.

Róże występują w sześciu, bezpiecznych wariacjach kolorystycznych: przygaszonych beżach, stłumionych różach, ciepłych, stonowanych brzoskwiniach, idealnych do biura, na uczelnię, na co dzień. Nie dominują urody, a wspaniale ją podkreślają, myślę, że każda zainteresowana osoba zakupem podstawowych kosmetyków do makijażu, znajdzie w ofercie Annabelle Minerals produkty idealnie skrojone na miarę codziennych potrzeb.

roze annabelle minerals mineral blush roz ktory nie zatyka porów romantic rose nude
Od lewej strony: Romantic, Rose, Nude

Romantic
. Blady, liliowy, chłodny, jasny róż, dający efekt świeżości. Idealny dla alabastrowej, jasnej skóry.

Rose. Średni, barokowy róż o stonowanej bazie. Daje efekt rumianej, świeżej cery. Może dość mocno ocieplać się, w zależności od ciepła karnacji.

Nude. Chłodny róż, przełamany beżem. Idealny kolor na co dzień - nieoczywisty, choć piękny. Na każdej skórze prezentuje się inaczej, choć równie korzystnie. Stworzony dla przygaszonych, stłumionych typów urody.

roze annabelle minerals mineral blush roz ktory nie zatyka porów coral sunrise honey mineral blush annabelle minerals swatches
Od lewej strony: Coral, Sunrise, Honey

Coral
. Brudny, ciemny róż, dający efekt zmrożonych niskimi temperaturami policzków. Niezwykle twarzowy, elegancki i kobiecy. Dedykowany każdemu typowi kolorystycznemu. Znikomo ociepla się.

Sunrise. Mrożona, delikatnie przygaszona brzoskwinia. Świetny kolor na co dzień dla osób, które nie widzą w siebie w różu. Doskonała wariacja office w bardziej ciepłym wydaniu.

Honey. Najbardziej intensywny, nieco ceglasty odcień ciepłej brzoskwini. Dobrze komponuje się z ciemniejszymi typami urody.

Opakowanie standardowe z zasuwką. Cena 4g / 44.90 zł. Cena współmierna i korzystna do jakości i niesamowitej wydajności.

INCI: Mica, Titanium Dioxide, Zinc Oxide, Iron Oxides

ARTYKUŁ POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z PRODUCENTEM KOSMETYKÓW MINERALNYCH ANNABELLE MINERALS. 

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

12:00

LEKKI KREM, KTÓRY NIE ZATYKA PORÓW | LA ROCHE-POSAY, AVENE, THE ORDINARY

LEKKI KREM, KTÓRY NIE ZATYKA PORÓW | LA ROCHE-POSAY, AVENE, THE ORDINARY

Dzisiejszy artykuł nie wygrał w plebiscycie na najbardziej ambitną i twórczą treść roku, choć przyznaję, przez długi czas odczuwałam jego przejawiający się w każdej możliwej płaszczyźnie deficyt: wybrałam trzy, w moim odczuciu najprzyjemniejsze kremy o interesującej, niebanalnej i beztłuszczowej konsystencji, które sprawdzają się stosowane zarówno w pielęgnacji codziennej, jak i współgrają z kosmetykami do makijażu.  

Pewna wyczuwalna zachowawczość i niechęć udzielania konkretnych produktów wynika nie z obawy przed przypadkowym ujawnieniem wiedzy tajemnej, ciężko jednoznacznie orzec, zwłaszcza w pielęgnacji skóry, czy dany kosmetyk nie przysporzy dodatkowych problemów z cerą, bowiem nawet najlżejsza struktura może zadziałać komedogennie, jeżeli jest stosowana ponad rzeczywiste zapotrzebowanie skóry. Wśród bezmiaru stosowanych preparatów, wyodrębniłam jedynie garstkę produktów, które mają sporą szansę sprawdzić się na skórze tłustej, zanieczyszczającej się i jednocześnie wymagającej niewielkiego, choć pewnego nawilżenia. 

LA ROCHE-POSAY HYDRAPHASE INTENSE LEGERE (GŁĘBOKO NAWILŻAJĄCY KREM O LEKKIEJ KONSYSTENCJI I PRZEDŁUŻONYM DZIAŁANIU)

Nie zamierzam z precyzją aptekarza ważyć swoich słów: z większością produktów La Roche-Posay nie jest mi po drodze, a z pewnością nie ze słynną serią przeciwtrądzikową Effaclar, która mimo wielu pozytywnych rekomendacji specjalistów, trądzik nasila aniżeli go leczy, nie jest również idealnym dopełnieniem nierzadko agresywnego i wysuszającego leczenia dermatologicznego. Pragnę jednak zwrócić uwagę na rzeczywiście udaną formułę Intense Legere, to spore, pozytywne zaskoczenie: krem jest niezwykle lekki, bez tłuszczowej otoczki z aksamitnym, miłym wykończeniem.

Konsystencja początkowo spoista, przy bliższych stosunkach lejąca, transparentna o klasycznej, aptecznej, wyczuwalnej, choć niedokuczliwej woni, mimo że przez pewien czas utrzymuje się na skórze. Pod wpływem ciepła wędrujących opuszek, krem zyskuje wodną i przezroczystą, aczkolwiek przyjemną, nie sprawiającą problemów strukturę, nabywa przyjemnych walorów użytkowych, staje się bardziej przyjazny w odbiorze oraz, co jest nieskrywanym atutem przy wysokiej cenie preparatu, satysfakcjonującą wydajność.

Niszowe, aksamitne, niewysychające i miękkie wykończenie jakie pozostawia Intense Legere doskonale pielęgnuje skórę z niskim, choć pewnym zapotrzebowaniem na nawilżenie i niezbędną okluzję, nie należy gładkiej warstewki utożsamiać z tłustym, nieprzyjemnym nalotem, wróżącym jedynie nieuchronne problemy skórne, to raczej satysfakcjonujące i ujmujące uczucie właściwie zadbanej cery. Produkt nie lepi się, nie roluje, nie osadza w porach oraz jest komfortowy w noszeniu. Bardzo dobrze współpracuje z kosmetykami do makijażu, ułatwia ich równomierną i gładką aplikację oraz zmniejsza widoczność obecnych nierówności i przesuszających się obszarów.

