Popularne posty

18:00

SPOSÓB NA BOLĄCE ZMIANY, KTÓRYCH NIE MOŻNA WYCISNĄĆ | OKŁADY Z WODOROWĘGLANU SODU

SPOSÓB NA BOLĄCE ZMIANY, KTÓRYCH NIE MOŻNA WYCISNĄĆ | OKŁADY Z WODOROWĘGLANU SODU

Niecodzienny sposób wykorzystania sody podpatrzyłam podczas odbywania praktyk pielęgniarskich w państwowej, warszawskiej placówce. Moim bojowym zadaniem, do którego przyznaję - nie bryzgałam szczególnym entuzjazmem, było wykonanie opatrunku z nasączonej roztworem wodorowęglanu sodu, gazy. Opatrunek miał w mało agresywny i doraźny sposób przynieść ukojenie i znacząco złagodzić objawy miejscowego, silnego obrzęku, który powoli zaczynał już podbierać treścią zapalną, ropną. Byłam zdumiona, jak po zaledwie dwóch dobach regularnych okładów, rana przygasiła się, co finalnie pozwoliło uniknąć stosowania miejscowych i ogólnych antybiotyków. 

W swoim życiu nie ulałam więcej łez niż jesienią roku 2017 - wiele spraw zaczynało obierać przeciwny kierunek, głowa tętniła od zataczających kręgi ruminacji, a kwitnące na żuchwie bolesne, guzkowate zmiany hormonalne oporne na jakiekolwiek leczenie farmakologiczne dołowały przy każdym niechybnym spojrzeniu w lustro. Nie tracąc zbyt wiele, postanowiłam wdrożyć jeszcze tego samego dnia okłady z sody - przyniosły może nie doskonałe efekty (ze względu na rzadką częstotliwość stosowania), ale znacząco zmniejszyły wielkość zmian oraz przyspieszyły ich wchłanianie. 

JAK DZIAŁA SODA OCZYSZCZONA?

Trzeba urodzić się pod szczęśliwą gwiazdą, by podczas odbywania kilkutygodniowych praktyk szpitalnych móc zobaczyć dożylną infuzję roztworu wodorowęglanu sodu. W medycynie powszechnej stosowany jest on bowiem w sytuacjach wyjątkowych, bezpośredniego stanu zagrożenia życia - kwasicach metabolicznych, hiperkaliemi, akcji zatrzymania serca, zatruciach trójcyklikami oraz w sytuacjach, gdy wymagana jest natychmiastowa alkalizacja moczu.  Znacznie więcej o sodzie oczyszczonej można przeczytać na forach entuzjastów naturalnego lecznictwa, gdzie uzyskuje status spiskowego, zakamuflowanego przez nazistowskie koncerny farmaceutyczne, leku na raka. Daleko mi do uprawiania szarlatanerii, choć fanką sody oczyszczonej jestem ogromną - szczególnie w domostwie gospodarczym oraz w prawidłowej pielęgnacji uzębienia.

Wbrew obiegowym opiniom, pH sody w stanie stałym wynosi 8.3-8.5 pH i nie jest wcale mocno zasadowe. 

Już wcześniej pisałam o zasadowych mydłach (więcej tutaj>) oraz ogólnie zasadach (więcej tutaj>), mają one szansę sprawdzić się znacznie lepiej na trądzikowych typach skóry niż powszechnie stosowane środki kwasowe. Zasady działają silnie przeciwzapalnie, goją i zasuszają zmiany trądzikowe, nie drażnią intensywnie mieszków włosowych, a jednocześnie wykazują silne właściwości antybakteryjne i oczyszczające. Okłady z sody są szczególnie pomocne, gdy przyczyna trądziku jest idiopatyczna, a zmianom towarzyszą silne obrzęki, bolesność, rumień. Kompresy doskonale znoszą ból i zmniejszają objawy stanu zapalnego bez powstawania ropienia, jest to szczególnie pomocne zwłaszcza przy zmianach naciekowych, bolących, odpornych na leczenie farmakologiczne.

OKŁADY Z WODOROWĘGLANU SODU - JAK JE PRZYGOTOWAĆ I STOSOWAĆ? 

Aby wykonać okłady z sody, można wykorzystać jedną, gotową ampułkę natrium bicarbonicum 8.4% (Polpharma) do wstrzykiwań lub samodzielnie sporządzić roztwór, wykorzystując wodę demineralizowaną (najlepiej klasy farmaceutycznej) lub do iniekcji oraz wodorowęglan sodu, najlepiej również czystości farmaceutycznej (soda oczyszczona) w odpowiedniej proporcji.

Do okładów wykorzystuję głównie 10% roztwór sody oczyszczonej (47.5 ml wody demineralizowanej : 2.5 ml (pół małej łyżeczki) sody oczyszczonej) lub silniejsze 20% stężenie wodorowęglanu sodu (45 ml wody demineralizowanej : 5ml sody oczyszczonej) w przypadku zmian głębszych i mocniej zaognionych. Aby wykonać prawidłowo roztwór, należy dodać odpowiednią ilość sody do odmierzonej już ilości wody, wymieszać i powstałym roztworem nasączyć obficie kompresy z gazy lub włókniny niejałowej.

Przygotowane okłady powinny przylegać do skóry przez co najmniej 10-15 minut, gdy mam tylko czas, wykonuję opatrunki, uprzednio je schładzając i wymieniam co pół godziny na kolejne. Najlepszy efekt terapeutyczny osiąga się stosując okłady przez co najmniej kilka godzin.

Okłady z sody są również pomocne w leczeniu miejscowych obrzęków (na przykład po ukąszeniach) oraz ranach poiniekcyjnych (na przykład poszczepienne). 

ARTYKUŁ NIE JEST SPONSOROWANY. 

Pozdrawiam serdecznie,
Ewa 

06:00

SOFT COCTAIL | GLINKOWE CIENIE MINERALNE ANNABELLE MINERALS

SOFT COCTAIL | GLINKOWE CIENIE MINERALNE ANNABELLE MINERALS

Zachowawcza, klasyczna i elegancka - właśnie taka jest nowa seria cieni do oczu Annabelle Minerals w nowatorskiej, kaolinowej formule. Bezpieczny strzał w dziesiątkę, czy oklepany, koktajlowy niewypał? Jak sprawują się nowości marki w codziennym makijażu? 

KONSYSTENCJA 

Już na samym początku muszę uczciwie napisać, że nie są to cienie dla każdego, a z pewnością nie dla osób, które oczekują czegoś więcej. Nie jest to moja ulubiona formuła cieni, choć byłoby mi smutno, gdybym miała tę część swego materialnego dorobku stracić.

Bazą cieni jest kaolin, nadaje cieniom zupełnie innej struktury, przez co są one już bardziej specyficzne (choć nietrudne) i inne w użytkowaniu: bardziej suche, satynowo-matowe bez jakichkolwiek drobinek, o łagodniejszym kryciu, lepszych właściwościach absorbujących, przez co mogą sprawdzić się doskonale u osób z tłustymi powiekami, gdy standardowe cienie nie grzeszą swoją trwałością. 

