Popularne posty

12:00

RÓŻE MINERALNE ANNABELLE MINERALS

RÓŻE MINERALNE ANNABELLE MINERALS

Bardzo brakowało mi pisania, powolnych, tętniących soczystymi barwami chwil z ciężkim obiektywem, i... wyjątkowego kontaktu z czytelnikami. Wypełniony hojnie po brzegi grafik, przytłaczająca ilość zajęć i całkowita deprywacja snu, doprowadziły do prawie miesięcznej przerwy na blogu. Wracam silniejsza i zmotywowana do działania. 

Nie wykonuję codziennie makijażu, zwłaszcza teraz, gdy studiuję i pracuję intensywniej niż kiedykolwiek. Minuty o poranku, zwłaszcza dla nocnego marka, są na miarę złota, zwinięcie się z łóżka o tak wczesnych godzinach jest dla mnie niezwykle uciążliwe i obarczone ogromnym poświęceniem. Rozsądnie zatem dawkuję inkrustowane, dźwięcznie przesuwające się wskazówki zegara, na choć odrobinę dłuższy sen, posiłek, aktywność fizyczną, nie mniej - tonę w głębokim smutku, gdy z premedytacją zaniedbuję czas na zasłużony relaks i odpoczynek. 

Życie w ogromnym, pędzącym mieście wymaga szybkich, praktycznych i przemyślanych działań, bogatsza o doświadczenia, w wyprawce na studia, zabieram ze sobą jedynie sprawdzone produkty, co oszczędza mój czas, plecy i pozwala na doprowadzenie się do ładu na pociągowym siedzeniu. Niezmiennie, już od prawie 5 lat, w poręcznej, studenckiej kosmetyczce znajdują się moje ulubione róże mineralne Annabelle Minerals: doskonale napigmentowane, miękkie, łatwe i przyjemne w obsłudze oraz trwałe. 

ZA CO LUBIĘ RÓŻE ANNABELLE MINERALS

Wciąż wiele osób niestrudzenie dopuszcza się bezzasadnej racjonalizacji, broniąc się niemalże każdą kończyną przed kosmetykami mineralnymi: przytłacza ich sypka postać mineralnych pyłów, trudność w ich dozowaniu oraz domniemany, kiepski efekt końcowy. Niesłusznie. Owszem, istnieją formuły wielce problematyczne, wymagające sporego doświadczenia i obycia w makijażu, aczkolwiek róże Annabelle Minerals do nich z pewnością nie należą. To idealne, kompromisowe wypośrodkowanie, zarówno dla osób stosujących kosmetyki mineralne, jak i dalekich od idei czystego makijażu.

Róże cenię za niezwykle przyjemną, wyczuwalnie kremową formułę. Produkty są doskonale rozdrobnione, aksamitne i miękkie w wykończeniu, zapewniając efekt subtelnej, bezpiecznej mgiełki koloru, oczywiście w zależności od upodobań, otrzymany efekt można stopniować do osiągnięcia pełnej satysfakcji.

Pyłek równomiernie i gładko osiada na skórze, nie tworzy nieprzewidywalnych plam, zacieków, nie podkreśla suchych miejsc oraz niedoskonałości - gwarantuje jednolity i niezwykle korzystny kolor na policzkach, nie tylko na idealnie gładkich twarzach. Róże aplikuję pędzlami z moim ulubionym naturalnym włosiem kozy, choć rekomendowane przez producenta pędzle wykonane w miękkiego, syntetycznego tworzywa również doskonale spełniają swoją rolę.

Sypka formuła różów może przekłamywać ich rzeczywiste walory użytkowe - mają one doskonałą przyczepność, nie pylą nadmiernie oraz bardzo łatwo i przyjemnie się z nimi pracuje na co dzień.  Nie przesuszają skóry oraz nie wzmagają rogowacenia. Największą zaletą jest jednak ich niezwykle naturalne, satynowe wykończenie pozbawione jakiejkolwiek nachalnej i odejmującej uroku pudrowości - pięknie zdobią rumieńce, nadając skórze młodzieńczego, zdrowego blasku. Prostota składu i pozbawiona nachalnego blichtru formuła - bez drobin i niereformowanej metaliczności.

Jedynymi minusami w morzu zalet, jakie dostrzegam, jest podatność różów na oksydację kolorów, niemalże wszystkie odcienie zmieniają swoją kolorystykę i wraz z upływem czasu znacznie ocieplają się na mojej lubiącej się w makijażu przetłuszczać, skórze twarzy. Nie podoba mi się również ich średnia trwałość - giną gdzieś bezpowrotnie w makijażu, po kilku godzinach noszenia nie ma po nich śladu. Nie mniej, wolę efekt stopniowego blednięcia koloru, aniżeli nierównomiernie niknięcie koloru, obarczone mało estetycznymi plamami. Na skórze dojrzałej i mieszanej, róże prezentują się w stanie nietkniętym przez co najmniej 12 godzin, co jest niesamowitym wynikiem jak na kosmetyk o tak uproszczonym, minimalnym składzie.

KOLORYSTYKA

Jestem ogromną fanką zróżnicowanych kolorów i faktur - zachwycam się miękkimi tkaninami, gładzę jedwabiste skóry wielbłądzie, cieszę oczy niesztampowymi przeszyciami i wyjątkowymi, powodującymi natychmiastowy wzrost adrenaliny w surowicy krwi - kolorami. Prawda jest jednak taka, że gdy fala ekscytacji opadnie, sięgam po stonowane, bezpieczne kolory, których nie brakuje w ofercie marki Annabelle Minerals.

Róże występują w sześciu, bezpiecznych wariacjach kolorystycznych: przygaszonych beżach, stłumionych różach, ciepłych, stonowanych brzoskwiniach, idealnych do biura, na uczelnię, na co dzień. Nie dominują urody, a wspaniale ją podkreślają, myślę, że każda zainteresowana osoba zakupem podstawowych kosmetyków do makijażu, znajdzie w ofercie Annabelle Minerals produkty idealnie skrojone na miarę codziennych potrzeb.

[zdjęcia udostępnię we wtorek, niestety, ale moja karta pamięci ma awarię...]

Romantic. Blady, liliowy, chłodny, jasny róż, dający efekt świeżości. Idealny dla alabastrowej, jasnej skóry.

Nude. Chłodny róż, przełamany beżem. Idealny kolor na co dzień - nieoczywisty, choć piękny. Na każdej skórze prezentuje się inaczej, choć równie korzystnie. Stworzony dla przygaszonych, stłumionych typów urody.

Rose. Średni, barokowy róż o stonowanej bazie. Daje efekt rumianej, świeżej cery. Może się dość mocno ocieplać.

Coral. Brudny, ciemny róż, dający efekt zmrożonych niskimi temperaturami policzków. Niezwykle twarzowy, elegancki i kobiecy. Dedykowany każdemu typowi kolorystycznemu. Znikomo ociepla się.

Sunrise. Mrożona, delikatnie przygaszona brzoskwinia. Świetny kolor na co dzień dla osób, które nie widzą w siebie w różu. Doskonała wariacja office w bardziej ciepłym wydaniu.

Honey. Najbardziej intensywny, nieco ceglasty odcień ciepłej brzoskwini. Dobrze komponuje się z ciemniejszymi typami urody.

Opakowanie standardowe z zasuwką. Cena 4g / 44.90 zł. Cena współmierna i korzystna do jakości i niesamowitej wydajności.

INCI: Mica, Titanium Dioxide, Zinc Oxide, Iron Oxides

ARTYKUŁ POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z PRODUCENTEM KOSMETYKÓW MINERALNYCH ANNABELLE MINERALS. 

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

12:00

LEKKI KREM, KTÓRY NIE ZATYKA PORÓW | LA ROCHE-POSAY, AVENE, THE ORDINARY

LEKKI KREM, KTÓRY NIE ZATYKA PORÓW | LA ROCHE-POSAY, AVENE, THE ORDINARY

Dzisiejszy artykuł nie wygrał w plebiscycie na najbardziej ambitną i twórczą treść roku, choć przyznaję, przez długi czas odczuwałam jego przejawiający się w każdej możliwej płaszczyźnie deficyt: wybrałam trzy, w moim odczuciu najprzyjemniejsze kremy o interesującej, niebanalnej i beztłuszczowej konsystencji, które sprawdzają się stosowane zarówno w pielęgnacji codziennej, jak i współgrają z kosmetykami do makijażu.  

Pewna wyczuwalna zachowawczość i niechęć udzielania konkretnych produktów wynika nie z obawy przed przypadkowym ujawnieniem wiedzy tajemnej, ciężko jednoznacznie orzec, zwłaszcza w pielęgnacji skóry, czy dany kosmetyk nie przysporzy dodatkowych problemów z cerą, bowiem nawet najlżejsza struktura może zadziałać komedogennie, jeżeli jest stosowana ponad rzeczywiste zapotrzebowanie skóry. Wśród bezmiaru stosowanych preparatów, wyodrębniłam jedynie garstkę produktów, które mają sporą szansę sprawdzić się na skórze tłustej, zanieczyszczającej się i jednocześnie wymagającej niewielkiego, choć pewnego nawilżenia. 

LA ROCHE-POSAY HYDRAPHASE INTENSE LEGERE (GŁĘBOKO NAWILŻAJĄCY KREM O LEKKIEJ KONSYSTENCJI I PRZEDŁUŻONYM DZIAŁANIU)

Nie zamierzam z precyzją aptekarza ważyć swoich słów: z większością produktów La Roche-Posay nie jest mi po drodze, a z pewnością nie ze słynną serią przeciwtrądzikową Effaclar, która mimo wielu pozytywnych rekomendacji specjalistów, trądzik nasila aniżeli go leczy, nie jest również idealnym dopełnieniem nierzadko agresywnego i wysuszającego leczenia dermatologicznego. Pragnę jednak zwrócić uwagę na rzeczywiście udaną formułę Intense Legere, to spore, pozytywne zaskoczenie: krem jest niezwykle lekki, bez tłuszczowej otoczki z aksamitnym, miłym wykończeniem.