Krem Intense Legere La Roche-Posay jest dosyć specyficzny i nie każdy zachwyci się jego ultra lekką konsystencją: właściwości nawilżające są słabe, krem efektywnie nie zmiękcza i nie nawadnia intensywnie skóry, gwarantuje za to optimum naskórkowi przejściowo odwodnionemu lub szybko odwadniającemu się, bez wyjątkowych (a jednocześnie wyjątkowych i tak trudnych do zapewnienia) potrzeb. Obietnice producenta nie są do końca zgodne z prawdą i wprowadzają klientów w błąd, choć formule nie mam zbyt wiele do zarzucenia i finalnie uważam ją za udaną. Zalecam jak najmniej obfitą i rozważną aplikację kremu, zrobiłam porządny research przed publikacją i odnoszę wrażenie, że niezadowolenie z Intense Legere wynika albo z wyższego zapotrzebowania na okluzję i zupełnie rozbieżny typ formuły, albo stosowania nadmiernej, jednorazowej ilości preparatu (wydajność kremu przy codziennym użytkowaniu to dokładnie 8 miesięcy, a wertując opiniotwórcze fora przeciętnie określono ją na mniej więcej 3 miesiące!).

Mimo wodnistości struktury, Intense Legere nie wysycha nadmiernie, właściwości produktu nie sprzyjają ani nadmiernej potliwości skóry (choć przy zerowym zapotrzebowaniu na okluzję zalecam rezygnację z zakupu), ani obciążaniu naskórka kolejną warstwą produktu pielęgnacyjnego. Przy wyższym zapotrzebowaniu na emolienty (skóra sucha, silnie odwodniona, zrogowaciała), krem jak najbardziej może wzmagać nadmierny łojotok, powodować miejscowe podrażnienia, a nawet wywoływać problemy skórne, formuła bowiem nie jest z gatunku intensywnie nawilżających i nie w Intense Legere poszukiwałabym swego oblubieńca.

Wygodna i higieniczna aplikacja próżniowa z pompką, wydobywającą właściwą, niewielką ilość kremu. Dostępność w polskich aptekach, ceny - zróżnicowane.

INCI: AQUA / WATER, HYDROGENATED POLYISOBUTENE, DIMETHICONE, GLYCERIN, ALCOHOL DENAT, POLYETHYLENE, PEG-20 STEARATE, PEG-100 STEARATE, CARBOMER, ZINC GLUCONATE, GLYCERYL STEARATE, ISOHEXADECANE, SODIUM HYDROXIDE, DISODIUM EDTA, COPPER SULFATE, HYDROLYZED HYALURONIC ACID, XANTHAN GUM, PENTYLENE GLYCOL, POLYSORBATE 80, ACRYLAMIDE/SODIUM ACRYLOYLDIMETHYLTAURATE COPOLYMER, CETYL ALCOHOL, CAPRYLYL GLYCOL, PARFUM / FRAGRANCE
CENA: 55-80 zł / 50 ml
STOPIEŃ NAWILŻENIA: **/*****

Od lewej: La Roche-Posay Hydraphase Intense Legere, Avene Post Acte, The Ordinary Moisturizing Factors + HA 

AVENE, CICALFATE, POST ACTE (EMULSJA REGENERUJĄCA PO ZABIEGACH)

Emulsja o niezwykle udanej, lekkiej, zastygającej formule. To kolejny kosmetyk, który może nieopatrznie zostać skrzywdzony przez niewłaściwą grupę odbiorców... Mimo że emulsja Post Acte nie przynosi spektakularnych, bizantyjskich efektów, jest to preparat, do którego bardzo często się wraca.

Zbita, spójna konsystencja o suchym, przylegającym wykończeniu. Emulsja całkowicie zastyga. Pozbawiona zapachu. Pozostawia przyjemne, zdrowe, matowe wykończenie. Nie rozpulchnia skóry, jest komfortowa w noszeniu oraz mimo lekkiej formuły, nie sprzyja nadmiernej potliwości naskórka i sprawdza się w pielęgnacji skóry delikatnej, wrażliwej oraz alergicznej.

Formuła beztłuszczowa, szybko schnąca, choć bez trudu rozprowadzająca się - w odróżnieniu od La Roche-Posay, nie gwarantuje aksamitnego, przyjemnego woalu - wtapia się w naskórek, choć nie powoduje jednocześnie nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia, skóra po jej zastosowaniu jest przyjemnie rozprężona i ukojona, to krem o suchym, unikalnym, komfortowym dotyku. Podatna na wszelkie modyfikacje - aplikowana na mokro zyskuje lepszy poślizg, pozwalający manewrować mniejszą ilością zastosowanego preparatu, zaś dodatek naturalnego oleju lub witamin tłuszczowych wzmaga jej właściwości odżywcze. Nakłada okrężnymi, wmasowującymi ruchami na sucho zapewnia lepszy efekt matujący i wygładzający.

Post Acte doskonale współpracuje z większością kosmetyków do makijażu - wygładza optycznie skórę i zmniejsza widoczność oraz tendencję do migracji produktu do porów, bruzd i nierówności, co jest korzystne zwłaszcza przy stosowaniu mokrych podkładów kremowych. Jest neutralna dla barwy kosmetyków kolorowych.

Dużym plusem jest jest niesamowita delikatność i łagodność emulsji pozabiegowej. Koi i uspokaja wrażliwy, umęczony i trudny w pielęgnacji naskórek, po kilku zużytych opakowaniach, jestem w stanie potwierdzić właściwości gojące oraz regenerujące, na które wcale nie musiałam z utęsknieniem czekać - wspaniale łagodzi rumień, przyspiesza gojenie trudnych zmian oraz sprzyja szybszemu wchłanianiu się świeżych przebarwień potrądzikowych. Nie jest to produkt, który zapewnia intensywne nawilżenie, ale stosowanie emulsji nie generuje problemów skórnych i z dzisiejszej trójki jest to najbardziej ekonomiczny, neutralny i bezpieczny dermokosmetyk dla cery błyskawicznie zanieczyszczającej się, tłustej i trądzikowej.