Podobnie jak w przypadku wcześniej recenzowanych cieni marki Amilie, jakość wszystkich kolorów  Soft Coctail nie jest równa - są kolory, których używam z przyjemnością, by sięgnąć opatrznie na mleczną biel, która nie wywołuje już zachwytu. Najwięcej rozczarowania budzą kolory jasne, zaś do znacznego obniżenia buzującego kortyzolu w surowicy krwi przyczyniają się odcienie ciemniejsze.

Konsystencja cieni jest aksamitna, doskonale zmielona, bezdrobinkowa, niezwykle delikatna i cudownie miękka w dotyku, mimo że są to cienie raczej z kategorii suchych. Nie do końca wiem jakie założenia towarzyszyły tworzeniu linii koktajlowej, gdyż cienie rozcierają się bardzo szybko i naprawdę wspaniale bez większego osypywania się... ale nie dają możliwości intensyfikacji krycia. Kolor na powiece jest raczej delikatny i subtelny, jest to szczególnie uciążliwe przy bardzo jasnych kolorach, choć rozumiem łagodny zamysł przy kolorach bardziej nasyconych.

Cienie kaolinowe wyśmienicie chwytają się włosia syntetycznego, co przyspiesza finalnie wykonanie makijażu. Nie oznacza to, że cienie wymagają wyjątkowego modelu traktowania, aplikowane niedbale, w niewielkiej ilości, nawet opuszkami, bez żadnej, konkretnej bazy, nie tworzą plam, zacieków, dają ładne, zwiewne przejścia i miękkie, satynowe wykończenie bez drobin i pylistego woalu. Tworzą zgrany duet z pozostałymi formułami marki, jak i produktami dalekimi od mineralnych. Zaaplikowane w nieprzesadnej ilości odwdzięczają się bardzo dobrą trwałością, zwłaszcza na tłustych powiekach, w przeciwnym razie mogą zbierać się w załamaniach powieki i utrzymywać nieco gorzej. Kiepsko współpracują z bazami mokrymi (tworzą plamy), należy również unikać utrwalania cieni technikami mokrymi.

Moje niezadowolenie dotyczy głównie kolorów bardzo jasnych (Almond Milk) oraz nasyconych (Lemonade, Ice Tea), sprawiają one bowiem najwięcej problemów w formule opartej na kaolinie. Cienie nie lubią kombinowania, są oporne na kreatywne sposoby walki z nadmierną pylistością i słabą pigmentacją, a nałożone w za dużej ilości prezentują się tragicznie na powiekach. Im mniej się przy nich robi, tym lepiej. Po pozostałe kolory sięgam chętnie, chociaż nie wywołują zachwytu - ale czy muszą? Wystarczy, że są przyjemne w użyciu oraz trwałe.

Soft Coctail będą dominować u entuzjastów prostego makijażu w dobrym guście. Są banalnie proste w obsłudze, i poza niektórymi kolorami, mało problematyczne. Ze względu na sporą gramaturę (3g), jak i korzystną cenę (39.90 zł), warto właśnie w Annabelle Minerals wyposażyć się w klasyczne i zawsze modne kolory bazowe.

GAMA KOLORYSTYCZNA 

Soft Coctail można zasłużenie okrzyknąć pierwszą, mineralną kolekcją biznesową: dziesięć zrównoważonych, stonowanych, klasycznych kolorów odpowiednich dla każdego typu urody i nadających się na każdą, nawet uroczystą okazję.

annabelle minerals cienie glinkowe soft coctail almond milk white coffee milkshake frappe americano swatche jak wyglądają mineralne cienie

Almond Milk. Mleczna biel, niestety, trudna w użytkowaniu: kredowa i słabo przyczepna. Trudno cieniem zbudować jakiekolwiek krycie, pyli najmocniej spośród całej kolekcji. Mimo że nie oddaję hołdów jego właściwościom, jest to jeden z najczęściej użytkowanych przeze mnie kolorów, rozjaśniam nim bowiem cienie mineralne oraz... podkłady. Fantastycznie rozbiela kosmetyki mineralne bez utraty ich właściwości użytkowych. Moja ocena: 2.5 / 5.

White Coffee. Stłumiony szarością jasny beż. Satynowy, przylegający, wyczuwalnie kremowy. Niewielka trudność w budowaniu krycia. Moja ocena: 4 / 5.

Milkshake. Liliowy, chłodny, bardzo jasny róż. Przyjemny w użytkowaniu, choć podobnie do poprzedników, nieco trudniejszy w obsłudze. Nie świdruje do nozdrzy. Moja ocena: 4 / 5. 


Od lewej: Almond Milk White Coffee, Milkshake, Frappe, Americano. 

Frappe. Neutralny,  biszkoptowy, klasyczny beż. Bardzo dobra pigmentacja, przyczepność oraz walory użytkowe. Idealny do nadawania kształtu powiece oraz twarzy. Moja ocena: 5 / 5. 

Americano. Chłodny, kawowy brąz. Idealny dla przepadających za chłodniejszą, oliwkową tonacją w makijażu. Praca z Americano to czysta przyjemność. Moja ocena: 5 /5. 

annabelle minerals cienie glinkowe sof coctail swatche lemonade smoothie icea tea margerita cocoa cup

Lemonade. Delikatnie stłumiona cytryna. Sucha i kredowa, sprawia sporo problemów podczas wykonywania makijażu. Może posłużyć do zażółcania podkładów i korektorów mineralnych. Moja ocena: 2.5 / 5. 

Smoothie. Koktajlowa, delikatnie przygaszona brzoskwinia. Tonacja neutralna. Bardzo dobra przyczepność, brak trudności w budowaniu koloru, gładkie, delikatne wykończenie. Świetny kolor przejściowy oraz subtelny róż dla bladej karnacji. Moja ocena: 4.5 / 5. 

Ice Tea. Nieco bardziej suchy od poprzednika z gorszymi właściwościami przylegającymi. Jeden z najintensywniejszych kolorów w kolekcji. Mimo że wymaga porannej gimnastyki, często sięgam po niego właśnie teraz, latem. Sprawdza się w roli cienia mineralnego, jak i wakacyjnego różu. Moja ocena: 3.5 / 5. 


Od lewej: Lemonade, Smoothie, Ice Tea, Margarita, Cocoa Cup. 

Margarita. Zmrożony, średni róż. Dobrze przyczepny, satynowy, rozkoszny w użytkowaniu. Cudowny w roli eleganckiego różu i pocałunku na ustach. Moja ocena: 4.5 / 5. 

Cocoa Cup. Mleczna czekolada. Doskonale zmielony, fenomenalnie kryjący i niezwykle łatwy w obsłudze. Zwycięzca kolekcji Soft Coctail! Moja ocena: 5+ / 5. 

INCI: Mica, Illite, Kaolin, CI77491, CI77492, CI77499, CI77891

Cienie umieszczone są w standardowych dla Annabelle Minerals szczelnych opakowaniach z emblematem marki i wewnętrzną, stabilną zasuwką. Cena: 39.90 zł / sztuka. Dostępne w sklepach on-line.

ARTYKUŁ POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z MARKĄ KOSMETYKÓW MINERALNYCH ANNABELLE MINERALS. 