Konsystencja początkowo spoista, przy bliższych stosunkach lejąca, transparentna o klasycznej, aptecznej, wyczuwalnej, choć niedokuczliwej woni, mimo że przez pewien czas utrzymuje się na skórze. Pod wpływem ciepła wędrujących opuszek, krem zyskuje wodną i przezroczystą, aczkolwiek przyjemną, nie sprawiającą problemów strukturę, nabywa przyjemnych walorów użytkowych, staje się bardziej przyjazny w odbiorze oraz, co jest nieskrywanym atutem przy wysokiej cenie preparatu, satysfakcjonującą wydajność.

Niszowe, aksamitne, niewysychające i miękkie wykończenie jakie pozostawia Intense Legere doskonale pielęgnuje skórę z niskim, choć pewnym zapotrzebowaniem na nawilżenie i niezbędną okluzję, nie należy gładkiej warstewki utożsamiać z tłustym, nieprzyjemnym nalotem, wróżącym jedynie nieuchronne problemy skórne, to raczej satysfakcjonujące i ujmujące uczucie właściwie zadbanej cery. Produkt nie lepi się, nie roluje, nie osadza w porach oraz jest komfortowy w noszeniu. Bardzo dobrze współpracuje z kosmetykami do makijażu, ułatwia ich równomierną i gładką aplikację oraz zmniejsza widoczność obecnych nierówności i przesuszających się obszarów.

Krem Intense Legere La Roche-Posay jest dosyć specyficzny i nie każdy zachwyci się jego ultra lekką konsystencją: właściwości nawilżające są słabe, krem efektywnie nie zmiękcza i nie nawadnia intensywnie skóry, gwarantuje za to optimum naskórkowi przejściowo odwodnionemu lub szybko odwadniającemu się, bez wyjątkowych (a jednocześnie wyjątkowych i tak trudnych do zapewnienia) potrzeb. Obietnice producenta nie są do końca zgodne z prawdą i wprowadzają klientów w błąd, choć formule nie mam zbyt wiele do zarzucenia i finalnie uważam ją za udaną. Zalecam jak najmniej obfitą i rozważną aplikację kremu, zrobiłam porządny research przed publikacją i odnoszę wrażenie, że niezadowolenie z Intense Legere wynika albo z wyższego zapotrzebowania na okluzję i zupełnie rozbieżny typ formuły, albo stosowania nadmiernej, jednorazowej ilości preparatu (wydajność kremu przy codziennym użytkowaniu to dokładnie 8 miesięcy, a wertując opiniotwórcze fora przeciętnie określono ją na mniej więcej 3 miesiące!).

Mimo wodnistości struktury, Intense Legere nie wysycha nadmiernie, właściwości produktu nie sprzyjają ani nadmiernej potliwości skóry (choć przy zerowym zapotrzebowaniu na okluzję zalecam rezygnację z zakupu), ani obciążaniu naskórka kolejną warstwą produktu pielęgnacyjnego. Przy wyższym zapotrzebowaniu na emolienty (skóra sucha, silnie odwodniona, zrogowaciała), krem jak najbardziej może wzmagać nadmierny łojotok, powodować miejscowe podrażnienia, a nawet wywoływać problemy skórne, formuła bowiem nie jest z gatunku intensywnie nawilżających i nie w Intense Legere poszukiwałabym swego oblubieńca.

Wygodna i higieniczna aplikacja próżniowa z pompką, wydobywającą właściwą, niewielką ilość kremu. Dostępność w polskich aptekach, ceny - zróżnicowane.

INCI: AQUA / WATER, HYDROGENATED POLYISOBUTENE, DIMETHICONE, GLYCERIN, ALCOHOL DENAT, POLYETHYLENE, PEG-20 STEARATE, PEG-100 STEARATE, CARBOMER, ZINC GLUCONATE, GLYCERYL STEARATE, ISOHEXADECANE, SODIUM HYDROXIDE, DISODIUM EDTA, COPPER SULFATE, HYDROLYZED HYALURONIC ACID, XANTHAN GUM, PENTYLENE GLYCOL, POLYSORBATE 80, ACRYLAMIDE/SODIUM ACRYLOYLDIMETHYLTAURATE COPOLYMER, CETYL ALCOHOL, CAPRYLYL GLYCOL, PARFUM / FRAGRANCE
CENA: 55-80 zł / 50 ml
STOPIEŃ NAWILŻENIA: **/*****

Od lewej: La Roche-Posay Hydraphase Intense Legere, Avene Post Acte, The Ordinary Moisturizing Factors + HA 

AVENE, CICALFATE, POST ACTE (EMULSJA REGENERUJĄCA PO ZABIEGACH)

Emulsja o niezwykle udanej, lekkiej, zastygającej formule. To kolejny kosmetyk, który może nieopatrznie zostać skrzywdzony przez niewłaściwą grupę odbiorców... Mimo że emulsja Post Acte nie przynosi spektakularnych, bizantyjskich efektów, jest to preparat, do którego bardzo często się wraca.

Zbita, spójna konsystencja o suchym, przylegającym wykończeniu. Emulsja całkowicie zastyga. Pozbawiona zapachu. Pozostawia przyjemne, zdrowe, matowe wykończenie. Nie rozpulchnia skóry, jest komfortowa w noszeniu oraz mimo lekkiej formuły, nie sprzyja nadmiernej potliwości naskórka i sprawdza się w pielęgnacji skóry delikatnej, wrażliwej oraz alergicznej.

Formuła beztłuszczowa, szybko schnąca, choć bez trudu rozprowadzająca się - w odróżnieniu od La Roche-Posay, nie gwarantuje aksamitnego, przyjemnego woalu - wtapia się w naskórek, choć nie powoduje jednocześnie nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia, skóra po jej zastosowaniu jest przyjemnie rozprężona i ukojona, to krem o suchym, unikalnym, komfortowym dotyku. Podatna na wszelkie modyfikacje - aplikowana na mokro zyskuje lepszy poślizg, pozwalający manewrować mniejszą ilością zastosowanego preparatu, zaś dodatek naturalnego oleju lub witamin tłuszczowych wzmaga jej właściwości odżywcze. Nakłada okrężnymi, wmasowującymi ruchami na sucho zapewnia lepszy efekt matujący i wygładzający.

Post Acte doskonale współpracuje z większością kosmetyków do makijażu - wygładza optycznie skórę i zmniejsza widoczność oraz tendencję do migracji produktu do porów, bruzd i nierówności, co jest korzystne zwłaszcza przy stosowaniu mokrych podkładów kremowych. Jest neutralna dla barwy kosmetyków kolorowych.

Dużym plusem jest jest niesamowita delikatność i łagodność emulsji pozabiegowej. Koi i uspokaja wrażliwy, umęczony i trudny w pielęgnacji naskórek, po kilku zużytych opakowaniach, jestem w stanie potwierdzić właściwości gojące oraz regenerujące, na które wcale nie musiałam z utęsknieniem czekać - wspaniale łagodzi rumień, przyspiesza gojenie trudnych zmian oraz sprzyja szybszemu wchłanianiu się świeżych przebarwień potrądzikowych. Nie jest to produkt, który zapewnia intensywne nawilżenie, ale stosowanie emulsji nie generuje problemów skórnych i z dzisiejszej trójki jest to najbardziej ekonomiczny, neutralny i bezpieczny dermokosmetyk dla cery błyskawicznie zanieczyszczającej się, tłustej i trądzikowej.

INCI: AVENE THERMAL SPRING WATER ETHE;HEXYL PALMITATE CETEARYL ALCOHOL THIETHYLHEXANOIN ALUMINUM SUCROSE OCTASULFATE GLYCERIN, CETEARYL GLUCOSIDE DIMETHICONE BENZOIC ACID CAPRYLYL GLYCOL COPPER SULFATE DISODIUM EDTA GLYCERYL STEREATE PEG-100 STEARATE SCIEROTIUM GUM SODIUM HYDROXIDE TOCO-PHERYL ACETATE ZINC SULFATE
CENA: 20-40 zł / 40 ml 
STOPIEŃ NAWILŻENIA: */*****

THE ORDINARY NATURAL MOISTURIZING FACTORS + HA SERUM (SERUM NAWILŻAJĄCE Z KWASEM HIALURONOWYM)

Ten konkretny produkt marki The Ordinary poznałam dzięki Marcie, czytelniczce mojego bloga (bardzo serdecznie Cię pozdrawiam). Nie ukrywam skrzętnie swej niechęci do asortymentu Deciem, jednak serum-krem wyróżnia się na tle mało udanych i w moim odczuciu nijakich formuł koncernu i jest propozycją godną polecenia, zwłaszcza dla cer odwodnionych, zrogowaciałych, nierównych i dojrzałych.

Serum posiada niestandardową, kremową, zwartą, zastygającą formułę o suchym dotyku, pozbawioną całkowicie nieprzyjemnej tłustości o porządnych walorach nawadniających. Topnieje pod wpływem ciepła, przemieniając się w błyskawicznie wchłaniający się suchy olejek o satynowym wykończeniu. Jest to pierwszy produkt o tak wyjątkowych walorach użytkowych: skoncentrowany, o luksusowym wykończeniu - nie powleka skóry nieprzyjemną warstewką, nie lepi się, gwarantuje wrażenie aksamitnej, jedwabistej i doskonale wypielęgnowanej skóry. Wyśmienicie sprawdza się w stosowaniu pod makijaż w zastępstwie baz silikonowych - optycznie wygładza i wypełnia w elegancki sposób pory i nierówności, a zastygająca formuła wzorowo utrzymuje kosmetyki kolorowe, zarówno płynne, jak i sypkie, mineralne.

Konsystencja z gatunku lekkich i suchych, choć pozostawiających miłe wykończenie i przyjemną okluzję. Krem nie działa jedynie doraźnie - odczuwalnie zmiękcza, wygładza i nawilża naskórek, a przynosząc wyraźne ukojenie cery. Komfortowy w noszeniu, łatwy we współpracy i niezwykle wydajny. Pozbawiony zapachu.

Doskonale radzi sobie z miejscowym przesuszeniem naskórka, przy dłuższym stosowaniu może sprzyjać rozpulchnianiu się skóry. Dobry kandydat dla poszukujących dobrego nawilżenia w lekkiej formie i dobrej cenie.