INCI: AVENE THERMAL SPRING WATER ETHE;HEXYL PALMITATE CETEARYL ALCOHOL THIETHYLHEXANOIN ALUMINUM SUCROSE OCTASULFATE GLYCERIN, CETEARYL GLUCOSIDE DIMETHICONE BENZOIC ACID CAPRYLYL GLYCOL COPPER SULFATE DISODIUM EDTA GLYCERYL STEREATE PEG-100 STEARATE SCIEROTIUM GUM SODIUM HYDROXIDE TOCO-PHERYL ACETATE ZINC SULFATE
CENA: 20-40 zł / 40 ml 
STOPIEŃ NAWILŻENIA: */*****

THE ORDINARY NATURAL MOISTURIZING FACTORS + HA SERUM (SERUM NAWILŻAJĄCE Z KWASEM HIALURONOWYM)

Ten konkretny produkt marki The Ordinary poznałam dzięki Marcie, czytelniczce mojego bloga (bardzo serdecznie Cię pozdrawiam). Nie ukrywam skrzętnie swej niechęci do asortymentu Deciem, jednak serum-krem wyróżnia się na tle mało udanych i w moim odczuciu nijakich formuł koncernu i jest propozycją godną polecenia, zwłaszcza dla cer odwodnionych, zrogowaciałych, nierównych i dojrzałych.

Serum posiada niestandardową, kremową, zwartą, zastygającą formułę o suchym dotyku, pozbawioną całkowicie nieprzyjemnej tłustości o porządnych walorach nawadniających. Topnieje pod wpływem ciepła, przemieniając się w błyskawicznie wchłaniający się suchy olejek o satynowym wykończeniu. Jest to pierwszy produkt o tak wyjątkowych walorach użytkowych: skoncentrowany, o luksusowym wykończeniu - nie powleka skóry nieprzyjemną warstewką, nie lepi się, gwarantuje wrażenie aksamitnej, jedwabistej i doskonale wypielęgnowanej skóry. Wyśmienicie sprawdza się w stosowaniu pod makijaż w zastępstwie baz silikonowych - optycznie wygładza i wypełnia w elegancki sposób pory i nierówności, a zastygająca formuła wzorowo utrzymuje kosmetyki kolorowe, zarówno płynne, jak i sypkie, mineralne.

Konsystencja z gatunku lekkich i suchych, choć pozostawiających miłe wykończenie i przyjemną okluzję. Krem nie działa jedynie doraźnie - odczuwalnie zmiękcza, wygładza i nawilża naskórek, a przynosząc wyraźne ukojenie cery. Komfortowy w noszeniu, łatwy we współpracy i niezwykle wydajny. Pozbawiony zapachu.

Doskonale radzi sobie z miejscowym przesuszeniem naskórka, przy dłuższym stosowaniu może sprzyjać rozpulchnianiu się skóry. Dobry kandydat dla poszukujących dobrego nawilżenia w lekkiej formie i dobrej cenie.

INCI: AQUA, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, CETYL ALCOHOL, PROPANEDIOL, STEARYL ALCOHOL, GLYCERIN, SODIUM HYALURONATE, ARGININE, ASPARTIC ACID, GLYCINE, ALANINE, SERINE, VALINE, ISOLEUCINE, PROLINE, THREONINE, HISTIDINE, PHENYLALANINE, GLUCOSE, MALTOSE, FRUCTOSE, TREHALOSE, SODIUM PCA, PCA, SODIUM LACTATE, UREA, ALLANTOIN, LINELEIC ACID, OLEIC ACID, TPHYTOSTERYL CANOLA GLYCERIDES, PALMITIC ACID, STEARIC ACID, LECITHIN, TRIOLEIN, TOCOPHEROL, CARBOMER, ISOCETETH-20, POLYSORBATE 60, SODIUM CHLORIDE, CITRIC ACID, TRISODIUM ETHYLENEDIAMIDE DISUCCINATE, PENTYLENE GLYCOL, TRIETHANOLAMINE, SODIUM HYDROXIDE, PHENOXYETHANOL, CHLORPHENESIN. 
CENA: 20-30 zł / 30 ml (dostępna również objętość 100 ml)
STOPIEŃ NAWILŻENIA: ****/*****

ARTYKUŁ NIE JEST SPONSOROWANY. 

Pozdrawiam ciepło,
Ewa 

17:00

PUDRY WYKOŃCZENIOWE ANNABELLE MINERALS | PRETTY GLOW, PRETTY MATT, PRETTY NEUTRAL

PUDRY WYKOŃCZENIOWE ANNABELLE MINERALS | PRETTY GLOW, PRETTY MATT, PRETTY NEUTRAL
annabelle minerals pretty matt pretty glow pretty neutral puder matujący dla skóry tłustej trądzik jaki puder jak zmatowić skórę rozszerzone pory naturalny puder

Moje relacje z pudrami wykończeniowymi nie są łatwe, zresztą, ciężko powiedzieć, by stosunki z jakimikolwiek produktami do makijażu należały w moim przypadku do prostych i przyjemnych - moja skóra nie cierpi warstwy produktów kolorowych, uciemiężniona walecznie reaguje łojotokiem i zmusza do przyspieszonej akcji ratunkowej w toalecie, zatem doceniam kosmetyki, które są lekkie, przyjemne w użytkowaniu oraz nie dają efektu przeładowania skóry makijażem. 

W ofercie Annabelle Minerals znajdziesz trzy produkty, będące dopełnieniem oferowanych kosmetyków mineralnych: pudry wykończeniowe o uroczym nazewnictwie: Pretty Matt (puder matujący), Pretty Glow (puder rozświetlający) oraz Pretty Neutral (puder glinkowy).  

PRETTY MATT, PRETTY GLOW CZY PRETTY NEUTRAL?

Wiem, wiem, wiem. Powtarzam wielokrotnie, można rzec, że do znudzenia, uwagę na pewien aspekt - moja cera nie należy do idealnych. Nierówna, wymagająca skóra nie wybacza tak wielu potknięć jak młoda, gładka i nietknięta trądzikiem cera. Wspomnieć od razu warto, że jestem niezwykle wymagająca pod względem testowanych przeze mnie produktów, zarówno do pielęgnacji skóry, jak i makijażu. 