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

14:00

SZMATKI, RĘKAWICE I RĘCZNICZKI W PIELĘGNACJI

SZMATKI, RĘKAWICE I RĘCZNICZKI W PIELĘGNACJI
szmatki do oczyszczania skóry ręcznik do twarzy rękawica glov efekty pryszcze jak pozbyć się trądziku rozszerzone pory

Odkąd łącząc zapalne punkty na mej trądzikowej skórze nie powstaje gwiezdna konstelacja Hydra, coraz bardziej skłaniam się ku prostym, mechanicznym i mniej drażniącym sposobom walki z cerą niełatwą w pielęgnacji. Wiem jak wiele zawdzięczam tretinoinie, którą stosuję z powodzeniem od lat pięciu, ale jednocześnie żyję w pełnej świadomości nieuchronnych skutków niepożądanych długotrwałego leczenia farmakologicznego. Złuszczanie manualne uskuteczniam z większą śmiałością, a swoimi przemyśleniami w dziedzinie akcesoriów myjących podzielę się właśnie dzisiaj. 

15:00

MINERALNY PODKŁAD MATUJĄCY | AMILIE MINERAL COSMETICS MATTE MINERAL FOUNDATION

MINERALNY PODKŁAD MATUJĄCY | AMILIE MINERAL COSMETICS MATTE MINERAL FOUNDATION

Relacje skóra : stacja docelowa makijaż są u mnie trudne, momentami nie do ogarnięcia, a na pewno nie są to linie dalekobieżne. Nie kryję swego rozczarowania, daleko mi bowiem do skóry idealnej, a jeszcze dalej do cery poprawnej w makijażu po kilku godzinach. Czy matująca formuła Amilie Matte rzeczywiście sprawdza się na tłustych, problematycznych cerach i rozwiązuje moje dotychczasowe bolączki?


14:00

ZASADOWE MYDŁO | METODA REGULACJI SKÓRY TRĄDZIKOWEJ, TŁUSTEJ I ZANIECZYSZCZONEJ

ZASADOWE MYDŁO | METODA REGULACJI SKÓRY TRĄDZIKOWEJ, TŁUSTEJ I ZANIECZYSZCZONEJ

Uciskająca boleśnie struny głosowe wyrośl w gardle, rozdygotane, oblane zimnym potem blade i nader szczupłe ciało, postępująca atrofia lewej półkuli na samą myśl o pomyłce, błędzie, czy nakryciu mej niewiedzy, towarzyszyła mi przez większość życia w sytuacjach mniej lub też bardziej stresujących. Śledziłam z niedowierzaniem wypowiedzi "ekspertów", głoszących swe śmiałe, pełne nieomylności perory na śniadaniowych, miękkich kanapach. Zazdrościłam im długo tej płynności i lekkości w wymianie własnych, czasami skrajnie idiotycznych, poglądów, gdy ja, z drżącym głosem próbowałam wydukać swe lapidarne i nieskładne zdania, adekwatnie do nakrycia aktu wycinania z precyzją chirurga słynnej macicy Annie Chapman w londyńskim zaułku.

Im bardziej doświadczam życia, tym mocniej moje poglądy stają się mniej kategoryczne i konserwatywne. Coraz częściej, bez wewnętrznego strachu i krążących obsesyjnie ruminacji w mojej głowie, przyznaję się do ewolucji poglądów, ich całkowitej zmiany lub naturalnego, ludzkiego błędu, również w kwestii prawidłowej pielęgnacji skóry, chociażby w temacie zasadowych środków myjących. 

NATURALNE, ZASADOWE MYDŁA

Brak elastyczności poglądów, sztywnych, pozbawionych gibkości schematów pielęgnacyjnych, a momentami przejawów skrajnej głupoty, jest skutkiem wirujących abstrakcyjnie w ekstatycznym tańcu mitów. Brak merytorycznych informacji w zakresie działania zasadowych środków myjących oraz kluczowych danych w sposobie ich użytkowania nie zmusza do autorefleksji, a skutkuje wyciąganiem często pochopnych i mało trafnych wniosków. 

Największego problemu dopatruje się przede wszystkim w zasadowym odczynie, które w wielu przypadkach skądinąd sprzyja skórom trądzikowym z jednoczesnym łojotokiem i jest zdecydowanie bardziej korzystne w działaniu aniżeli powszechnie stosowane kwasy. Mydło jak najbardziej może  (choć nie musi) pozytywnie oddziaływać na skóry trądzikowe oraz być tanią i skuteczną metodą regulacyjną, zatem jeśli obserwujesz znaczną poprawę kondycji skóry podczas rozsądnego stosowania mydeł, nie widzę większych przesłanek, aby nagle rezygnować z ich stosowania. 

Naturalne, optymalne, fizjologiczne pH zdrowej skóry waha się między 4.5, a nawet 6.5 pH, pozwala zachować labilność oraz różnorodność mikrobiologiczną oraz stanowi korzystną barierę ochronną - chemiczną, jak i mechaniczną (prawidłowy biofilm). Jednak w przypadku patologicznego łojotoku o różnej etiologii, zakres pH może być znacznie niższy, co naraża naskórek na trwałe, niekorzystne i opłakane w skutkach zakwaszenie skóry, objawiające się chronicznym stanem zapalnym, odwodnieniem oraz jego następstwami: wzmożoną pobudliwością i nadreaktywnością naczyniową. W stanach patologicznych nie można również mówić o prawidłowej, naturalnej mikroflorze skórnej - na skutek działania kwaśnego, drażniącego sebum, mikrobiom skórny rozwija się nieprawidłowo i dochodzi do przerostu szczepów kwasolubnych. Włączenie dodatkowo kwaśnych preparatów w takim przypadku, co jest logiczne, generuje więcej szkody niż pożytku, dlatego też ułuda pięknej skóry bardzo szybko staje się urzeczywistnionym, skórnym koszmarem. 

Nie upierałabym się zatem, że jedynym i zawsze słusznym rozwiązaniem jest zawsze przewlekłe stosowanie preparatów niezwykle łagodnych, z odczynem neutralnym lub też kwaśnym, zwłaszcza w zaawansowanym przebiegu chorób skórnych, bowiem stosowane długotrwale, bez właściwego schematu postępowania oraz regulacji, mogą paradoksalnie zaostrzać zastane objawy skórne (nagromadzenie zanieczyszczeń, w tym zrogowaciałego naskórka oraz nadmiaru sebum). Kwestią dyskusyjną jest na pewno naturalna zdolność skóry do przywracania naturalnego pH, patomechanizm również i w tym przypadku nie jest do końca jasny, a jest coraz więcej publikacji, które popierają moje bieżące stanowisko: preparaty kosmetyczne nie są w żaden unikalny i błyskawiczny sposób przyspieszyć, tudzież zahamować tegoż naturalnego procesu, co oznacza tyle, że stosowanie toników bardzo często pozbawione jest głębszego sensu (poza napompowywaniem konsumpcjonizmu), a rozsądne użytkowanie substancji neutralizujących o odczynie wyższym nie zawsze musi generować problemy, co więcej, może wykazywać normalizujący wpływ na schorowany naskórek, co oznacza tyle, że stosowanie zasadowych mydeł, w niektórych przypadkach może okazać się niezbędne i bezpieczne w utrzymaniu prawidłowej kondycji naskórka.  