INCI: AQUA, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, CETYL ALCOHOL, PROPANEDIOL, STEARYL ALCOHOL, GLYCERIN, SODIUM HYALURONATE, ARGININE, ASPARTIC ACID, GLYCINE, ALANINE, SERINE, VALINE, ISOLEUCINE, PROLINE, THREONINE, HISTIDINE, PHENYLALANINE, GLUCOSE, MALTOSE, FRUCTOSE, TREHALOSE, SODIUM PCA, PCA, SODIUM LACTATE, UREA, ALLANTOIN, LINELEIC ACID, OLEIC ACID, TPHYTOSTERYL CANOLA GLYCERIDES, PALMITIC ACID, STEARIC ACID, LECITHIN, TRIOLEIN, TOCOPHEROL, CARBOMER, ISOCETETH-20, POLYSORBATE 60, SODIUM CHLORIDE, CITRIC ACID, TRISODIUM ETHYLENEDIAMIDE DISUCCINATE, PENTYLENE GLYCOL, TRIETHANOLAMINE, SODIUM HYDROXIDE, PHENOXYETHANOL, CHLORPHENESIN. 
CENA: 20-30 zł / 30 ml (dostępna również objętość 100 ml)
STOPIEŃ NAWILŻENIA: ****/*****

ARTYKUŁ NIE JEST SPONSOROWANY. 

Pozdrawiam ciepło,
Ewa 

17:00

PUDRY WYKOŃCZENIOWE ANNABELLE MINERALS | PRETTY GLOW, PRETTY MATT, PRETTY NEUTRAL

PUDRY WYKOŃCZENIOWE ANNABELLE MINERALS | PRETTY GLOW, PRETTY MATT, PRETTY NEUTRAL
annabelle minerals pretty matt pretty glow pretty neutral puder matujący dla skóry tłustej trądzik jaki puder jak zmatowić skórę rozszerzone pory naturalny puder

Moje relacje z pudrami wykończeniowymi nie są łatwe, zresztą, ciężko powiedzieć, by stosunki z jakimikolwiek produktami do makijażu należały w moim przypadku do prostych i przyjemnych - moja skóra nie cierpi warstwy produktów kolorowych, uciemiężniona walecznie reaguje łojotokiem i zmusza do przyspieszonej akcji ratunkowej w toalecie, zatem doceniam kosmetyki, które są lekkie, przyjemne w użytkowaniu oraz nie dają efektu przeładowania skóry makijażem. 

W ofercie Annabelle Minerals znajdziesz trzy produkty, będące dopełnieniem oferowanych kosmetyków mineralnych: pudry wykończeniowe o uroczym nazewnictwie: Pretty Matt (puder matujący), Pretty Glow (puder rozświetlający) oraz Pretty Neutral (puder glinkowy).  

PRETTY MATT, PRETTY GLOW CZY PRETTY NEUTRAL?

Wiem, wiem, wiem. Powtarzam wielokrotnie, można rzec, że do znudzenia, uwagę na pewien aspekt - moja cera nie należy do idealnych. Nierówna, wymagająca skóra nie wybacza tak wielu potknięć jak młoda, gładka i nietknięta trądzikiem cera. Wspomnieć od razu warto, że jestem niezwykle wymagająca pod względem testowanych przeze mnie produktów, zarówno do pielęgnacji skóry, jak i makijażu. 

Mówią, nie cel, lecz droga ma znaczenie... i pewne dojście do posiadania stanu skóry, jakim cieszę się od kilku miesięcy, nie obyło się bez widocznych śladów, z którymi walka nie zawsze jest równa, posunę się ze swoim stwierdzeniem nawet o jeden krok dalej - rzadko jest efektywna. Blizny, rozszerzone pory... To cholernie niewdzięczny temat w dermatologii i medycynie estetycznej, nie dość, że walka z ubytkami w skórze bywa uciążliwa, to dodatkowo kosmetyki do makijażu w zdecydowanej większości, z tlącą się nadzieją, jedynie pogrążają użytkownika, między innymi z tego powodu nie kupuję żadnych produktów z polecenia, bo piękne, nieskazitelne cery nie są dla mnie żadnym miarodajnym źródłem informacji. Jak jest z pudrami Annabelle Minerals? Czy są to pudry dla nie-doskonałej skóry, czy jednak target jest odmienny i uderza w twarze bez niedoskonałości?

annabelle minerals pretty matt pretty glow pretty neutral puder matujący dla skóry tłustej trądzik jaki puder jak zmatowić skórę rozszerzone pory naturalny puder
Od lewej: Annabelle Minerals Pretty Neutral (puder glinkowy), Annabelle Minerals Pretty Glow (puder rozświetlający), Annabelle Minerals Pretty Matt (puder matujący)
Pretty Glow. Ogromne, pozytywne zaskoczenie. Puder jest doskonale rozdrobniony, puszysty i mięciutki w dotyku. Po wcześniejszych doświadczeniach z Annabelle Minerals, spodziewałam się czegoś zupełnie innego, i przyznaję szczerze, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona - kosmetyk odstaje znacząco od oferowanego asortymentu i moim zdaniem, to jeden z najlepszych i najmniej docenianych produktów polskiej marki mineralnej.

Kosmetyk owszem, zapewnia efekt rozświetlający, ale jest to niezwykle gładka, delikatna, satynowa i subtelna otoczka, trudna do uchwycenia na zdjęciach (niestety, tak subtelne kosmetyki zatracają znacznie swój urok w podglądzie obiektywu i sztucznym oświetleniu). Pretty Glow nie można odmówić niewymuszonego wdzięku, to prawdziwa gratka dla dojrzałych koneserów, stawiających poprzeczkę coraz wyżej: ceniących naturalne wykończenie makijażu z minimalną widocznością na twarzy i korzystnym wykończeniem w świetle dziennym. Jest to ten typ produktu, który docenią szczególnie osoby z nierówną, potrądzikową i dojrzałą cerą, gdzie ani przesadny błysk, ani mat, nie działa zbawiennie na strukturę twarzy.

Największą zaletą pudru jest jego niewidoczność i znakomita współpraca z innymi produktami kolorowymi (nie jest ani zbyt suchy, ani zbyt mocno przyczepny). Pretty Glow doceniam szczególnie za wzorową współpracę z kosmetykami dalekimi od naturalnych i mineralnych, wzniosłych ideałów - nie ciemnieje i nie zmienia barwy podkładu kremowego, nie zabiera ładnego, świeżego wykończenia, ale jednocześnie nie wyświeca się oraz nie migruje w pory. Wśród bezmiaru pudrów wykończeniowych, wcale nie tak łatwo o kosmetyk wysokiej jakości, a na pewno nie w tak dobrej cenie jak Annabelle Minerals.

Skóra w Pretty Glow prezentuje się niezwykle korzystnie, zwłaszcza w świetle dziennym oraz przy dużych zbliżeniach - co jest moim najważniejszym miernikiem przy ocenie jakości pudrów. Z pewnością dla wielu osób efekt ten będzie zbyt subtelny, a może nawet niewidoczny, niezauważalny... Jednak po moich wielu, nieudanych doświadczeniach, doceniam kosmetyki, których kolejna warstwa jest w pełni zasadna - Pretty Glow jest niezwykle komfortowy w noszeniu, przez co nie wzmaga łojotoku (a to już zapewnia w moim przypadku całodobową trwałość makijażu), nie podkreśla w fatalny sposób linii, zrogowaceń, zmarszczek, bruzd i niedoskonałości (a może nawet odrobinę je wygładza), nie gwarantuje efektu przeładowania makijażem, zaś efekt rozświetlenia to unikalna świetlistość, a nie mało korzystny, szczególnie dla skóry po przejściach, drobinowy, krzykliwy blask.

Puder rozświetlający Pretty Glow to schłodzony, półtransparentny beż w połączeniu ze srebrzystą poświatą bez świdrujących drobin, widocznych jedynie w maksymalnych zbliżeniach makro (i zupełnie zanikających po rozprowadzeniu produktu na skórze), jednak w odróżnieniu od Pretty Matt, jest zupełnie neutralny dla zaaplikowanych już kosmetyków i nie podkreśla suchych skórek. Trochę żałuję, że tak długo zwlekałam z recenzją, bo to zdecydowanie najlepszy puder wykończeniowy w tak niskiej cenie.

INCI: Mica, Zinc Oxide, Silk, Kaolin, CI 77491, CI 77492, CI 77493
Cena: 4g/ 54.90 zł 

annabelle minerals pretty matt pretty glow pretty neutral puder matujący dla skóry tłustej trądzik jaki puder jak zmatowić skórę rozszerzone pory naturalny puder
Od lewej: Annabelle Minerals Pretty Neutral (puder glinkowy), Annabelle Minerals Pretty Glow (puder rozświetlający), Annabelle Minerals Pretty Matt (puder matujący)
Pretty Matt. Matowe produkty nie są łatwe w obsłudze, powiedziałabym, że wykonanie makijażu bazującego jedynie na zastygających podkładach i pudrach silnie absorbujących wilgoć jest trudne, gdyż łatwo nimi podkreślić niekorzystnie wszelkie wgłębienia, zrogowacenia i obecne na skórze niedoskonałości. Mimo posiadania typowej tłustej cery, bardzo szybko porzuciłam kosmetyki matujące, zazwyczaj osiągane rezultaty były zupełnie odwrotne od zamierzonych celów i rozbieżne z moimi oczekiwaniami - widoczność, krótkotrwałość i nieuchronne pobudzanie łojotoku skutecznie zniechęciły mnie do stosowania popularnych chłonnych proszków. Nie jest inaczej w wersji Pretty Matt, która nie jest odpowiednia dla mojego typu cery.

Prócz specyfiki pudrów matujących, w Pretty Matt dostrzegam spore wady, które utrudniają stosowanie pudru. Konsystencja i struktura pyłu jest mocniej przyczepna (moim zdaniem aż za bardzo, przez co puder osiada na skórze niezgrabnie i jest trudny we współpracy) i sucha. Półtransaprentność Pretty Matt nie jest już zaletą jak w przypadku pozbawionej suchości i nadmiernego przylegania wersji rozświetlającej Pretty Glow, bowiem beżowo-ciepłe zabarwienie pudru sprzyja oksydacji, co jest dużym problemem szczególnie przy przetłuszczaniu się cery oraz stosowaniu mokrych produktów, a przecież wówczas pojawia się potrzeba zakupu produktu, mającego absorbować tłuszcz. Pretty Matt ciemnieje samoistnie na skórze oraz przyciemnia znacząco zaaplikowane już uprzednio produkty, jest to widoczne zwłaszcza na tak jasnej skórze jak moja.