Mówią, nie cel, lecz droga ma znaczenie... i pewne dojście do posiadania stanu skóry, jakim cieszę się od kilku miesięcy, nie obyło się bez widocznych śladów, z którymi walka nie zawsze jest równa, posunę się ze swoim stwierdzeniem nawet o jeden krok dalej - rzadko jest efektywna. Blizny, rozszerzone pory... To cholernie niewdzięczny temat w dermatologii i medycynie estetycznej, nie dość, że walka z ubytkami w skórze bywa uciążliwa, to dodatkowo kosmetyki do makijażu w zdecydowanej większości, z tlącą się nadzieją, jedynie pogrążają użytkownika, między innymi z tego powodu nie kupuję żadnych produktów z polecenia, bo piękne, nieskazitelne cery nie są dla mnie żadnym miarodajnym źródłem informacji. Jak jest z pudrami Annabelle Minerals? Czy są to pudry dla nie-doskonałej skóry, czy jednak target jest odmienny i uderza w twarze bez niedoskonałości?

annabelle minerals pretty matt pretty glow pretty neutral puder matujący dla skóry tłustej trądzik jaki puder jak zmatowić skórę rozszerzone pory naturalny puder
Od lewej: Annabelle Minerals Pretty Neutral (puder glinkowy), Annabelle Minerals Pretty Glow (puder rozświetlający), Annabelle Minerals Pretty Matt (puder matujący)
Pretty Glow. Ogromne, pozytywne zaskoczenie. Puder jest doskonale rozdrobniony, puszysty i mięciutki w dotyku. Po wcześniejszych doświadczeniach z Annabelle Minerals, spodziewałam się czegoś zupełnie innego, i przyznaję szczerze, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona - kosmetyk odstaje znacząco od oferowanego asortymentu i moim zdaniem, to jeden z najlepszych i najmniej docenianych produktów polskiej marki mineralnej.

Kosmetyk owszem, zapewnia efekt rozświetlający, ale jest to niezwykle gładka, delikatna, satynowa i subtelna otoczka, trudna do uchwycenia na zdjęciach (niestety, tak subtelne kosmetyki zatracają znacznie swój urok w podglądzie obiektywu i sztucznym oświetleniu). Pretty Glow nie można odmówić niewymuszonego wdzięku, to prawdziwa gratka dla dojrzałych koneserów, stawiających poprzeczkę coraz wyżej: ceniących naturalne wykończenie makijażu z minimalną widocznością na twarzy i korzystnym wykończeniem w świetle dziennym. Jest to ten typ produktu, który docenią szczególnie osoby z nierówną, potrądzikową i dojrzałą cerą, gdzie ani przesadny błysk, ani mat, nie działa zbawiennie na strukturę twarzy.

Największą zaletą pudru jest jego niewidoczność i znakomita współpraca z innymi produktami kolorowymi (nie jest ani zbyt suchy, ani zbyt mocno przyczepny). Pretty Glow doceniam szczególnie za wzorową współpracę z kosmetykami dalekimi od naturalnych i mineralnych, wzniosłych ideałów - nie ciemnieje i nie zmienia barwy podkładu kremowego, nie zabiera ładnego, świeżego wykończenia, ale jednocześnie nie wyświeca się oraz nie migruje w pory. Wśród bezmiaru pudrów wykończeniowych, wcale nie tak łatwo o kosmetyk wysokiej jakości, a na pewno nie w tak dobrej cenie jak Annabelle Minerals.

Skóra w Pretty Glow prezentuje się niezwykle korzystnie, zwłaszcza w świetle dziennym oraz przy dużych zbliżeniach - co jest moim najważniejszym miernikiem przy ocenie jakości pudrów. Z pewnością dla wielu osób efekt ten będzie zbyt subtelny, a może nawet niewidoczny, niezauważalny... Jednak po moich wielu, nieudanych doświadczeniach, doceniam kosmetyki, których kolejna warstwa jest w pełni zasadna - Pretty Glow jest niezwykle komfortowy w noszeniu, przez co nie wzmaga łojotoku (a to już zapewnia w moim przypadku całodobową trwałość makijażu), nie podkreśla w fatalny sposób linii, zrogowaceń, zmarszczek, bruzd i niedoskonałości (a może nawet odrobinę je wygładza), nie gwarantuje efektu przeładowania makijażem, zaś efekt rozświetlenia to unikalna świetlistość, a nie mało korzystny, szczególnie dla skóry po przejściach, drobinowy, krzykliwy blask.

Puder rozświetlający Pretty Glow to schłodzony, półtransparentny beż w połączeniu ze srebrzystą poświatą bez świdrujących drobin, widocznych jedynie w maksymalnych zbliżeniach makro (i zupełnie zanikających po rozprowadzeniu produktu na skórze), jednak w odróżnieniu od Pretty Matt, jest zupełnie neutralny dla zaaplikowanych już kosmetyków i nie podkreśla suchych skórek. Trochę żałuję, że tak długo zwlekałam z recenzją, bo to zdecydowanie najlepszy puder wykończeniowy w tak niskiej cenie.

INCI: Mica, Zinc Oxide, Silk, Kaolin, CI 77491, CI 77492, CI 77493
Cena: 4g/ 54.90 zł 

annabelle minerals pretty matt pretty glow pretty neutral puder matujący dla skóry tłustej trądzik jaki puder jak zmatowić skórę rozszerzone pory naturalny puder
Od lewej: Annabelle Minerals Pretty Neutral (puder glinkowy), Annabelle Minerals Pretty Glow (puder rozświetlający), Annabelle Minerals Pretty Matt (puder matujący)
Pretty Matt. Matowe produkty nie są łatwe w obsłudze, powiedziałabym, że wykonanie makijażu bazującego jedynie na zastygających podkładach i pudrach silnie absorbujących wilgoć jest trudne, gdyż łatwo nimi podkreślić niekorzystnie wszelkie wgłębienia, zrogowacenia i obecne na skórze niedoskonałości. Mimo posiadania typowej tłustej cery, bardzo szybko porzuciłam kosmetyki matujące, zazwyczaj osiągane rezultaty były zupełnie odwrotne od zamierzonych celów i rozbieżne z moimi oczekiwaniami - widoczność, krótkotrwałość i nieuchronne pobudzanie łojotoku skutecznie zniechęciły mnie do stosowania popularnych chłonnych proszków. Nie jest inaczej w wersji Pretty Matt, która nie jest odpowiednia dla mojego typu cery.

Prócz specyfiki pudrów matujących, w Pretty Matt dostrzegam spore wady, które utrudniają stosowanie pudru. Konsystencja i struktura pyłu jest mocniej przyczepna (moim zdaniem aż za bardzo, przez co puder osiada na skórze niezgrabnie i jest trudny we współpracy) i sucha. Półtransaprentność Pretty Matt nie jest już zaletą jak w przypadku pozbawionej suchości i nadmiernego przylegania wersji rozświetlającej Pretty Glow, bowiem beżowo-ciepłe zabarwienie pudru sprzyja oksydacji, co jest dużym problemem szczególnie przy przetłuszczaniu się cery oraz stosowaniu mokrych produktów, a przecież wówczas pojawia się potrzeba zakupu produktu, mającego absorbować tłuszcz. Pretty Matt ciemnieje samoistnie na skórze oraz przyciemnia znacząco zaaplikowane już uprzednio produkty, jest to widoczne zwłaszcza na tak jasnej skórze jak moja.