Zasadowy odczyn nie musi wcale wykazywać destrukcyjnego wpływu na kondycję skóry: może doskonale ograniczać łojotok oraz usuwać martwy zrogowaciały naskórek, nie zamierzam jednak tworzyć pociesznych, jednostronnych iluzji, bowiem nierozsądnie stosowane mydła lub też wysoka skłonność do odwodnienia i łojotoku wywołanego prawdopodobnie będzie pobudzać skórę do burzliwych, niepożądanych reakcji, co w konsekwencji nasili jedynie zastane problemy. Nie ulega natomiast wątpliwości, iż w przypadku skóry patologicznie tłustej, brak efektywnego działania oczyszczającego oraz normalizującego (neutralizującego odczyn kwasowy) będzie sprzyjało coraz to gorszej kondycji naskórka, dlatego też rozsądne wdrożenie zasad, które nie posiadają aż tak wysokiego czynnika prozapalnego może okazać się niezwykle pomocne w opanowaniu w mało ryzykowny, niewymagający szczególnej ochrony przed słońcem oraz rozbudowywaniu pielęgnacji, sposób, chwiejnej skóry łojotokowej oraz tłustej. 

Dużą zaletą zasad są ich doskonałe właściwości oczyszczające: emulgują, rozbijają oraz usuwają efektywnie tłuszcz ze skóry bez pozostawiania powłoki ochronnej (toksyczne działanie zbyt łagodnych środków myjących wynika zazwyczaj z ich zbyt delikatnego, niewłaściwego spłukiwania się), co daje efekt czystej, odświeżonej skóry. Podstawowy problem z mydłami ma swoją przyczynę nie zawsze we właściwościach pieniących się i silnie oczyszczających, a w ich niewłaściwym, częstym i nader konsekwentnym stosowaniu. I nie choć nie jestem zagorzałą zwolenniczką mydeł naturalnych, opowiadam się (i stosuję na samej sobie) za ich użytkowaniem w rozsądnych, uzasadnionych przypadkach.  

KIEDY MYDŁA MOGĄ POMÓC, A KIEDY ZASZKODZIĆ? 

Nie zamierzam przyznawać jakiejkolwiek nobilitacji zasadowym środkom myjącym: odczyn zasadowy, mocne właściwości myjące i potencjalnie drażniące działanie stosowane nawet na skórze nie mającej problemu z nawodnieniem, prędzej czy później zaskutkuje permanentnym odwodnieniem i jego konsekwencjami, dlatego też nie rozpatruję mydeł w produktach myjących nadających się do codziennego rytuału pielęgnacyjnego. Uważam jednak, że to nadmiar rodzi deficyt i przy wzmożonej obserwacji własnej skóry, o ile mocniejsze środki nie generują skrajnie negatywnych, natychmiastowych reakcji, mydła mogą być stosowane w zastępstwie drażniących kwasów / peelingów enzymatycznych, które również skórę wysuszają, a nie przynoszą tak dobrego efektu oczyszczenia oraz złuszczenia (co pozwala stosować je znacznie rzadziej z lepszym efektem terapeutycznym).

W zależności od potrzeb, skłonności do zanieczyszczania i odwadniania się naskórka oraz ich tolerancji, zasadowe środki myjące można stosować nie częściej niż raz na 3 dni oraz nie rzadziej niż raz na miesiąc, najlepiej wplatając je w niezmienne kroki (zamiast rozbudowanego etapu oczyszczania lub jako końcowy, domywający etap) i oczyszczając skórę jedynie powstałą pianą. Kluczowy jest również sam dobór zasadowego środka myjącego, najlepiej by bazował na zmydlonych frakcjach tłuszczów oraz nie zawierał bogactwa substancji dodatkowych (w tym substancji zapachowych i potencjalnie drażniących), w tym celu polecam naturalne mydła naturalne: czarne mydło afrykańskie, mydła węglowe, oliwkowe.


Oczywiście, nie każdemu typowi i rodzajowi skóry będzie służyć nawet sporadyczne stosowanie mydeł (cera nadreaktywna, sucha, skrajnie odwodniona, uszkodzona), ale chcę zwrócić uwagę na ich zbesztaną przez influencerską sieć opinię: mydła wcale nie służą tylko "myciu podłogi" (notabene, sprawdzają się w tejże roli wyjątkowo kiepsko), a mogą przysłużyć się lepszej kondycji skóry o ile nie generują, a ograniczają problemy skórne: nie wzmagają rogowacenia, łojotoku, nie są przyczyną podrażnień. Z racji, że gruntownie oczyszczają skórę, nie nadają się kompletnie w codziennych krokach pielęgnacyjnych, ale można je jak najbardziej rozpatrywać w ramach rozsądnej i bardzo ekonomicznej regulacji problematycznego naskórka.

Wbrew powszechnej opinii: mydła nie muszą pogrążać trądzikowych typów skóry, nie służą jedynie etapowi myjącemu - a mogą zajmować więcej miejsca w pielęgnacji: zastępować peelingi oraz preparaty usuwające martwe złogi niezłuszczonego naskórka, zalegającego łoju oraz innych zanieczyszczeń. Mogą być bezpiecznie stosowane w przypadku kiepskiej tolerancji kwasów oraz pochodnych w leczeniu mało zaognionego trądziku - to również substancje regulujące, które w przypadku skóry z łojotokiem nierzadko są mniej agresywne oraz bardziej efektywne w działaniu od zalecanych sposobów normalizacyjnych.

ARTYKUŁ NIE JEST SPONSOROWANY.

Pozdrawiam,
Ewa

22:00

PIGMENTY MINERALNE AMILIE MINERAL COSMETICS

PIGMENTY MINERALNE AMILIE MINERAL COSMETICS

Choć ciężko w to uwierzyć, długo wzbraniałam się przed skomplikowanym makijażem oczu. Rzutowałam irracjonalne projekcje, tworzące iluzoryczny obraz dla taszczącej się po podłodze pewności siebie. Iskrzące powieki nie były wówczas dla mnie priorytetem, wszelkimi możliwie dostępnymi sposobami próbowałam kamuflować piętrzące się problemy skórne.

Od kilku miesięcy wykonywanie makijażu nie jest już dla mnie przykrym obowiązkiem, a coraz mocniej doceniam kosmetyki, które oszczędzają mój czas oraz są po prostu przyjemne w użytkowaniu. Z pewnością do tej chlubnej grupy mogę zaliczyć z niewyszukaną dumą nowe pigmenty marki Amilie Mineral Cosmetics: bajecznie proste w obsłudze, oszałamiająco intensywne oraz... trwałe!

KONSYSTENCJA I WŁAŚCIWOŚCI 

Rozkosznie kremowe. Ciężko uwierzyć w tak doskonałą przyczepność, aksamitność i niebywale imponujące właściwości użytkowe pigmentów, będących wynikiem mineralnej, minimalistycznej formuły domkniętej w otoczkach jojoby.