Konsystencja pudru utrudnia również współpracę z kosmetykami innymi niż mineralne - matuje delikatnie i nietrwale, a struktura pyłu osiada zbyt mocno na skórze, przez co jest mocno widoczny, nieco toporny, trudny do roztarcia oraz sprzyja rozwarstwianiu się kosmetyków i migracji produktów we wgłębienia, zwłaszcza w najbardziej porowatych topograficznie miejscach. Nie znalazłam również zastosowania dla Pretty Matt w rejonie oczu -  moim zdaniem skóra po zastosowaniu pudru wygląda gorzej, dlatego w tym przypadku zrezygnowałam z kolejnej warstwy makijażu.

Dziwna i nazbyt sucha konsystencja pudru osiada na niedoskonałościach, podkreśla wgłębienia i bruzdy, a praktycznie w ogóle nie przedłuża trwałości makijażu, niezależnie od tego w jaki sposób i czym jest aplikowana. Puder kiepsko współpracuje z większością podkładów, chociaż na pewno o wiele lepiej zgrywa się z proszkami - skraca, zamiast przedłużać ich trwałość, daje efekt dużej warstwy makijażu na skórze oraz ciemnieje, a w najlepszym przypadku nie robi nic szczególnego. Niestety, mimo wielu pozytywnych ocen w internecie, z pudrem Pretty Matt jest mi nie po drodze i nie mogę dojść z nim do porozumienia. 

INCI: Mica, Bambusa Arundinacea Stem Powder, Silk, CI 77491, CI 77492
Cena: 4g / 54.90 zł 

Pretty Neutral. Stali czytelnicy bloga doskonale wiedzą, że puder glinkowy Annabelle Minerals doczekał się już swoich pięciu, zasłużonych minut i specjalnej sesji w Warszawskich Łazienkach - jest to jeden z niewielu kosmetyków do makijażu, który, mimo upływającego czasu i masy przewijających się produktów, nadal zajmuje ważne miejsce w mojej kosmetyczce i jest traktowany już jak produkt upiększający. Opinie na temat Pretty Neutral są podzielone, ale ja jestem w grupie zadowolonych klientów. 


Puszysta, delikatna, przyjemna konsystencja o neutralnym, nieoksydującym zabarwieniu, puder doskonale normalizuje skórę - absorbuje nadmiar sebum, ale jednocześnie nie wysusza nadmiernie cery, jest łagodniejszy od klasycznych pudrów matujących oraz zapewnia przez to trwalszy i bardziej naturalny efekt, najbardziej polubią go osoby z tłustą cerą i stopniowo narastającym łojotokiem. Nie wchodzi w pory, bruzdy i załamania, sprawdza się zarówno w roli pudru wykończeniowego, jak i primera - aplikowanego pod podkład sypki/prasowany. Nosi się komfortowo.

Współpracuje najlepiej z kosmetykami mineralnymi, ale w odróżnieniu od pudru Pretty Matt, nie ciemnieje i aplikowany bardziej puchatym pędzlem, może sprawdzić się i w połączeniu z produktami mokrymi - dobrze je utrwala i utrzymuje na miejscu, chociaż nie gwarantuje tak ładnego i gładkiego wykończenia jak Pretty Glow.

Pretty Neutral, mimo że jest zwykłym (a może nie-zwykłym?:)), transparentnym pudrem glinkowym, zaaplikowany oszczędnie na skórę sprawia, że wygląda o wiele lepiej - jest wygładzona, nieco wyrównana, uspokojona, ładniejsza w odbiorze. Przy regularnym stosowaniu pudru, widziałam sporą różnicę w kondycji cery (obkurczenie porów, mniejsza tendencja do powstawania bolesnych zmian zapalnych, szybsze gojenie się naskórka). Puder nie nasila rogowacenia, odwodnienia skóry oraz nie nie podkreśla suchych skórek - jak już pisałam wcześniej w pełnej recenzji - marzę, by dojść do takiej kondycji cery, by móc ograniczyć się tylko do Pretty Neutral.

INCI: Illite, Mica, Kaolin
Cena: 4g / 54.90 zł 

ARTYKUŁ POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z MARKĄ KOSMETYKÓW MINERALNYCH ANNABELLE MINERALS.

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

19:00

PRAWIDŁOWA HIGIENA I BADANIE FIZYKALNE OKOLIC INTYMNYCH | KOSMETYKI, NA CO MUSISZ ZWRÓCIĆ UWAGĘ, KIEDY IŚĆ DO LEKARZA

PRAWIDŁOWA HIGIENA I BADANIE FIZYKALNE OKOLIC INTYMNYCH | KOSMETYKI, NA CO MUSISZ ZWRÓCIĆ UWAGĘ, KIEDY IŚĆ DO LEKARZA

Zdaję sobie sprawę, że temat pielęgnacji stref intymnych odbiega znacząco od przewodniej i konsekwentnie przeze mnie dopilnowanej koncepcji bloga, myślę jednak, że temat ten, jak żaden inny, jest bardzo potrzebny, bowiem poziom świadomości polskiego społeczeństwa jest ... nie wiem? Przerażający, czy już żenujący? Zwłaszcza w zakresie podstawowej wiedzy anatomicznej i fizjologicznej, a ma to kolosalne znaczenie zarówno dla Twojego zdrowia fizycznego, jak i mentalnego (i oczywiście, jak najbardziej, choroby przydatków oraz okolic intymnych mogą nasilać, a nawet generować problemy skórne). Umyślne wzbudzanie poczucia winy (zwłaszcza u kobiet) za posiadanie narządów rozrodczych i odziewanie w wiedzę tajemną dolną topografię ciała powinno podlegać karze - to są rzeczy, o których należy mówić jak najwięcej i w jak najmłodszym wieku. 

Ze smutkiem stwierdzam, że wcale nie zdziwiła mnie ostatnia tocząca się akcja na instagramowym profilu aniamaluje (często miewam rozbieżne poglądy, ale w tej kwestii muszę przyznać Ani całkowitą rację), bowiem brak edukacji seksualnej doprowadza do takich osobliwych zdarzeń, z jakimi musiała zmierzyć się sama autorka: seksualizacją i instrumentalizacją kobiecego ciała. Jest to najzwyczajniejsza w świecie manifestacja ciemnoty panującej w społeczeństwie, pozostawiająca przetrwałe ślady zarówno na psychice, jak i zdrowiu fizycznym, nie tylko kobiet, ale i mężczyzn.

Temat ten z pewnością wzbudzi sporo kontrowersji, choć jednocześnie jestem przekonana, że będzie cieszył się sporym zainteresowaniem, jeśli na blogach tematycznych, już na przywitanie, padają pytania typu "jak często należy podmywać okolice intymne podczas miesiączki" lub "czy można spać bez majtek". Mogłabym opublikować dzisiejszy artykuł w prześmiewczym tonie, potraktować tego typu pytania z przymrużeniem oka, obracając w przyciężkawy dowcip, ale z drugiej strony... jaki to ma sens i jakie pociągnie za sobą konsekwencje? Skoro ktoś zadaje pytania, to panuje rzeczywisty deficyt podstawowej wiedzy i super, gdyby jednak ktoś udzielił sensownej odpowiedzi, na to trywialne, by się mogło wydawać, pytanie. Rodzice bardzo często wymigują się od edukacji seksualnej własnych dzieci, traktując ich sfery intymne jak oddzielne byty, podobnie zresztą dzieje się w szkołach - nic dziwnego, że kwitnie chuligaństwo, a miesiączkujące dziewczynki wiedzą dokładnie jak wykonać pełny makijaż, ale nie mają pojęcia, że należy oczyszczać okolice intymne częściej niż raz dziennie. Nie tylko dzisiejsza młodzież, ale nawet dorośli ludzie, będący przykładem dla młodego pokolenia, nie ma pojęcia czym jest w istocie przestrzeń osobista i intymna. 

CO JEST ZUPEŁNIE NORMALNE

Dobrze, przejdźmy zatem do podstaw. Śluz szyjkowy. Wydzielina śluzowa wytwarzana jest przez gruczoły szyjki macicy, zatem każda zdrowa i płodna kobieta wydziela śluz, który pełni szereg określonych funkcji, dlatego zawsze, w zależności od cyklu miesiączkowego, będzie on obecny, i tak, będzie pozostawiał tak krępujące dla większości kobiet ślady na bieliźnie. Nie ma sensu insynuowania sobie choroby, gdy zapach wydzieliny jest nadal swoisty (nie kwaśny, nieprzyjemny, rybi), nie ulega nagłej zmianie i jego ilość można określić jako normę. 

Warto wiedzieć, że ilość wydzielanego śluzu oraz jego postać jest zależna od cyklu w jakim jest aktualnie kobieta, a konkretnie: jest on podporządkowany wydzielanym i krążącym w surowicy krwi hormonom, należy jednak pamiętać, że barwa śluzu jest zawsze transparentno -mleczna i po zaobserwowaniu zmian kolorystycznych, należy natychmiast udać się na wizytę kontrolną do specjalisty. W czasie względnej niepłodności, po owulacji (minus 15-16 dni od długości cyklu miesiączkowego) oraz przed owulacją, śluzu jest fizjologicznie mniej i przybiera on już formę galaretowatą, zwartą, ciągnącą (im mniej płodne dni, tym bardziej jest gęsty), pH  śluzu spada do odczynu fizjologicznego (nadmierna kwasowość śluzu szyjkowego jest bardzo częstą przyczyną niepłodności oraz może świadczyć o współistniejących infekcjach oraz chorobach ogólnych), pełni on wówczas fizyczną ochronę przed zakażeniami pochwy oraz pomaga w utrzymaniu ciałka żółtego. Podczas dni płodnych, na skutek podnoszącego się poziomu estrogenu, szyjka macicy rozszerza się, podnosi się nieznacznie temperatura pochwy oraz podwyższa pH wydzielanego śluzu, co oczywiście sprzyja zapłodnieniu komórki jajowe, natomiast możesz zauważyć rozrzedzenie wydzieliny: śluz zyskuje konsystencję płynną, przypominając strukturalnie białko kurze. Należy pamiętać, że duża wilgotność pochwy oraz wzrost pH śluzu szyjkowego, a także podwyższona ciepłota pochwy zwiększa podatność na rozwój infekcji stref rodnych. W skrócie: im bardziej rzadki śluz - tym bardziej płodne dni, im gęstszy - tym utrudniona zostaje migracja plemników (w literaturze rozróżnia się co najmniej 4 typy śluzu szyjkowego, ale moim zdaniem nie ma sensu rozwodzić się nad mniejszą lub też większą klarownością wydzieliny). Kobiety w okresie menopauzalnym i postmenopauzalnym, ze względu na naturalne obniżenie estrogenu oraz progesteronu, cierpią na deficyt śluzu, co objawia się suchością pochwy - co jest takim samym stanem patologicznym jak nadmierna ilość wydzieliny. Oczywiście kobiety przyjmujące antykoncepcję hormonalną (szczególnie złożoną) nie będą odnotowywać u siebie dni płodnych i towarzyszących temu objawów fizykalnych. 