Konsystencja pudru utrudnia również współpracę z kosmetykami innymi niż mineralne - matuje delikatnie i nietrwale, a struktura pyłu osiada zbyt mocno na skórze, przez co jest mocno widoczny, nieco toporny, trudny do roztarcia oraz sprzyja rozwarstwianiu się kosmetyków i migracji produktów we wgłębienia, zwłaszcza w najbardziej porowatych topograficznie miejscach. Nie znalazłam również zastosowania dla Pretty Matt w rejonie oczu -  moim zdaniem skóra po zastosowaniu pudru wygląda gorzej, dlatego w tym przypadku zrezygnowałam z kolejnej warstwy makijażu.

Dziwna i nazbyt sucha konsystencja pudru osiada na niedoskonałościach, podkreśla wgłębienia i bruzdy, a praktycznie w ogóle nie przedłuża trwałości makijażu, niezależnie od tego w jaki sposób i czym jest aplikowana. Puder kiepsko współpracuje z większością podkładów, chociaż na pewno o wiele lepiej zgrywa się z proszkami - skraca, zamiast przedłużać ich trwałość, daje efekt dużej warstwy makijażu na skórze oraz ciemnieje, a w najlepszym przypadku nie robi nic szczególnego. Niestety, mimo wielu pozytywnych ocen w internecie, z pudrem Pretty Matt jest mi nie po drodze i nie mogę dojść z nim do porozumienia. 

INCI: Mica, Bambusa Arundinacea Stem Powder, Silk, CI 77491, CI 77492
Cena: 4g / 54.90 zł 

Pretty Neutral. Stali czytelnicy bloga doskonale wiedzą, że puder glinkowy Annabelle Minerals doczekał się już swoich pięciu, zasłużonych minut i specjalnej sesji w Warszawskich Łazienkach - jest to jeden z niewielu kosmetyków do makijażu, który, mimo upływającego czasu i masy przewijających się produktów, nadal zajmuje ważne miejsce w mojej kosmetyczce i jest traktowany już jak produkt upiększający. Opinie na temat Pretty Neutral są podzielone, ale ja jestem w grupie zadowolonych klientów. 


Puszysta, delikatna, przyjemna konsystencja o neutralnym, nieoksydującym zabarwieniu, puder doskonale normalizuje skórę - absorbuje nadmiar sebum, ale jednocześnie nie wysusza nadmiernie cery, jest łagodniejszy od klasycznych pudrów matujących oraz zapewnia przez to trwalszy i bardziej naturalny efekt, najbardziej polubią go osoby z tłustą cerą i stopniowo narastającym łojotokiem. Nie wchodzi w pory, bruzdy i załamania, sprawdza się zarówno w roli pudru wykończeniowego, jak i primera - aplikowanego pod podkład sypki/prasowany. Nosi się komfortowo.

Współpracuje najlepiej z kosmetykami mineralnymi, ale w odróżnieniu od pudru Pretty Matt, nie ciemnieje i aplikowany bardziej puchatym pędzlem, może sprawdzić się i w połączeniu z produktami mokrymi - dobrze je utrwala i utrzymuje na miejscu, chociaż nie gwarantuje tak ładnego i gładkiego wykończenia jak Pretty Glow.

Pretty Neutral, mimo że jest zwykłym (a może nie-zwykłym?:)), transparentnym pudrem glinkowym, zaaplikowany oszczędnie na skórę sprawia, że wygląda o wiele lepiej - jest wygładzona, nieco wyrównana, uspokojona, ładniejsza w odbiorze. Przy regularnym stosowaniu pudru, widziałam sporą różnicę w kondycji cery (obkurczenie porów, mniejsza tendencja do powstawania bolesnych zmian zapalnych, szybsze gojenie się naskórka). Puder nie nasila rogowacenia, odwodnienia skóry oraz nie nie podkreśla suchych skórek - jak już pisałam wcześniej w pełnej recenzji - marzę, by dojść do takiej kondycji cery, by móc ograniczyć się tylko do Pretty Neutral.

INCI: Illite, Mica, Kaolin
Cena: 4g / 54.90 zł 

ARTYKUŁ POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z MARKĄ KOSMETYKÓW MINERALNYCH ANNABELLE MINERALS.

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

19:00

PRAWIDŁOWA HIGIENA I BADANIE FIZYKALNE OKOLIC INTYMNYCH | KOSMETYKI, NA CO MUSISZ ZWRÓCIĆ UWAGĘ, KIEDY IŚĆ DO LEKARZA

PRAWIDŁOWA HIGIENA I BADANIE FIZYKALNE OKOLIC INTYMNYCH | KOSMETYKI, NA CO MUSISZ ZWRÓCIĆ UWAGĘ, KIEDY IŚĆ DO LEKARZA

Zdaję sobie sprawę, że temat pielęgnacji stref intymnych odbiega znacząco od przewodniej i konsekwentnie przeze mnie dopilnowanej koncepcji bloga, myślę jednak, że temat ten, jak żaden inny, jest bardzo potrzebny, bowiem poziom świadomości polskiego społeczeństwa jest ... nie wiem? Przerażający, czy już żenujący? Zwłaszcza w zakresie podstawowej wiedzy anatomicznej i fizjologicznej, a ma to kolosalne znaczenie zarówno dla Twojego zdrowia fizycznego, jak i mentalnego (i oczywiście, jak najbardziej, choroby przydatków oraz okolic intymnych mogą nasilać, a nawet generować problemy skórne). Umyślne wzbudzanie poczucia winy (zwłaszcza u kobiet) za posiadanie narządów rozrodczych i odziewanie w wiedzę tajemną dolną topografię ciała powinno podlegać karze - to są rzeczy, o których należy mówić jak najwięcej i w jak najmłodszym wieku. 