Nie zamierzam ciągnąć kolorowej nici z motka fantazji, lojalnie przyznaję już w przedprogach: nie ze wszystkich pigmentów jestem równie zadowolona, bowiem istnieje pewna rozbieżność w konsystencji i jakości nielicznych kolorów, które nie wpędzają mnie już w niekryty zachwyt. Mimo niewielkich potknięć, Amilie zawiesiło bardzo wysoką poprzeczkę konkurentom, warto przekonać się na własnej skórze jak doskonałe są cienie matowo-satynowe oraz nieliczne sztuki cieni połyskujących.

Wykończenie cieni jest kremowo-satynowe, aksamitne, delikatne, pozbawione pudrowego, brzydkiego woalu. Nawet przy nieokiełznanych ruchach pędzla, wykonany makijaż jest estetyczny, dbały i schludny. Osypywanie się cieni ograniczono do względnego minimum w cieniach matowo-satynowych oraz metalicznych (przylegających najmocniej), w przypadku cieni iskrzących oraz wyczuwalnie suchych, co jest zupełnie naturalne, problem ten jest zintensyfikowany, aczkolwiek nie eskaluje do takiego poziomu, by utrudniać w sposób znaczny codzienne stosowanie pigmentów. Co więcej, jest mniejszy niż w przypadku standardowych cieni sypkich.

Mimo wielu kiełkujących w mojej głowie obaw, cienie wzorowo rozcierają się, nie tworzą plam i zacieków, niezależnie od zastosowanych narzędzi (preferuję włosie naturalne, kozie) i umiejętności władającego pędzelkami. Nie dostrzegam większych trudności w budowaniu koloru, nie są to z pewnością (poza nielicznymi wyjątkami) cienie specjalnej troski.

Cienie mineralne Amilie posiadają różne wykończenia: matowe, satynowe, metaliczne oraz iskrzące. Nie wymagają specjalnych technik, by cieszyć oko swoją ponadprzeciętną urodą, choć zachęcam do eksperymentowania z wykończeniem cieni. Pigmenty odczuwalnie sypkie są intensywniejsze wówczas, gdy zostaną zaaplikowane na mokro, zazwyczaj zatracają swoje świetliste wykończenie oraz zdecydowanie mocniej przylegają do skóry, co podwyższa ich trwałość. Większość pigmentów bezproblemowo współpracuje z pędzlami, tradycyjnie na sucho (z włosiem naturalnym, jak i syntetycznym), szczególnie cienie matowo-satynowe, o niebiańsko masełkowatej strukturze, w moim odczuciu najprzyjemniejsze z całej, bardzo udanej, kolekcji, choć nie do końca dobrze zachowują się na mokrych bazach. Cienie metaliczne nie wymagają dodatkowej intensyfikacji metodami mokrymi, by wywoływać poruszenie w szarym tłumie, choć większość z nich przy dodatku wilgoci zyskuje intensywne, metaliczne wykończenie. W zależności od efektu jaki lubisz, dają bardziej dzienny lub też wieczorowy, intensywny efekt.

Pigmenty nie zbierają się w załamaniach, nie zatracają swojej intensywności w ciągu dnia oraz nie tworzą dziwnych, zawiłych historii w załamaniach powieki. Współpracują z innymi kosmetykami kolorowymi, niekoniecznie zawsze mineralnymi i naturalnymi. Oczywiście, moje tłuste powieki wymagają dodatkowego przygotowania (zastygająca kredka w kolorze cielistym), ale trwałość cieni jest na niezaprzeczalnie wysokim poziomie (6-8 godzin w stanie nietkniętym), podobnie jak ich sam, wysoki komfort noszenia.

Plusem jest prosty, nieprzekombinowany skład pigmentów, bezpieczeństwo stosowania na nawet najbardziej wrażliwych powiekach oraz mimo wysokiej trwałości i intensywności - bezproblemowy demakijaż. To szczególnie ważny aspekt dla osób stosujących łagodne środki myjące: cienie bardzo łatwo jest usunąć ze skóry.

O czym już wspomniałam, niektóre kolory z kolekcji odbiegają swoimi właściwościami od elitarnego grona, nie do końca trafiają w moje osobiste preferencje kolorystyczne i nie wpędzają w bezpruderyjny zachwyt: są bardziej suche, gorzej przyczepne, a budowanie koloru nie jest już tak łatwe i przyjemne. Nie zmienia to jednak faktu, że producent Amilie Mineral Cosmetics wypuścił na rynek jak dotąd najlepsze cienie mineralne dostępne w Polsce, które zdecydowanie warto posiadać. Płakałabym rzewnie, gdyby w jakiś sposób ta migocząca część kolekcji zniknęła z moich, nie ukrywam, obfitych zasobów.

W dzisiejszym artykule pojawiają się linki afiliacyjne, jeśli pragniesz dokonać zakupu, będzie mi bardzo miło, jeśli zapełnisz swój koszyk z moim patronatem >

DOSTĘPNE KOLORY

Kolekcja pigmentów Amilie Mineral Cosmetics jest perfekcyjnie spójna. Klasyczna, elegancka, ale z dystyngowaną nutą nonszalancji. Zamysł producenta, a szczególnie dobór estetyczno-kolorystyczny, zasługuje na pochwałę, bowiem wszystkie kolory doskonale ze sobą współgrają, a marce udało się uniknąć tak częstej i oczywistej monotematyczności i nudy. Cieszy mnie niepoliczalna ilość możliwości wykorzystania pigmentów, nie tylko w powściągliwych, ugrzecznionych, codziennych kompozycjach.

Dużym plusem jest mnogość kolorów (a szczególnie kremowych, matowych, dystyngowanych cieni), którymi można wykonać cały makijaż nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach, to idealne rozwiązanie dla osób prowadzących aktywny tryb życia, wypełniony po brzegi obowiązkami i zajęciami dodatkowymi, gdzie makijaż odgrywa najmniejszą rolę i bardzo często brakuje na niego czasu.

[Zdjęcia możesz powiększyć, obserwując dokładne, najmniejsze szczegóły wykończenia cieni w trybie makro. Poniżej aplikacja na sucho (lewa strona) oraz na mokro (prawa strona). Fotografie zostały wykonane w naturalnym, dziennym oświetleniu]


Corn Silk. Jogurtowy beż. Kremowy, delikatny i subtelny. Bez drobinek, o srebrzystym, świetlistym wykończeniu. Pięknie prezentuje się w świetle dziennym. Nie podkreśla załamań i niedoskonałości. Może posłużyć w zastępstwie różu. Aplikacja pędzlami z włosia naturalnego (koziego) lub ewentualnie syntetycznymi. Moja ocena: 5 w skali 5. 


Ginger. Neutralny, brzoskwiniowy odcień, bez połysku. Bardziej suchy od poprzedników, ma gorszą przyczepność, trudniej rozciera się, może tworzyć nieestetyczne prześwity. Przy strudze światła można dostrzec pojedyncze, nieśmiało połyskujące drobinki. Najlepsza współpraca z pędzlami z włosiem syntetycznym. Moja ocena: 3 w skali 5. 



Memory of Summer. Klasyczne, dzienne, bogate złoto z mnóstwem, iskrzących drobinek. Pod wpływem wilgoci nabiera metalicznego charakteru. Zalecana aplikacja opuszkami, na mokro. Moja ocena: 4.5 w skali 5.