Ale to nie wszystko - śluz jest wydzielany w zwiększonej ilości również wtedy, gdy dochodzi do fizycznych lub chemicznych uszkodzeń ścian pochwy, co jest już sytuacją patologiczną i może sprzyjać rozwojowi infekcji okolic intymnych i oczywiście utrudniać zajście w ciążę. Mocne pocieranie pochwy, agresywne stosunki seksualne, brak owłosienia łonowego (zwiększona podatność na otarcia i uszkodzenia), drażniące środki myjące, wkładki higieniczne, ocierająca, przylegająca bielizna lub niekomfortowe ubrania sprzyjają zatem zwiększonemu wydzielaniu śluzu, co wymaga już głębszej autorefleksji nad wykonywanymi działaniami, ponieważ może doprowadzić do rozwoju chorób - nie tylko infekcji miejscowych i ogólnych, ale również kancerogenezy narządów rodnych.  

Dlatego też popieram, poza wyjątkowymi przesłankami medycznymi, takimi jak słabe mięśnie dna miednicy, wysiłkowe i powysiłkowe nietrzymanie moczu, wypadanie odbytu i inne, spanie bez bielizny, co więcej, najlepiej nosić bieliznę jak najrzadziej i jeśli już: jak najlepszej jakości. Nie dajmy sobie wtłoczyć do głów, że wrzynające się w tyłek koronkowe stringi i opinające slim fity to trafny wybór świadomej kobiety. Dobra bielizna, to bielizna przewiewna, wykonana z naturalnych, przepuszczalnych materiałów, uszyta i wykończona starannie, z miękkimi szwami. Nie jest z pewnością to najbardziej ostentacyjny zestaw na romantyczny wieczór, ale daleko mu do bielizny kościelno-pruderyjnej.

Srom. Zdrowe wargi sromowe mają naturalny, nieco przyciemniony kolor lub nieznacznie zaróżowiony, nie pojawia się na nich świąd oraz żaden nalot, mogący świadczyć o kwitnącej mikrobiocie patogennej (najczęściej grzybiczej). Srom jest zdecydowanie bardziej uwrażliwiony w końcowej fazie cyklu oraz początkowej pierwszej fazie, gdy śluzu jest niewiele i jest on gęsty, dlatego warto nie uciekać od jego pielęgnacji (tam jest taka sama skóra jak na Twoich łydkach, czy brzuchu...). Nie powinny pojawiać się na nim żadne zmiany miejscowe, typu pieprzyki, brodawki i zmiany barwnikowe - struktura warg sromowych jest gładka. Zaniepokoić powinien ogólny ból, tkliwość, dyskomfort oraz wyczuwalne obrzęki, guzki.

Wzgórek łonowy. Cielisty, może być naturalnie ciemniejszy od ogólnego kolorytu skóry, przy posiadaniu owłosienia łonowego, należy mieć się na baczności, czy czasem pojawiające się uporczywe swędzenie okolic intymnych nie jest wynikiem grasujących Pthirus pubis - to zakaźna, trudna w leczeniu wszawica łonowa - wesz łonowa charakteryzuje się zdecydowanie mniejszym rozmiarem i niestety - cielistym odbarwieniem, identyfikacja tej choroby bardzo często następuje przypadkowo.

CO POWINNO CIĘ ZANIEPOKOIĆ

Przede wszystkim należy obserwować własne ciało! Samodzielne badanie okolic intymnych nie jest niczym zdrożnym, a świadczy jedynie o wysokiej dojrzałości i świadomości, samobadanie pozwala na efektywne i mało problematyczne leczenie, co więcej, Twoje własne obserwacje są najcenniejszymi informacjami, jakie możne otrzymać lekarz oraz pielęgniarka i położna. By wyłapać jakiekolwiek zmiany w obrębie okolic szyjki macicy, pochwy i wzgórka łonowego, należy przede wszystkim wiedzieć co jest normą, a co nie - jeżeli nie badasz się, nie jesteś w stanie zareagować odpowiednio szybko, co może doprowadzać jedynie do rozwoju niebezpiecznych chorób i tym samym przedwczesnej niepłodności, kalectwa, a nawet zgonu.

Podczas codziennej toalety poświęć te trzy, niepozorne, a jakże ważne dla Twojego zdrowia minuty - włóż palec, sprawdź śluz, zapach, jego konsystencję, zbadaj fizykalnie ściany pochwy, zwróć uwagę na wygląd sromu oraz wzgórka łonowego - jeśli zmianie ulega nagle woń wydzieliny, jej wygląd odbiega od Twojej normy, pojawia się miejscowa tkliwość okolic intymnych, ból, zaczerwienienie, świąd, zmiany barwnikowe, brodawkowe, cokolwiek, co nie jest u Ciebie normalne - przyspiesz swoją konsultację ginekologiczną. Choroby stref rodnych są tak niebezpieczne, ponieważ nie reagujemy wystarczająco szybko i przede wszystkim - nie znamy własnego ciała - warto dopuścić się chociaż chwilowej autorefleksji, bowiem nikt, nawet najlepszy specjalista w swoim fachu, nie jest w stanie przeprowadzić z Tobą profesjonalnego i wartościowego wywiadu ginekologicznego, jeśli Twoja wiedza jest równa zeru -  a to właśnie wywiad ma najwyższą wartość w Ginekologii i Położnictwie. Jasne, mamy metody diagnostyczne, mamy diagnostykę obrazową, tylko szkoda, że wiele z nas decydując się na wizytę u specjalisty przychodzi już zdecydowanie za późno i obdarza zbyt wielkimi pokładami nadziei sprzęt diagnostyczny - choroby obciążone wysoką śmiertelnością, takie jak rak jajnika, szyjki macicy, sromu, są praktycznie nie do wykrycia w początkowym stadium choroby. Zmiany nowotworowe, nawet zaawansowane, dają nawet na poważnym etapie choroby jedynie subtelne objawy, których nie jest w stanie zauważyć kobieta, która nie wie nawet w którym jest aktualnie dniu cyklu...

Na badanie ginekologiczne należy zgłosić się na samym początku cyklu, przy długich miesiączkach nawet podczas delikatnego plamienia, zdaję sobie sprawę, że to dość krępujące, natomiast pod wpływem estrogenu dochodzi do przerostu endometrium, dlatego warto udać się do ginekologa, gdy poziom tego hormonu jest jeszcze stosunkowo niski i badanie obrazowe będzie po prostu bardziej miarodajne. 

JAK DBAĆ O STREFY INTYMNE?

Budowa pochwy sprzyja nadkażeniom i infekcjom miejscowym - łatwy dostęp do cewki moczowej, równie nietrudny kontakt z odbytem, to same problemy, dlatego też codzienna, prawidłowa i właściwa dbałość o okolice intymne jest absolutnie niezbędna. Przede wszystkim należy unikać nadmiernego ucisku stref intymnych - postaw na komfortową bieliznę oraz noszone przez Ciebie ubrania. Podczas codziennej toalety, oprócz mycia - zawsze obserwuj własne ciało i przeprowadzaj kilkuminutowe badanie, które może uratować Twoje życie.

Kieruj się zasadą, by okolice intymne traktować już spienionym na dłoni środkiem myjącym, z góry na dół (by nie wprowadzać do wnętrza pochwy bakterii kałowych). Nie zalewaj wnętrza pochwy preparatem oczyszczającym oraz używaj go niewiele, już samo to może ograniczyć podrażnienia po wykonanej toalecie. Unikaj nadmiernego pocierania okolic intymnych i osuszaj łagodnie okolice czystym ręcznikiem papierowym lub gazą. W celu odświeżenia, zamiast pozostawiających wiele do życzenia chusteczek myjących (podwójne zanieczyszczanie środowiska, kiepski skład, wysokie potencjalne ryzyko podrażnień i nadmiernego wysuszenia pochwy, mało ekonomiczne rozwiązanie), wykorzystaj dostęp do łagodnie ciepłej wody (lub ewentualnie wody niskozmineralizowanej, butelkowej) oraz czystej gazy. W swojej torebce noszę zawsze atomizer wypełniony płynem z kwasem mlekowym (przepis tutaj> | w wyjątkowych warunkach lub w przypadku wrażliwości okolic intymnych, możesz wykorzystać zwykłą wodę butelkową niegazowaną i niskozmineralizowaną) oraz jednorazowych, jałowych gazików, co pozwala w każdych warunkach dokonać szybkiego, nieagresywnego niepełnego mycia okolic. W przypadku wyjątkowej wrażliwości okolic intymnych, możesz przemywać okolice samą, przegotowaną wodą. Nasączoną gazą wykonaj jeden, posuwisty, sprawny ruch od góry, do dołu, wyrzucając od razu zanieczyszczony okład, czynność powtarzaj trzykrotnie (tyle jest gazy w jednym opakowaniu) lub w przypadku miesiączkowania i braku dostępu do wykonania pełnej toalety, czynność możesz powtarzać do momentu całkowitego oczyszczenia okolic pochwy.

Jak często? Tak często jak tego wymagasz,  na pewno nie rzadziej niż dwa razy dziennie przy udziale spłukujących się środków myjących lub samej wody przy wysokiej wrażliwości okolic intymnych (ja dodatkowo uważam, że warto chociaż dokonać niepełnego mycia po każdej defekacji, a gdy są warunki - oczyścić dokładnie okolice odbytu przy użyciu detergentów). Pachwiny i wargi sromowe posiadają gęsto rozmieszczone gruczoły łojowe oraz potowe, co po części odprowadza nadmiar wody i zapobiega przegrzewaniu tychże okolic, ale jednocześnie sprzyja ich szybkiemu zanieczyszczaniu się, co jest znacznie przyspieszone w przypadku noszenia niewłaściwej bielizny, odzieży, upałów/sezonu grzewczego, czy miesiączki, wówczas jesteś naturalnie zobligowany do częstszej higieny stref intymnych, trzymając się podstawowych, wyżej wymienionych zasad. Postępuj zgodnie z zasadą - gdy okolice ulegną zanieczyszczeniu lub spoceniu - oczyść je, choćby to była i piąta wizyta w toalecie w ciągu dnia.