Ze smutkiem stwierdzam, że wcale nie zdziwiła mnie ostatnia tocząca się akcja na instagramowym profilu aniamaluje (często miewam rozbieżne poglądy, ale w tej kwestii muszę przyznać Ani całkowitą rację), bowiem brak edukacji seksualnej doprowadza do takich osobliwych zdarzeń, z jakimi musiała zmierzyć się sama autorka: seksualizacją i instrumentalizacją kobiecego ciała. Jest to najzwyczajniejsza w świecie manifestacja ciemnoty panującej w społeczeństwie, pozostawiająca przetrwałe ślady zarówno na psychice, jak i zdrowiu fizycznym, nie tylko kobiet, ale i mężczyzn.

Temat ten z pewnością wzbudzi sporo kontrowersji, choć jednocześnie jestem przekonana, że będzie cieszył się sporym zainteresowaniem, jeśli na blogach tematycznych, już na przywitanie, padają pytania typu "jak często należy podmywać okolice intymne podczas miesiączki" lub "czy można spać bez majtek". Mogłabym opublikować dzisiejszy artykuł w prześmiewczym tonie, potraktować tego typu pytania z przymrużeniem oka, obracając w przyciężkawy dowcip, ale z drugiej strony... jaki to ma sens i jakie pociągnie za sobą konsekwencje? Skoro ktoś zadaje pytania, to panuje rzeczywisty deficyt podstawowej wiedzy i super, gdyby jednak ktoś udzielił sensownej odpowiedzi, na to trywialne, by się mogło wydawać, pytanie. Rodzice bardzo często wymigują się od edukacji seksualnej własnych dzieci, traktując ich sfery intymne jak oddzielne byty, podobnie zresztą dzieje się w szkołach - nic dziwnego, że kwitnie chuligaństwo, a miesiączkujące dziewczynki wiedzą dokładnie jak wykonać pełny makijaż, ale nie mają pojęcia, że należy oczyszczać okolice intymne częściej niż raz dziennie. Nie tylko dzisiejsza młodzież, ale nawet dorośli ludzie, będący przykładem dla młodego pokolenia, nie ma pojęcia czym jest w istocie przestrzeń osobista i intymna. 

CO JEST ZUPEŁNIE NORMALNE

Dobrze, przejdźmy zatem do podstaw. Śluz szyjkowy. Wydzielina śluzowa wytwarzana jest przez gruczoły szyjki macicy, zatem każda zdrowa i płodna kobieta wydziela śluz, który pełni szereg określonych funkcji, dlatego zawsze, w zależności od cyklu miesiączkowego, będzie on obecny, i tak, będzie pozostawiał tak krępujące dla większości kobiet ślady na bieliźnie. Nie ma sensu insynuowania sobie choroby, gdy zapach wydzieliny jest nadal swoisty (nie kwaśny, nieprzyjemny, rybi), nie ulega nagłej zmianie i jego ilość można określić jako normę. 

Warto wiedzieć, że ilość wydzielanego śluzu oraz jego postać jest zależna od cyklu w jakim jest aktualnie kobieta, a konkretnie: jest on podporządkowany wydzielanym i krążącym w surowicy krwi hormonom, należy jednak pamiętać, że barwa śluzu jest zawsze transparentno -mleczna i po zaobserwowaniu zmian kolorystycznych, należy natychmiast udać się na wizytę kontrolną do specjalisty. W czasie względnej niepłodności, po owulacji (minus 15-16 dni od długości cyklu miesiączkowego) oraz przed owulacją, śluzu jest fizjologicznie mniej i przybiera on już formę galaretowatą, zwartą, ciągnącą (im mniej płodne dni, tym bardziej jest gęsty), pH  śluzu spada do odczynu fizjologicznego (nadmierna kwasowość śluzu szyjkowego jest bardzo częstą przyczyną niepłodności oraz może świadczyć o współistniejących infekcjach oraz chorobach ogólnych), pełni on wówczas fizyczną ochronę przed zakażeniami pochwy oraz pomaga w utrzymaniu ciałka żółtego. Podczas dni płodnych, na skutek podnoszącego się poziomu estrogenu, szyjka macicy rozszerza się, podnosi się nieznacznie temperatura pochwy oraz podwyższa pH wydzielanego śluzu, co oczywiście sprzyja zapłodnieniu komórki jajowe, natomiast możesz zauważyć rozrzedzenie wydzieliny: śluz zyskuje konsystencję płynną, przypominając strukturalnie białko kurze. Należy pamiętać, że duża wilgotność pochwy oraz wzrost pH śluzu szyjkowego, a także podwyższona ciepłota pochwy zwiększa podatność na rozwój infekcji stref rodnych. W skrócie: im bardziej rzadki śluz - tym bardziej płodne dni, im gęstszy - tym utrudniona zostaje migracja plemników (w literaturze rozróżnia się co najmniej 4 typy śluzu szyjkowego, ale moim zdaniem nie ma sensu rozwodzić się nad mniejszą lub też większą klarownością wydzieliny). Kobiety w okresie menopauzalnym i postmenopauzalnym, ze względu na naturalne obniżenie estrogenu oraz progesteronu, cierpią na deficyt śluzu, co objawia się suchością pochwy - co jest takim samym stanem patologicznym jak nadmierna ilość wydzieliny. Oczywiście kobiety przyjmujące antykoncepcję hormonalną (szczególnie złożoną) nie będą odnotowywać u siebie dni płodnych i towarzyszących temu objawów fizykalnych. 

Ale to nie wszystko - śluz jest wydzielany w zwiększonej ilości również wtedy, gdy dochodzi do fizycznych lub chemicznych uszkodzeń ścian pochwy, co jest już sytuacją patologiczną i może sprzyjać rozwojowi infekcji okolic intymnych i oczywiście utrudniać zajście w ciążę. Mocne pocieranie pochwy, agresywne stosunki seksualne, brak owłosienia łonowego (zwiększona podatność na otarcia i uszkodzenia), drażniące środki myjące, wkładki higieniczne, ocierająca, przylegająca bielizna lub niekomfortowe ubrania sprzyjają zatem zwiększonemu wydzielaniu śluzu, co wymaga już głębszej autorefleksji nad wykonywanymi działaniami, ponieważ może doprowadzić do rozwoju chorób - nie tylko infekcji miejscowych i ogólnych, ale również kancerogenezy narządów rodnych.  