First Date. Przygaszony róż przełamany ciepłym, opalizującym złotem (różowe, szlachetne złoto). Nie osypuje się. Zyskuje podczas aplikacji na mokro. Najlepiej sprawdza się aplikacja palcami. Moja ocena: 4.5 w skali 5. 


Sugar Candy. Satynowy, urzekający, miękki cukierkowy róż. Pozbawiony drobinek. Cień, jak i uroczy róż. Przyjemnie rozprowadza się po skórze oraz wspaniale do niej przylega. Zalecane pędzle z włosia syntetycznego. Moja ocena: 4.5 w skali 5. 



Butter Rum. Bezbłędnie intensywna, metaliczna, czysta miedź pozbawiona iskrzących drobinek. Doskonale rozdrobniona, płynna, gładka, imponująco kryjąca. Perfekcyjnie przylegająca. Na mokro mocno metaliczna. Fenomenalna! Zalecana aplikacja palcami. Moja ocena: 5+ w skali 5. 


Espresso. Wielbłądzi, klasyczny, zgaszony brąz o świetlistym, srebrzystym wykończeniu. Doskonała przyczepność i współpraca ze skórą. Świetnie współgra z każdym podtonem skóry i rodzajem włosia. Moja ocena: 5+ w skali 5. 


Brioche. Puszysty, karmelowy, łagodnie ciepły, średni brąz. Wyzbyty nachalnych drobinek i przytłaczającej ilości ciepłych, rdzawych tonów. Doskonale przyczepny. Klasyczny i niewyszukany w dobrym tego słowa znaczeniu. Niezastąpiony do dziennych makijaży. Jeden z moich ulubieńców kolekcji. Moja ocena: 5+ w skali 5.


Nougat. Cudownie kremowy, matowy, dzienny, jasny brąz o neutralnej bazie. Uniwersalny. Świetne walory użytkowe, bardzo dobra trwałość. Moja ocena: 5+ w skali 5. 


Smokey Eye. Smolista i intensywna czerń. Nieziemsko kryjąca, z niewielką ilością dyskretnych, srebrnych drobinek, zanikającymi zupełnie po nałożeniu pigmentu na skórę. Niezbędna w makijażu. Znikomo osypuje się, rozciera bez zarzutu. Bez dwóch zdań najlepsza czerń na polskim rynku mineralnym. Moja ocena: 5+ w skali 5. 



Moulin Rouge. Ceglasta, paryska, stonowana, stłumiona czerwień o świetlistym, satynowym wykończeniu. Kremowa, elegancka, unikatowa. Zalecane pędzle z włosiem naturalnym i sztucznym. Moja ocena: 5 w skali 5. 


Hollywood Dream. Brudne bordo z obficie połyskującymi, iskrzącymi w słońcu złoto-turkusowymi drobinkami. Podczas rozcierania intensywność cienia znacznie łagodnieje. Subtelniejszy i bardziej połyskujący efekt osiągniesz poprzez nakładanie Hollywood Dream palcami na sucho. Moja ocena: 4.5 w skali 5. 


It's my party. Fiolet przełamany różem z połyskującą metaliczną poświatą w kolorze soczystej limonki i złota. Delikatnie osypuje się. Warto aplikować go technikami mokrymi lub palcami. Moja ocena: 4 w skali 5. 


Cote D'Azur. Zmrożony turkus zdobiony srebrzystymi, uroczymi drobinkami. Odstaje od reszty, jest zdecydowanie suchy, gorzej przylegający, trudny, choć zachwyca aplikowany palcami. Wymagana aplikacja na mokro. Moja ocena: 3 w skali 5. 


Friday Night. Intensywny, chłodny, ciemny brąz z mnóstwem dumnie iskrzących na srebrno, turkusowo, zielono i fioletowo drobinek. Istny kameleon! Najbardziej roziskrzony pigment z całej kolekcji Amilie. Może osypywać się. Warto nakładać go zwilżonym pędzelkiem. Aplikowany na sucho znacznie łagodnieje. Moja ocena: 4.5 w skali 5. 




Walking in The Moon. Żywa, chabrowa niebieskość ze srebrnym, nieśmiałym refleksem. Sucha, słabo przylegająca, mocno osypuje się. Trudność w zbudowaniu koloru. Zalecana aplikacja na mokro. Moja ocena: 2.5 w skali 5. 


Mallow. Liliowy, jasny, niewinny, uroczy fiolet. Przyjemna, kremowa konsystencja o klasycznym, satynowym, srebrnym połysku. Podczas aplikacji na mokro staje się bardziej chłodny (wrzosowy). Moja ocena: 4.5 w skali 5. 


Deep Purple. Średniej jasności fiolet o łagodnym, satynowym, miękkim, turkusowym wykończeniu. Średnio przylegający, ciemniejszy odpowiednik Mallow. Zalecana aplikacja na sucho, w celu waloryzacji koloru: na mokro. Moja ocena: 4 w skali 5.


Silver Ice. Subtelna, stonowana, elegancka szarość ze srebrnym refleksem. Moja ocena: 4 w skali 5. 


Golden Star. Roziskrzone, surowe, klasyczne złoto. Słaba przyczepność, duża ilość drobinek, podczas rozcierania zatraca swój piękny, nonszalancki charakter. Odkrywa swoje piękno podczas aplikacji na mokro. Moja ocena: 3.5 w skali 5. 




Best Friend. Transparentna, interferencyjna mika ze złotym, klasycznym połyskiem. Po roztarciu pozostawia świetlistą, subtelną, elegancką, złotą poświatę, wklepana palcem połyskuje mocniej, jest również bardziej drobinkowa. Doskonale rozdrobniona i kremowa w dotyku. Bardzo przyjemna i przydatna w codziennym, jak i wieczorowym makijażu. Moja ocena: 4.5 w skali 5. 


Cream. Klasyczna, mleczna, intensywna biel o satynowym, gładkim wykończeniu. Pozbawiona kredowości i suchego, pylistego wykończenia. Wielozdaniowa. Nie wchodzi w załamania oraz nie roluje się w strategicznych miejscach na powiece. Zalecana aplikacja pędzlami z włosiem syntetycznym. Moja ocena: 5 w skali 5.


OPAKOWANIA, CENA, WYDAJNOŚĆ

Odkręcane, zgrabne, plastikowe pojemniczki z emblematem marki z wewnętrzną zasuwką. Nieprzytłaczająca gramatura 2g. Cena: 29.90 zł. Dostępność w sklepie internetowym marki, on-line. Wydajność: wysoka.

INCI: Mica (CI 77019), Jojoba Esters „+/-”: Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxide (CI 77491, CI 77492, CI 77499), Manganese Violet, Ultramarines (CI 77007).

Wszystkie pigmenty mineralne możesz kupić dokładnie tutaj > , decydując się na zestaw, cienie zakupisz dodatkowo z 10% rabatem. 

Szczerze polecam,

ARTYKUŁ POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z MARKĄ MINERALNĄ AMILIE MINERAL COSMETICS. 