Ze względu na kwaśne środowisko pochwy, warto wybierać środki myjące o łagodnie kwasowym odczynie (3.5-4.5 pH) oraz delikatnej formule myjącej, i jak do tej pory, w moim osobistym rankingu wygrywają dwa, podstawowe produkty, które stosuję naprzemiennie, w zależności od dnia cyklu w którym jestem: klasycznego płynu do higieny intymnej polskiej marki Sylveco w czasie wzmożonej wilgotności pochwy, by efektywnie i mocniej oczyścić okolice z nadmiaru śluzu i zanieczyszczeń (płyn, niestety, uległ reformulacji i mój zachwyt nieco ostygł podczas stosowania bardziej rozcieńczonej i zmienionej wersji, ale nadal jest to najlepszy kosmetyk do oczyszczania okolic intymnych o tak dobrej dostępności i w takiej korzystnej cenie) oraz naturalnego olejku myjącego o uproszczonym składzie (klasyczny olejek myjący na Glyceryl Cocoate). Olejki myjące posiadają pH neutralne, aczkolwiek nie naruszają naturalnej mikroflory pochwy oraz dokładnie i niezwykle delikatnie oczyszczają okolice intymne, co jest korzystne zwłaszcza w czasie względnej suchości pochwy i występowania bezpłodnego śluzu (lepszy poślizg, delikatne natłuszczenie warg). Olejek wzbogacam naturalnymi olejkami eterycznymi (więcej o olejkach eterycznych i absolutach przeczytasz tutaj>) o działaniu antybakteryjnym i przeciwgrzybiczym, najbardziej cenię właściwości szałwii lekarskiej, muszkatołowej, oregano (uwaga na stosowane stężenie!), balsam kopaiwa, brzozy oraz tymianku (szczególnie odmiany czerwonej).

Oczywiście należy dbać również o prawidłowe nawilżenie okolic intymnych, dlatego też w ramach potrzeby, po wykonanej pełnej toalecie, możesz stosownie natłuszczać rejony okolic intymnych, polecam szczególnie naturalne, rozpuszczone masło kakaowe lub w czasie suchości pochwy naturalny żel z aloesu pozbawiony konserwantów i substancji dodatkowych (jak wybrać wysokiej jakości żel z aloesu, przeczytasz tutaj>). Nie wcieram w obszar pochwy żadnych perfumowanych i rozwiniętych pod względem listy składników produktów pielęgnujących i namawiam do tego, by tego nie robić.

Z pewnością dużo wątpliwości pojawi się w zakresie dbałości i absorpcji krwi miesiączkowej. Wkłady, tampony, podpaski, sprzyjają poceniu się stref intymnych i sprzyjają rozwojowi infekcji, z drugiej strony - popularne kubeczki silikonowe mogą drażnić wewnętrzne części pochwy i również sprzyjać wyższym infekcjom intymnym. Dziewczynom borykającym się z przewlekłymi infekcjami grzybiczymi na terenie wierzchniej warstwy pochwy, zaleciłabym kubeczki, natomiast dziewicom oraz osobom z niewłaściwą budową anatomiczną macicy, radziłabym pozostać przy mniej inwazyjnych i bardziej powierzchownych metodach. Nie ma idealnego rozwiązania dla każdej kobiety.

Zdaję sobie sprawę, że temat jest zbyt rozbudowany i dzisiaj udało mi się jedynie liznąć absolutne podstawy, ale mam cichą nadzieję, że mimo wszystko okaże się pomocny i będzie to udane odstępstwo od mojego konsekwentnego prowadzenia bloga w zakresie pielęgnacji cery. 

ARTYKUŁ NIE JEST SPONSOROWANY. 

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

15:00

MINERALNY PODKŁAD ROZŚWIETLAJĄCY | AMILIE MINERAL COSMETICS SATIN MINERAL FOUNDATION

MINERALNY PODKŁAD ROZŚWIETLAJĄCY | AMILIE MINERAL COSMETICS SATIN MINERAL FOUNDATION

Nadchodząca jesienna nostalgia sprawia, że lubię zanurzać się w swoich przemyśleniach, i... nic mnie tak pozytywnie nie zaskoczyło w tym roku, jak polska marka kosmetyków mineralnych Amilie Mineral Cosmetics. Nie sądziłam, że oferowane produkty są aż tak dobrej jakości, cieszy mnie to niezmiernie, bowiem nie ma nic lepszego, jak poddawanie dokładnym testom, a następnie dokumentowanie i publikowanie własnej opinii o produktach, które naprawdę bardzo się lubi. Podkład Amilie Satin towarzyszył mi podczas wielu, ważnych spotkań, jak i imprez okolicznościowych, zbierał on zdecydowanie najwięcej komplementów, mimo że mojej cerze do ideału jednak jeszcze trochę brakuje.

W dzisiejszym artykule pojawiają się linki afiliacyjne, będzie mi bardzo miło, jeśli zdecydujesz się na zakup kosmetyków mineralnych Amilie i dokonasz zakupów z moim patronatem > Otrzymasz 10% zniżkę na zakupy, korzystając z opcji zestawu dostępnej na stronie producenta! 

15:00

DLACZEGO NIE STOSUJĘ KREMÓW Z FILTREM UV W CODZIENNEJ PIELĘGNACJI I JEST MI Z TYM DOBRZE?

DLACZEGO NIE STOSUJĘ KREMÓW Z FILTREM UV W CODZIENNEJ PIELĘGNACJI I JEST MI Z TYM DOBRZE?

Temat kremów ochronnych powraca jak bumerang, szczególnie teraz odpieram wzmożone ataki, gdy koreańska pielęgnacja zaczęła zalewać puste neuronalne przestrzenie, a że myślenie wymaga jednak pewnego wydatkowania energii, większość ekspertów uznała je za konieczność w codziennej pielęgnacji. 

DLACZEGO JESTEM NA NIE? 

Nie ma możliwości, by przy codziennym, sumiennym stosowaniu kremów ochronnych nie rozbudowywać i na siłę nie komplikować sobie pielęgnacji - już abstrahuję od zawrotnych ilości substancji syntetycznych w preparacie, które nie są obojętne ani dla skóry, ani tym bardziej dla środowiska, ale już samo nakładanie na siebie jednorazowo prawie 2 ml preparatu co 4 godziny lub zaraz po zmoczeniu/spoceniu się, będzie generować problemy skórne i wymaga dość akrobatycznych poczynań, by to wszystko ze skóry jednak dokładnie usunąć. W nieco lepszej sytuacji są osoby, które wymagają tejże okluzji (skóra sucha, szybko odwadniająca się), wówczas rzeczywiście preparaty ochronne sowicie jej dostarczają (choć nie jest to optymalne i najlepsze źródło emolientów) i mogą nawet przejściowo poprawiać kondycję naskórka, ale tak czy inaczej, wymagają dokładnego, i niestety, bardziej agresywnego etapu myjącego, co żadnemu typowi i rodzajowi skóry nie sprzyja. Czemu zatem to służy? Oczywiście, że zapętlaniu chorobliwego konsumpcjonizmu na durnym podążaniu za modą, bo kto by nie chciał posiadać jednolitej, pięknej skóry?

Jak się okazało, moja skóra nie jest szczególnie wymagająca, na co dzień poza jej myciem nic szczególnego z nią nie robię (wyjątkiem są testy nowych produktów), ciężko byłoby mi w to uwierzyć kilka lat temu, bo włączenie takich preparatów do codziennej pielęgnacji jak filtry ochronne to jak wypływ tajwańskiej tratwy na połów na Morze Południowochińskie. Teraz  spoglądam na siebie pociesznie, z autorefleksją, jak niegdyś ślepo wierzyłam w te szumne obietnice producentów i gorące polecenia specjalistów. Teraz, dla mnie, filtry ochronne to tylko i wyłącznie generator mnożących się problemów skórnych, z którymi na pewnym etapie nie mogłam już sobie poradzić: obciążanie naskórka wstrętnymi konsystencjami, potem agresywne oczyszczanie (dwuetapowe oczyszczanie skóry, jakie by nie było zawsze jest gruntowym etapem myjącym, formuły, które całkowicie ze skóry się spłukują - także), rekompensacja odwodnienia i nie zapominajmy, regulacja, aby sobie jakoś z tym zastanym armagedonem poradzić. Efekt był taki, że kosmetyków na mojej półce było tyle, że od samego patrzenia dostawałam spektakularnej migreny, a kondycja mojej cery nadal pozostawiała wiele do życzenia i nie wiem czy taki stan skóry zasługiwał na to, by pisać o sobie per blogerka kosmetyczna. Czy to była rozsądna, wspaniała pielęgnacja? Ach, no jasne, mogłabym iść w zaparte, że dzięki warstwowej, wschodniej pielęgnacji i cudownym kosmetykom moja cera wygląda tak jak teraz, jest gładka, równomierna i napięta, a koncerny i główni dystrybutorzy, którzy mają najwięcej środków na marketing w końcu ponownie umieściliby mnie na swoich PR-owych listach :) 

Przyznaję, filtrów nie stosuję po części z własnej wygody, ale też ze względu na pracę zdalną - co tu dużo mówić, bardzo dużo pracuję w czterech ścianach i gdybym miała się tym paskudztwem codziennie wysmarowywać, to zapewne moje życie towarzyskie umarło by jeszcze bardziej niż teraz i z pewnością nie miałoby już żadnej szansy na zmartwychwstanie. Poza tym po co nakładać na siebie tak grubą warstwę produktów promieniochronnych, jeśli kontakt ze słońcem ogranicza się do chwilowego spojrzenia w okno? Udawajmy, że z filtrami wyglądamy pięknie i młodzieńczo - tak, na pewno w to uwierzę... (choć formuły są coraz bardziej dopracowane) albo chodźmy ze spływającym tłuszczem przez 20 lat swojego życia, aby po kolejnych 20 latach udręki oceniać, czy czasem bruzda nosowo-wargowa nie jest aż tak bardzo wklęsła jak u własnej matki w tym samym wieku.