Dlatego też popieram, poza wyjątkowymi przesłankami medycznymi, takimi jak słabe mięśnie dna miednicy, wysiłkowe i powysiłkowe nietrzymanie moczu, wypadanie odbytu i inne, spanie bez bielizny, co więcej, najlepiej nosić bieliznę jak najrzadziej i jeśli już: jak najlepszej jakości. Nie dajmy sobie wtłoczyć do głów, że wrzynające się w tyłek koronkowe stringi i opinające slim fity to trafny wybór świadomej kobiety. Dobra bielizna, to bielizna przewiewna, wykonana z naturalnych, przepuszczalnych materiałów, uszyta i wykończona starannie, z miękkimi szwami. Nie jest z pewnością to najbardziej ostentacyjny zestaw na romantyczny wieczór, ale daleko mu do bielizny kościelno-pruderyjnej.

Srom. Zdrowe wargi sromowe mają naturalny, nieco przyciemniony kolor lub nieznacznie zaróżowiony, nie pojawia się na nich świąd oraz żaden nalot, mogący świadczyć o kwitnącej mikrobiocie patogennej (najczęściej grzybiczej). Srom jest zdecydowanie bardziej uwrażliwiony w końcowej fazie cyklu oraz początkowej pierwszej fazie, gdy śluzu jest niewiele i jest on gęsty, dlatego warto nie uciekać od jego pielęgnacji (tam jest taka sama skóra jak na Twoich łydkach, czy brzuchu...). Nie powinny pojawiać się na nim żadne zmiany miejscowe, typu pieprzyki, brodawki i zmiany barwnikowe - struktura warg sromowych jest gładka. Zaniepokoić powinien ogólny ból, tkliwość, dyskomfort oraz wyczuwalne obrzęki, guzki.

Wzgórek łonowy. Cielisty, może być naturalnie ciemniejszy od ogólnego kolorytu skóry, przy posiadaniu owłosienia łonowego, należy mieć się na baczności, czy czasem pojawiające się uporczywe swędzenie okolic intymnych nie jest wynikiem grasujących Pthirus pubis - to zakaźna, trudna w leczeniu wszawica łonowa - wesz łonowa charakteryzuje się zdecydowanie mniejszym rozmiarem i niestety - cielistym odbarwieniem, identyfikacja tej choroby bardzo często następuje przypadkowo.

CO POWINNO CIĘ ZANIEPOKOIĆ

Przede wszystkim należy obserwować własne ciało! Samodzielne badanie okolic intymnych nie jest niczym zdrożnym, a świadczy jedynie o wysokiej dojrzałości i świadomości, samobadanie pozwala na efektywne i mało problematyczne leczenie, co więcej, Twoje własne obserwacje są najcenniejszymi informacjami, jakie możne otrzymać lekarz oraz pielęgniarka i położna. By wyłapać jakiekolwiek zmiany w obrębie okolic szyjki macicy, pochwy i wzgórka łonowego, należy przede wszystkim wiedzieć co jest normą, a co nie - jeżeli nie badasz się, nie jesteś w stanie zareagować odpowiednio szybko, co może doprowadzać jedynie do rozwoju niebezpiecznych chorób i tym samym przedwczesnej niepłodności, kalectwa, a nawet zgonu.

Podczas codziennej toalety poświęć te trzy, niepozorne, a jakże ważne dla Twojego zdrowia minuty - włóż palec, sprawdź śluz, zapach, jego konsystencję, zbadaj fizykalnie ściany pochwy, zwróć uwagę na wygląd sromu oraz wzgórka łonowego - jeśli zmianie ulega nagle woń wydzieliny, jej wygląd odbiega od Twojej normy, pojawia się miejscowa tkliwość okolic intymnych, ból, zaczerwienienie, świąd, zmiany barwnikowe, brodawkowe, cokolwiek, co nie jest u Ciebie normalne - przyspiesz swoją konsultację ginekologiczną. Choroby stref rodnych są tak niebezpieczne, ponieważ nie reagujemy wystarczająco szybko i przede wszystkim - nie znamy własnego ciała - warto dopuścić się chociaż chwilowej autorefleksji, bowiem nikt, nawet najlepszy specjalista w swoim fachu, nie jest w stanie przeprowadzić z Tobą profesjonalnego i wartościowego wywiadu ginekologicznego, jeśli Twoja wiedza jest równa zeru -  a to właśnie wywiad ma najwyższą wartość w Ginekologii i Położnictwie. Jasne, mamy metody diagnostyczne, mamy diagnostykę obrazową, tylko szkoda, że wiele z nas decydując się na wizytę u specjalisty przychodzi już zdecydowanie za późno i obdarza zbyt wielkimi pokładami nadziei sprzęt diagnostyczny - choroby obciążone wysoką śmiertelnością, takie jak rak jajnika, szyjki macicy, sromu, są praktycznie nie do wykrycia w początkowym stadium choroby. Zmiany nowotworowe, nawet zaawansowane, dają nawet na poważnym etapie choroby jedynie subtelne objawy, których nie jest w stanie zauważyć kobieta, która nie wie nawet w którym jest aktualnie dniu cyklu...

Na badanie ginekologiczne należy zgłosić się na samym początku cyklu, przy długich miesiączkach nawet podczas delikatnego plamienia, zdaję sobie sprawę, że to dość krępujące, natomiast pod wpływem estrogenu dochodzi do przerostu endometrium, dlatego warto udać się do ginekologa, gdy poziom tego hormonu jest jeszcze stosunkowo niski i badanie obrazowe będzie po prostu bardziej miarodajne. 

JAK DBAĆ O STREFY INTYMNE?

Budowa pochwy sprzyja nadkażeniom i infekcjom miejscowym - łatwy dostęp do cewki moczowej, równie nietrudny kontakt z odbytem, to same problemy, dlatego też codzienna, prawidłowa i właściwa dbałość o okolice intymne jest absolutnie niezbędna. Przede wszystkim należy unikać nadmiernego ucisku stref intymnych - postaw na komfortową bieliznę oraz noszone przez Ciebie ubrania. Podczas codziennej toalety, oprócz mycia - zawsze obserwuj własne ciało i przeprowadzaj kilkuminutowe badanie, które może uratować Twoje życie.