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

13:00

LEKKI I NIETŁUSTY KREM Z FILTREM | 5 PREPARATÓW PRZECIWSŁONECZNYCH Z NAJWYŻSZYM STOPNIEM OCHRONY SPF 50+

LEKKI I NIETŁUSTY KREM Z FILTREM | 5 PREPARATÓW PRZECIWSŁONECZNYCH Z NAJWYŻSZYM STOPNIEM OCHRONY SPF 50+

Mogłabym napisać trzystustronicową dysertację negującą regularne stosowanie kremów przeciwsłonecznych. Nie kryję się ze swoimi, nierzadko nonkonformistycznymi poglądami i tym, jak głoszone przeze mnie przekonania znacznie ewoluowały pod wpływem nie tylko jałowej teoretycznej wiedzy, a własnych, nabytych doświadczeń. Dzisiejszy artykuł nie jest świadectwem zaawansowanej neurotyczności, daleko mi bowiem do pełnej kategoryczności: wśród morza negatywów, dostrzegam i spore plusy użytkowania ochrony przeciwsłonecznej, dlatego też z dużym entuzjazmem zapoznałam się z najciekawszymi dla mnie nowościami aptecznymi oraz formułami, których wcześniej nie znałam, lub też znałam dość mgliście.


LA ROCHE POSAY, ANTHELIOS XL, BARDZO WYSOKA OCHRONA, KREM-ŻEL SUCHY W DOTYKU DO TWARZY SPF 50+ (PPD 31)

Nie potrafię wyzbyć się swego pragmatycznego już skrzywienia zawodowego. Obrzucam antycypacyjnym spojrzeniem producenckie obietnice i lustruję z niesłychaną przebiegłością listy składników. Nie wiążą mnie żadne trwałe relacje z jakąkolwiek marką apteczną, aczkolwiek kremom ochronnym koncernu L'oreal nie mogę zarzucić kiepskiej jakości i sięgam po nie każdego sezonu letniego już od ponad 5 lat.

Formuły Antheliosów nie do końca odpowiadają mi w pełni swoimi walorami użytkowymi, ale biorąc pod uwagę ich akceptowalną konsystencję, wysoką trwałość oraz świetną ochronę przed słońcem - nie mogło zabraknąć ich w dzisiejszym zestawieniu filtrów ochronnych bez których nie wyobrażam sobie tegorocznego sezonu wakacyjnego.

Krem-żel to kremowa, nieprzytłaczająca, przyjemnie zastygająca konsystencja. Dużym atutem jest brak podkreślania suchych skórek tuż po wchłonięciu się preparatu oraz przyjemne, naturalne, delikatnie świetliste wykończenie, a także duży komfort noszenia kremu wraz z doskonałymi właściwościami nawilżająco-natłuszczającymi, co pozwala go rozpatrywać w ramach pielęgnacji, a niekoniecznie niechlubnego generatora problemów skórnych. Rzeczywiście, moja skóra przy optymalnym stosowaniu preparatu wygląda dobrze zarówno podczas jego noszenia (przyjemne nawilżenie, wyciszenie podrażnień, zaczerwienień), jak i tuż po demakijażu (brak potrzeby dodatkowego nawilżania). Na skrajnie odwodnionych oraz suchych typach cery może generować świąd.


Kremy ochronne wymagają aplikacji dużej ilości preparatu na stosunkowo niewielkiej powierzchni skóry, doceniam zatem, że filtr La Roche Posay nie sprawia żadnych trudności w aplikacji, a dodatkowo daje możliwość nałożenia nawet dwukrotnie wyższej objętości na skórę. Kosmetyk nie lepi się, ale również nie zastyga całkowicie, dzięki temu nie powoduje ściągnięcia, wysuszenia i pieczenia, co zdarza się nierzadko przy zbyt lekkich formułach. Najważniejsza kryterium jest jednak ochrona, gdyż po produkty specjalistyczne z tak wysokim stopniem ochrony sięgam przy rzeczywistym narażeniu na ekspozycję słoneczną. Jestem świadoma określonej żywotności preparatów oraz ich ograniczonego działania, ocenię  zatem widoczne działanie produktu, przestrzegając podstawowych zasad aplikacji oraz ponownej reaplikacji preparatu: krem-żel skutecznie zapobiega poparzeniom słonecznym i nabyciu jakiejkolwiek opalenizny na twarzy, szyi i dekolcie przy intensywnym, nie zawsze kanapowym stylu życia. Nie do końca współpracuje z kosmetykami mineralnymi przez swoją delikatnie mokrą konsystencję. Moja ocena: zasłużona piątka.

INCI: AQUA / WATER, HOMOSALATE, ETHYLHEXYL SALICYLATE, SILICA, ETHYLHEXYL TRIAZONE, STYRENE/ACRYLATES COPOLYMER, BIS-ETHYLHEXYLOXYPHENOL METHOXYPHENYL TRIAZINE, DROMETRIZOLE TRISILOXANE, BUTYL METHOXYDIBENZOYLMETHANE, ALUMINUM STARCH OCTENYLSUCCINATE, OCTOCRYLENE, C12-15 ALKYL BENZOATE, GLYCERIN, PENTYLENE GLYCOL, POTASSIUM CETYL PHOSPHATE, DIMETHICONE, PERLITE, PROPYLENE GLYCOL, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, ALUMINUM HYDROXIDE, CAPRYLYL GLYCOL, DISODIUM EDTA, INULIN LAURYL CARBAMATE, ISOPROPYL LAUROYL SARCOSINATE, PEG-8 LAURATE, PHENOXYETHANOL, STEARIC ACID, STEARYL ALCOHOL, TEREPHTHALYLIDENE DICAMPHOR SULFONIC ACID, TITANIUM DIOXIDE [NANO] / TITANIUM DIOXIDE, TOCOPHEROL, TRIETHANOLAMINE, XANTHAN GUM, ZINC GLUCONATE

Grupa docelowa: odwodnione, trądzikowe, wysuszone, rogowaciejące typy skóry.

LA ROCHE POSAY, ANTHELIOS XL SPF 50 MGIEŁKA DO TWARZY PRZECIW BŁYSZCZENIU SIĘ SKÓRY

Nie ukrywam, jest to produkt, po który sięgnęłam z czystej, ludzkiej wygody. Jestem aktywna zawodowo i nie zawsze mogę pozwolić sobie na kiepskie dni bez makijażu: aplikując preparaty ochronne unikam nakładania czegokolwiek na skórę w obawie przed zaniżeniem ochrony (zarówno chemicznie, jak i mechanicznie - ścierając kosmetyk palcami, włosiem pędzli) oraz po prostu kiepskim wyglądem makijażu.