To nie jest tak, że całkowicie neguję stosowanie preparatów ochronnych - martwi mnie tylko ich paranoiczne, chorobliwe stosowanie nawet w sytuacjach, które tego nie wymagają, dla mnie to jednak preparaty specjalistyczne, przeznaczone do stosowania, gdy są rzeczywiście ku temu jakieś rozsądne przesłanki (super, gdy jednak sprzyjają wyjściowej kondycji cery, ale wcale nie znajdujesz się w mrocznym kręgu, jeśli obserwujesz ciągłą pochyłą przy ich codziennym stosowaniu). Jasne, ochrona przed słońcem jest niezwykle ważna, zwłaszcza w naszej sferze klimatycznej, gdzie blada skóra przy oferowanym natężeniu promieniowania słonecznego to wymóg podstawowy, by prawidłowo metabolizować i wchłaniać hormony światłoczułe (i nie mam tutaj na myśli jedynie witaminy D), to także mniejsza szansa na kancerogenezę zmian barwnikowych, hiperpigmentacje, choroby oczu i wiele, wiele innych, ale wrzucanie filtrów ochronnych do codziennej pielęgnacji i okrzykiwanie ich "niezbędnikiem", to jakiś kiepski żart, no, chyba, że ktoś dryfuje sobie codziennie na falach La Jolla Cove. No to dobra, wtedy zwracam honor. 

A TERAZ KONKRETY

Ciężka, potencjalnie komedogenna, bogata w emolienty formuła. Kto wierzy w niekomedogenność filtrów ochronnych? No proszę, przy takiej ilości aplikowanego preparatu, gdy tylko nie ma zapotrzebowania na związki okluzyjne, komedogennie będzie działać nawet najlżejszy możliwie preparat (chociaż kremy z filtrem nigdy nie będą lekkie, wymagają zbyt wielu stabilizatorów i substancji filmotwórczych, by być całkowicie obojętnym dla skóry), nawet z mojej listy na rok 2018 >. Jeśli kremy ochronne powodują permanentne pogorszenia stanu skóry, to rozważałabym jak najszybszą ewakuację z tego błędnego koła i porzuciłabym marzenia o idealnej skórze (kremy ochronne > regulacja > uwrażliwianie i wysuszanie skóry > wymagana ochrona przeciwsłoneczna).

Restrykcyjne wymogi stosowania. Co śmieszne, zagorzali zwolennicy stosowania filtrów ochronnych, zazwyczaj mają duży problem z aplikacją przepisowej ilości i traktują ją nagminnie jak ochronę całodobową, głupio nie wspomnieć o tym, że często decydują się na preparaty, które praktycznie nie zapewniają żadnej, rzeczywistej ochrony. Każdy normalny człowiek zniechęci się prędzej czy później do codziennej ochrony przed słońcem, jeśli wie, jak należy korzystać w pełni z właściwości kremów przeciwsłonecznych, wymagają one bowiem stosowania określonej ilości na skórę (dlatego też w swoich recenzjach bardzo podkreślam fakt, czy formuła umożliwia zaaplikowanie bez większego trudu ilość co najmniej 1.5 ml na samą skórę twarzy) oraz jej reaplikacji po każdym zmoczeniu skóry bądź jej spoceniu oraz po maksymalnie 4 godzinach, nawet jeśli przebywaliśmy w klimatyzowanym biurze i nie uroniliśmy nawet jednej kropelki potu.

Drażniące i alergizujące działanie filtrów. Nie zamierzam uwznioślać się na piedestały kreatywności, by wynaleźć zarzuty przeciwko kremom UV, opieram się dzisiaj tylko i wyłącznie na twardych, udokumentowanych faktach, zupełnie pomijam moje przypuszczenia, osobiste i cudze doświadczenia, domniemane informacje - filtry, szczególnie chemiczne, nie są obojętne dla skóry. Mechanizm działania większości z nich może powodować przejściowy (a w dalszej konsekwencji utrwalony) rumień, silne podrażnienia, a nawet reakcje alergiczne za co odpowiada sam mechanizm działania substancji promieniochronnych (pochłanianie i dezaktywacja w tkankach skónych promieniowania UV). Ponadto, podobnie jak w wyrobach leczniczych, w kosmetykach ochronnych wymagana jest doskonała stabilizacja preparatu (dużym plusem są zatem gruntowne badania kliniczne), są to również coraz częściej kosmetyki wodoodporne, zatem zawierają szereg substancji dodatkowych, które również bardzo często wywołują reakcje kontaktowe - co więcej, wciąż, co mnie zaskakuje i martwi jednocześnie, preparaty ochronne są silnie perfumowane.

Toksyczność dla środowiska wodnego. Powiedzmy sobie szczerze również o szkodliwości filtrów chemicznych, a zwłaszcza filtrów starszej generacji, które fatalnie wpływają na środowisko wodne, a nikt jakoś szczególnie skażeniem wód się nie przejmuje (a bo ja niedługo umrę, niech sobie radzą inni, za moich czasów to było tak...). Na samych Wyspach Dziewiczych stężenie oksybenzonu zostało przekroczone ponad 30 krotnie ponad maksymalnie toksyczną normę, ma to już widoczny wpływ na ginącą w oczach rafę koralową, która ma ogromny wpływ nie tylko na różnorodność mikrobiologiczną w basenie wodnym, ale przede wszystkim pełni ważną funkcję ochronną, znacznie tańszą i po stokroć skuteczniejszą od wzniosłych i mało efektywnych w starciu z naturą - falochronów. Z kolei naukowcy z kilku chińskich ośrodków badawczych, koordynowani przez dr Kelvina Sze-Yin Leung z Hong Kong Baptist University odkryli niebezpieczne mutacje genetyczne ryb oraz innych mikroorganizmów żyjących w wodach skażonych filtrami chemicznymi - wykazano znaczne nieprawidłowości rozwojowe, co już zmusza do zastanowienia się nad słusznością codziennego stosowania kremów ochronnych.

A DLACZEGO JEDNAK WARTO PO KREMY OCHRONNE SIĘGAĆ?

Nie mam na celu wytaczania pocisków w stronę kremów ochronnych - gdyby tak było, nie przejawiałabym najmniejszej chęci w testowaniu nowych produktów, a z pewnością nie poświęcałabym własnej skóry i cennego czasu na opracowywanie pracochłonnych artykułów porównawczo-opiniotwórczych, które są non-profit. Obserwuję deficyt artykułów bardziej zbilansowanych, mniej radykalnych -  albo ludziom insynuuje się już chorobę psychiczną, gdy sięgają po kremy z filtrem, albo wtłacza do głów, że jest to jednak codzienny element świadomej pielęgnacji... Nie zliczę ilości pytań o to czy nieregularne stosowanie filtrów UV jest w porządku, czy rzeczywiście są niezbędne w codziennej pielęgnacji oraz czy trzeba ich używać, nawet wtedy, gdy ewidentnie pogarszają kondycję skóry, nie biorą się one z próżni - to niewygodne pytania, na które brakuje sensownej odpowiedzi.

Nie rozpatruję już raczej kremów ochronnych jak filaru prawidłowej pielęgnacji przeciwstarzeniowej, mogą rzeczywiście poprawiać kondycję skóry dojrzałej lub starzejącej się, jeśli skóra jest delikatna, źle toleruje naturalne promienie, łatwo odbarwia się od słońca, zmienia zapalnie pod wpływem natężenia promieniowania UV, ma spore zapotrzebowanie na okluzję, jednak w przypadku gdy kremy UV jedynie generują problemy skórne, działają zupełnie odwrotnie, nie sprzyjając ani aktualnej, ani tym bardziej długofalowej kondycji cery.

Kiedy jednak warto po kremy ochronne sięgać i biorąc pod uwagę ich wady, jednak sprzyjają finalnie lepszej kondycji cery? Są to głównie sytuacje wyjątkowe, takie jak rzeczywista ekspozycja słoneczna, która stwarza dla nas zagrożenie (dla każdego fototypu i dla każdej skłonności osobniczej jest ona inna), to jest wiąże się z pojawieniem rumienia, obrzęku, poparzenia, hiperpigmentacji, opalenizny (nadprodukcja melaniny to nic zdrowego i ma poważne konsekwencje zdrowotne), obecność blizn, nieutrwalonych przebarwień itp. Za stosowaniem kremów ochronnych stoją także przesłanki medyczne, czyli utrzymanie prawidłowego kolorytu skóry dla danej przestrzeni klimatycznej oraz występujące uszkodzenia naskórka lub jego kliniczna wrażliwość (skóra dziecka, skóra po zabiegach dermatologicznych, kuracje dermatologiczne i medycyny estetycznej, skóra nadreaktywna), chociaż i tutaj są pewne sprzeczności, ponieważ jak już wyżej napisałam, preparaty ochronne mogą działać alergennie i dość mocno podrażniać skórę, co na tak wydelikaconym naskórku może nie dawać żadnego efektu terapeutycznego, a wręcz sprzyjać zaognieniu zastanych problemów. 

Wrażliwa, uszkodzona, nadreaktywna skóra. Naskórek tego typu łatwo odbarwia się, podrażnia, nierzadko pojawiają się na nim niepożądane odczyny poekspozycyjne. Należy jednak mieć na uwadze, że wiele formuł preparatów ochronnych może nie sprawdzać się do stosowania na tkankę uszkodzoną. Kremy ochronne to także niezbędny element walki przeciwtrądzikowej i potrądzikowej (blizny, wyżerki, przebarwienia pozapalne), z tym że powinny być one stosowane zdecydowanie rozsądniej oraz bardzo dokładnie zmywane ze skóry.

Skłonność do hiperpigmentacji i poparzeń słonecznych. Z jednej strony mamy defekt stricte estetyczny, z drugiej strony: przesłankę medyczną, jednak każde z nich obliguje do stosowania stabilnej ochrony przeciwsłonecznej.