Kieruj się zasadą, by okolice intymne traktować już spienionym na dłoni środkiem myjącym, z góry na dół (by nie wprowadzać do wnętrza pochwy bakterii kałowych). Nie zalewaj wnętrza pochwy preparatem oczyszczającym oraz używaj go niewiele, już samo to może ograniczyć podrażnienia po wykonanej toalecie. Unikaj nadmiernego pocierania okolic intymnych i osuszaj łagodnie okolice czystym ręcznikiem papierowym lub gazą. W celu odświeżenia, zamiast pozostawiających wiele do życzenia chusteczek myjących (podwójne zanieczyszczanie środowiska, kiepski skład, wysokie potencjalne ryzyko podrażnień i nadmiernego wysuszenia pochwy, mało ekonomiczne rozwiązanie), wykorzystaj dostęp do łagodnie ciepłej wody (lub ewentualnie wody niskozmineralizowanej, butelkowej) oraz czystej gazy. W swojej torebce noszę zawsze atomizer wypełniony płynem z kwasem mlekowym (przepis tutaj> | w wyjątkowych warunkach lub w przypadku wrażliwości okolic intymnych, możesz wykorzystać zwykłą wodę butelkową niegazowaną i niskozmineralizowaną) oraz jednorazowych, jałowych gazików, co pozwala w każdych warunkach dokonać szybkiego, nieagresywnego niepełnego mycia okolic. W przypadku wyjątkowej wrażliwości okolic intymnych, możesz przemywać okolice samą, przegotowaną wodą. Nasączoną gazą wykonaj jeden, posuwisty, sprawny ruch od góry, do dołu, wyrzucając od razu zanieczyszczony okład, czynność powtarzaj trzykrotnie (tyle jest gazy w jednym opakowaniu) lub w przypadku miesiączkowania i braku dostępu do wykonania pełnej toalety, czynność możesz powtarzać do momentu całkowitego oczyszczenia okolic pochwy.

Jak często? Tak często jak tego wymagasz,  na pewno nie rzadziej niż dwa razy dziennie przy udziale spłukujących się środków myjących lub samej wody przy wysokiej wrażliwości okolic intymnych (ja dodatkowo uważam, że warto chociaż dokonać niepełnego mycia po każdej defekacji, a gdy są warunki - oczyścić dokładnie okolice odbytu przy użyciu detergentów). Pachwiny i wargi sromowe posiadają gęsto rozmieszczone gruczoły łojowe oraz potowe, co po części odprowadza nadmiar wody i zapobiega przegrzewaniu tychże okolic, ale jednocześnie sprzyja ich szybkiemu zanieczyszczaniu się, co jest znacznie przyspieszone w przypadku noszenia niewłaściwej bielizny, odzieży, upałów/sezonu grzewczego, czy miesiączki, wówczas jesteś naturalnie zobligowany do częstszej higieny stref intymnych, trzymając się podstawowych, wyżej wymienionych zasad. Postępuj zgodnie z zasadą - gdy okolice ulegną zanieczyszczeniu lub spoceniu - oczyść je, choćby to była i piąta wizyta w toalecie w ciągu dnia.

Ze względu na kwaśne środowisko pochwy, warto wybierać środki myjące o łagodnie kwasowym odczynie (3.5-4.5 pH) oraz delikatnej formule myjącej, i jak do tej pory, w moim osobistym rankingu wygrywają dwa, podstawowe produkty, które stosuję naprzemiennie, w zależności od dnia cyklu w którym jestem: klasycznego płynu do higieny intymnej polskiej marki Sylveco w czasie wzmożonej wilgotności pochwy, by efektywnie i mocniej oczyścić okolice z nadmiaru śluzu i zanieczyszczeń (płyn, niestety, uległ reformulacji i mój zachwyt nieco ostygł podczas stosowania bardziej rozcieńczonej i zmienionej wersji, ale nadal jest to najlepszy kosmetyk do oczyszczania okolic intymnych o tak dobrej dostępności i w takiej korzystnej cenie) oraz naturalnego olejku myjącego o uproszczonym składzie (klasyczny olejek myjący na Glyceryl Cocoate). Olejki myjące posiadają pH neutralne, aczkolwiek nie naruszają naturalnej mikroflory pochwy oraz dokładnie i niezwykle delikatnie oczyszczają okolice intymne, co jest korzystne zwłaszcza w czasie względnej suchości pochwy i występowania bezpłodnego śluzu (lepszy poślizg, delikatne natłuszczenie warg). Olejek wzbogacam naturalnymi olejkami eterycznymi (więcej o olejkach eterycznych i absolutach przeczytasz tutaj>) o działaniu antybakteryjnym i przeciwgrzybiczym, najbardziej cenię właściwości szałwii lekarskiej, muszkatołowej, oregano (uwaga na stosowane stężenie!), balsam kopaiwa, brzozy oraz tymianku (szczególnie odmiany czerwonej).

Oczywiście należy dbać również o prawidłowe nawilżenie okolic intymnych, dlatego też w ramach potrzeby, po wykonanej pełnej toalecie, możesz stosownie natłuszczać rejony okolic intymnych, polecam szczególnie naturalne, rozpuszczone masło kakaowe lub w czasie suchości pochwy naturalny żel z aloesu pozbawiony konserwantów i substancji dodatkowych (jak wybrać wysokiej jakości żel z aloesu, przeczytasz tutaj>). Nie wcieram w obszar pochwy żadnych perfumowanych i rozwiniętych pod względem listy składników produktów pielęgnujących i namawiam do tego, by tego nie robić.

Z pewnością dużo wątpliwości pojawi się w zakresie dbałości i absorpcji krwi miesiączkowej. Wkłady, tampony, podpaski, sprzyjają poceniu się stref intymnych i sprzyjają rozwojowi infekcji, z drugiej strony - popularne kubeczki silikonowe mogą drażnić wewnętrzne części pochwy i również sprzyjać wyższym infekcjom intymnym. Dziewczynom borykającym się z przewlekłymi infekcjami grzybiczymi na terenie wierzchniej warstwy pochwy, zaleciłabym kubeczki, natomiast dziewicom oraz osobom z niewłaściwą budową anatomiczną macicy, radziłabym pozostać przy mniej inwazyjnych i bardziej powierzchownych metodach. Nie ma idealnego rozwiązania dla każdej kobiety.

Zdaję sobie sprawę, że temat jest zbyt rozbudowany i dzisiaj udało mi się jedynie liznąć absolutne podstawy, ale mam cichą nadzieję, że mimo wszystko okaże się pomocny i będzie to udane odstępstwo od mojego konsekwentnego prowadzenia bloga w zakresie pielęgnacji cery. 

ARTYKUŁ NIE JEST SPONSOROWANY. 

Pozdrawiam ciepło,
Ewa
Copyright © 2016 MademoiselleEve , Blogger