Prawidłowy metabolizm hormonów światłoczułych. Niewiele osób zdaje sobie sprawę jak ważne jest utrzymanie prawidłowego kolorytu skóry, czyli brak opalenizny, będącej powszechnym wyznacznikiem zdrowia. Ściemnienie skóry to nic innego jak widoczne uszkodzenie naskórka, ma to poważne konsekwencje zdrowotne, pomijam już kancerogenezę (rak skóry) zmian barwnikowych, ale utrudniony metabolizm hormonów światłoczułych. Tak, tak, te 15 minut, by prawidłowo przyswajać witaminę D, z co najmniej 70% odkrytą powierzchnią ciała dotyczy tych tnących jak lasery bladych nóg - u osób opalonych lub posiadających ciemniejszą karnację czas ekspozycyjny może wydłużyć się do nawet 3-5 godzin! Nie wnikam w predyspozycje i własne upodobania co do odcienia skóry, ale chrońcie chociaż swoje dzieci, które nie są niczego świadome, a narażacie je na poważne konsekwencje zdrowotne!

Czy zatem należy stosować kremy ochronne? Oczywiście, że tak! Będą osoby, które bardzo negatywnie reagują na działanie promieniowania UV i po zaledwie 15 minutowej ekspozycji pojawiają się odczyny niepożądane, ale będą też tacy, którzy kontaktu ze słońcem nie mają praktycznie żadnego, a ich skóra albo oczy ewidentnie filtrów nie tolerują. Nie można stawiać wszystkich na jednej równi i wmawiać, że moje własne poglądy są jedynymi słusznymi, bo wcale nie są. Celowa ekspozycja słoneczna, która powoduje rumień i silne reakcje niepożądane jest tak samo zła jak sumienne stosowanie kremów specjalistycznych, gdy nie ma takiej potrzeby.

Nie zapominajmy również o ochronie fizycznej, takiej jak okulary, przewiewna, długa odzież, parasole anty UV, kapelusze, czy nawet korzystanie ze zwykłego cienia. Żaden preparat ochronny nie zapewnia 100% blokady promieniowania słonecznego, dlatego w zderzeniu z bardzo wysokimi temperaturami, potem, wodą i wieloma innymi czynnikami, stopień ochrony nawet najbardziej stabilnych preparatów - spada i wymaga dodatkowej porcji reaplikacyjnej.

Tak dla rozsądku, nie dla głupoty i dopisywanej ideologii dla zwykłego konsumpcjonizmu.

ARTYKUŁ NIE JEST SPONSOROWANY. 

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

06:00

RECEPTURA | NAJLEPSZA MASECZKA NAWILŻAJĄCA DLA CERY SUCHEJ, ODWODNIONEJ I DOJRZAŁEJ

RECEPTURA | NAJLEPSZA MASECZKA NAWILŻAJĄCA DLA CERY SUCHEJ, ODWODNIONEJ I DOJRZAŁEJ

Poszukiwanie idealnej maski kremowej przyprawiało mnie przez długi czas o spektakularny ból głowy - kiepskie składniki, jeszcze gorsze formuły i na domiar złego - pogarszająca się w oczach, na czas nieustępliwych testów, kondycja skóry. Ciężko było mi znaleźć produkt, który usatysfakcjonowałby mnie pod względem nawilżenia, a jednocześnie był komfortowy i przyjemny w użyciu, dlatego też, wraz z marką ECOSPA, postanowiłam opracować formułę od samego początku, tak, by spełniała moje wszystkie oczekiwania. Wszystkie składniki receptury kupisz w sklepie internetowym ECOSPA, będzie mi bardzo miło, jeśli dokonasz zakupów z powyższego odnośnika > 

RECEPTURA 

Przewodnim składnikiem jest dynia, to bardzo niedoceniane warzywo, będące bogatym źródłem witamin, mikroelementów,  antyoksydantów (beta-karoteny) oraz korzystnych węglowodanów. Jest to jeden z moich ulubionych, roślinnych składników (tuż obok prowansalskich ziół w formie esencji eterycznych), zastosowana w formie okładów silnie regeneruje, złuszcza, odżywia, nawadnia oraz goi naskórek - jest zalecana szczególnie osobom z cerą poszarzałą,  dojrzałą, odwodnioną, trądzikową i problematyczną (szczególnie ze zmianami potrądzikowymi).

Puree z dyni to przyjemna, kremowa i zupełnie naturalna baza, pozwala maksymalnie ograniczyć ilość zastosowanych składników konsystencjotwórczych do skrobi ziemniaczanej (naturalne spoiwo, ułatwia spłukanie maski, wygładza i ujednolica) oraz lecytyny słonecznikowej (emulgator, stabilizator, pozostawia przyjemne, natłuszczające wykończenie i zapobiega nadmiernemu wysychaniu). By zyskać bardziej kremową i otulającą formułę, zdecydowałam się na dodatek nieschnącego oleju awokado (jedno z najbogatszych źródeł naturalnych witamin oraz kwasów omega-9) oraz naturalnej witaminy E. Zależało mi przede wszystkim na tym, by maska prócz walorów natłuszczających, rzeczywiście skórę nawilżała, dając efekt zmiękczonej i delikatnej skóry, dlatego też postawiłam na niekonwencjonalną bazę maski (puree), dodatek eksfoliatora (enzym z dyni) oraz substancji wiążących wodę (sok z aloesu, fitokolagen). Efekty końcowe przeszły moje oczekiwania.


Po wielu nieudanych próbach, nadszedł ten upragniony czas, gdy udało mi się uzyskać kremową, stabilną, łagodną konsystencję, która w końcu w pełni mnie zadowala. Jak na zupełnie naturalny kosmetyk, maska rozprowadza się łatwo, nie spływa i nie przecieka między palcami, konsystencję przyrównałabym do gęstego, zwartego, pachnącego budyniu. Maski praktycznie nie czuć na skórze (poza lekkim, przyjemnym uczuciem chłodu i wyjątkową kompozycją zapachową, uprzyjemniającą jej stosowanie) podczas aplikacji, jak i samego noszenia, jest bardzo lekka, co może początkowo zakłamywać jej rzeczywiste, bogate walory użytkowe, bowiem odżywczość formuły czuć dopiero podczas usuwania jej z powierzchni skóry - pozostawia niezwykle korzystny, komfortowy, przyjemny, bogaty film, który przez moją odwodnioną cerę jest degustacyjnie spijany niczym słodki nektar. Maska pomimo odżywczej struktury, robi coś znacznie więcej, i nie jest to jedynie działanie doraźne i przytłaczające - wymagam intensywnego nawilżenia, ale z kolei męczę się przy tępych, tłustych mazidłach, po zastosowaniu maski dyniowej, w moich oczach widzę coraz to lepszą kondycję skóry.


Początkowo obawiałam się, że niedomywanie skóry zaskutkuje niemal jej natychmiastowym pogorszeniem, moje lęki okazały się jednak zupełnie bezpodstawne, po około 10 minutach od usunięcia okładu, jest niezwykle jasna, cudownie miękka, odżywiona, zyskuje zdrowy koloryt oraz co mnie zaskakuje - pory ulegają znacznemu obkurczeniu. Z pewnością krem dyniowy, mimo odżywczej formuły, nie powoduje nadmiernej potliwości i nie zostawia żadnej, dziwnej, tłustej, wstrętnej powłoki, po których aż mnie skręca - to ten typ kremowości, który ja osobiście bardzo lubię, i o który, niestety, bardzo trudno w gotowych kosmetykach. Uwaga - maseczka delikatnie barwi skórę (bardzo bogate źródło karotenów i nie spłukująca się całkowicie konsystencja), warto ją zmywać ciepłą wodą za pomocą gąbeczki konjac (o gąbeczkach konjac przeczytasz więcej tutaj>), szmatki z mikrofibry lub płatków celulozowych, wówczas ten problem zupełnie nie istnieje.

Składniki: 
Akcesoria:
  • szklany słoiczek
  • szklana szpatułka
  • blender kuchenny


Przygotuj puree z dyni. Jest to proste szczególnie teraz, gdy sezon na dynię można już uznać za rozpoczęty. Świeżą dynię pokrój na ćwiartki, wydrążając gniazda nasienne i pozostawiając twardą skórkę. Przygotowaną dynię rozłóż na papierze do pieczenia i wstaw do nagrzanego do 200 stopni Celsjusza piekarnika na około 40 minut (do miękkości). Łyżką wybierz miękki miąższ i rozdrobnij go blenderem.


Do jeszcze delikatnie ciepłego puree (10 łyżeczek 5 ml) dodaję 2 łyżeczki skrobi ziemniaczanej oraz 3/4 łyżeczki lecytyny sojowej, całość rozdrabiam blenderem - powstaje dość gęsta, kremowa konsystencja, a lecytyna jest równomiernie rozproszona. Po całkowitym przestudzeniu dyniowego kremu, dodaję odmierzone składniki tłuszczowe (olej awokado, witamina E) i ponownie miksuję całość za pomocą blendera. Dodaję pozostałe, wodne komponenty: żel z aloesu, enzym z dyni i fitokolagen, ponownie i po raz ostatni miksuję całość urządzeniem. Na koniec wkraplam wybrane olejki eteryczne i mieszam całość szklaną szpatułką. Maskę przelewam do szklanego pojemniczka. Przechowuję w lodówce. Bez zastosowania konserwantów termin przydatności maski to maksymalnie 7 dni.

MASKA DYNIOWA W PIELĘGNACJI

Maska ze względu na swoją bogatą, odżywczą i zmiękczającą formułę, sprawdzi się doskonale w pielęgnacji u osób, które wymagają natychmiastowego, silnego nawodnienia i komfortowej okluzji, nie przepadają za zbyt lekkimi formułami i oczekują od stosowanych kosmetyków czegoś więcej niż chwilowej, ładniejszej kondycji cery. Maskę dyniową polecam bez względu na wiek, rodzaj i typ skóry - to idealny produkt dla przesuszonego, spękanego, zrogowaciałego i odwadniającego się naskórka. Póki co, moja maska dyniowa to jedyny konkurent dla uwielbianej przeze mnie maseczki miodowej Aura Manuka nowozelandzkiej marki Antipodes, która skórę nawilża nieco słabiej i niestety, nieco podrażnia, zwłaszcza przy dłuższych przerwach użytkowania.

Maska może być bezpiecznie stosowana przez kobiety w ciąży i karmiące piersią. 


ARTYKUŁ POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z MARKĄ PÓŁPRODUKTÓW KOSMETYCZNYCH ECOSPA. 

Pozdrawiam serdecznie,
Ewa 
Copyright © 2016 MademoiselleEve , Blogger