Mgiełka Anthelios równomiernie rozpyla preparat ochronny, i choć nie jest to ochrona rzędu preparatów kremowych, skutecznie przeciwdziała poekspozycyjnym skutkom niepożądanym działania promieniowania słonecznego oraz nie zaburza, a nawet sprzyja zaaplikowanym produktom do makijażu, szczególnie kosmetykom w pełni mineralnym. Dużą trudnością jest brak wyczucia w zaaplikowaniu właściwej ilości preparatu ochronnego, dlatego nie opierałabym się jedynie na działaniu mgiełki w skrajnie słonecznych warunkach, ale jest to niezastąpiony i niezwykle wygodny kosmetyk do utrwalania oraz zabezpieczania przygotowanego makijażu bez jego naruszania (przedłuża trwałość kosmetyków kolorowych oraz nadaje skórze bardzo ładnego, gładkiego, korzystnie świetlistego, aczkolwiek nie tłustego wykończenia). To również doskonały produkt w podróży, by ponownie, bezpiecznie i higienicznie zaaplikować filtry, bardzo często, w niesprzyjających warunkach - gdy nie ma możliwości dokładnej dezynfekcji, umycia rąk pod bieżącą wodą, czy starcia poprzedniej warstwy preparatu ochronnego. Plusem jest również bardzo lekka formuła oraz jej łatwość zmycia łagodniejszymi środkami myjącymi.


Mgiełka nie wchodzi dziwnie w pory, nie podrażnia i nie szczypie w newralgicznych rejonach oczu, bruzd nosowo-wargowych oraz ust, ale pozostawia specyficzny nalot na skórze i włosach, podkreśla znacznie włoski na twarzy. Można jednak temu zaradzić przykładając delikatnie rękę do skóry i wklepując opuszkami nadmiar preparatu lub zdjąć go łagodnie chusteczką higieniczną. Minusem jest również specyficzny, kremowy zapach mgiełki, który przedostaje się intensywnie przez błony śluzowe i utrwala na włosach. Biorąc pod uwagę specyfikację kosmetyku, wygodę jego stosowania, niewielkie niedogodności oraz dobrą ochronę przed słońcem, daję mu czwórkę z plusem.

Grupa docelowa: skóra trądzikowa, wrażliwa, sucha, szybko zanieczyszczająca się, tłusta.

INCI: BUTANE, AQUA / WATER, HOMOSALATE, OCTOCRYLENE, GLYCERIN, DIMETHICONE, ETHYLHEXYL SALICYLATE, DICAPRYLYL CARBONATE, NYLON-12 DIISOPROPYL SEBACATE, BUTYL METHOXYDIBENZOYLMETHANE, STYRENE/ACRYLATES COPOLYMER, p-ANISIC ACID, CAPRYLYL GLYCOL, CARNOSINE, CYCLOHEXASILOXANE, DISODIUM EDTA, DROMETRIZOLE TRISILOXANE, ETHYLHEXYL TRIAZONE, METHYL METHACRYLATE CROSSPOLYMER, PEG-32, PEG-8 LAURATE, PHENOXYETHANOL, POLY C10-30 ALKYL ACRYLATE, POLYGLYCERYL-6 POLYRICINOLEATE, SODIUM CHLORIDE, SODIUM HYALURONATE, TOCOPHEROL, PARFUM / FRAGRANCE

SVR SUN SECURE EXTREME GEL SPF 50+ SUPER TRWAŁY ŻEL OCHRONNY

SVR szturmem zdobywa apteczny dział dermokosmetyków. Coraz ciekawsze formuły, wykończenia i właściwości. Z czystej ciekawości sięgam po nowości aptecznej marki.

Extreme Gel to nowość tego lata, równie ciekawa jak puszysta, barwiąca pianka wypuszczona w  roku ubiegłym (pełna recenzja>). Silikonowo-żelowa, zagęszczona konsystencja, sprawnie wydobywająca się z poręcznej, 30 ml tubki, pod wpływem ciepła topnieje, do złudzenia przypomina transparentną, wygładzającą bazę. Znamiennie dla kompleksów silikonowych, czuć typowy, specyficzny, suchy, choć oleisty poślizg, niknący zupełnie tuż po rozprowadzeniu produktu.


Imponująco łatwo rozprowadza się, na drodze aplikacji nie pojawiają się choćby najmniejsze niedogodności z zaaplikowaniem właściwej ilości preparatu na skórę. Preparat całkowicie nie zastyga, a gwarantuje niezwykle przyjemne, komfortowe wykończenie, notabene świetnie sprawdzające się w roli bazy pod makijaż. Preparat nie wyświeca się, nie lepi ani intensywnie nie natłuszcza naskórka, choć jest przez cały czas wyczuwalny. Nie podkreśla suchych skórek i zrogowaceń, a zaryzykuję stwierdzeniem: po aplikacji żelu wszelkie suchości są mniej widoczne. Łagodnie nawilża naskórek oraz optycznie go wygładza. Absolutnie nie bieli, nie koloryzuje, nie osiada we włoskach i nie pozostawia żadnej poświaty, na skórze jest niewidoczny i spośród wszystkich dzisiaj wymienionych, na mojej trądzikowej cerze prezentuje się wizualnie najlepiej.

Nie podrażnia i nie wysusza skóry. Nie drażni okolic oczu.

Nie chcę zostać posądzona o malkontenctwo, ale już od samego początku spodziewałam się, że nie do końca przypadnie mi do gustu formuła, która mimo niesamowitych walorów użytkowych, nie należy do lekkich. Produkt fantastycznie wchłania się, nie podkreśla suchości, jest komfortowy w noszeniu, ale na mojej skórze jest wysoce komedogenny i zawsze po zastosowaniu produktu już tego samego dnia widzę w łazienkowym lustrze nowe, podskórne, potwornie bolące niedoskonałości. Żel czuć na twarzy oraz bardzo ciężko jest go zmyć z powierzchni naskórka. Minusem jest również intensywny, kremowy, mdlący zapach, który nieubłaganie ciągnie się aż do zmycia preparatu ze skóry i uniemożliwia jego regularne użytkowanie. Duży minus za niską ochronę (poparzenie na nosie po niespełna godzinnej ekspozycji słonecznej wraz z ochroną fizyczną), migrację do oczu, rejonu ust i relatywnie wysoką cenę jak na tak małą ilość preparatu. Ode mnie dostaje czwórkę z minusem.

Grupa docelowa: każdy typ cery z zapotrzebowaniem na okluzję i bez skłonności do szybkiego zanieczyszczania się naskórka.

INCI : ISODODECANE, DIETHYLAMINO HYDROXYBENZOYL HEXYL BENZOATE, HOMOSALATE, DIMETHICONE/BIS-ISOBUTYL PPG-20 CROSSPOLYMER, ETHYLHEXYL METHOXYCINNAMATE, ETHYLHEXYL SALICYLATE, DICAPRYLYL CARBONATE, ETHYLHEXYL TRIAZONE, BIS-ETHYLHEXYLOXYPHENOL METHOXYPHENYL TRIAZINE, BETA-CAROTENE, CAPRYLHYDROXAMIC ACID, DAUCUS CAROTA SATIVA (CARROT) ROOT EXTRACT, GLYCINE SOJA (SOYBEAN) OIL, HYDROGENATED PHOSPHATIDYLCHOLINE, LECITHIN, LEPIDIUM SATIVUM SPROUT EXTRACT, PHENETHYL ALCOHOL, TOCOPHEROL, TOCOPHERYL ACETATE, AQUA (PURIFIED WATER), CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, CAPRYLYL GLYCOL, DISODIUM EDTA, LYSOLECITHIN, SILICA DIMETHYL SILYLATE, PARFUM (FRAGRANCE)

SVR AK SECURE DM PROTECT SPF50+ (IPD 44, SPF 72)

Nie potrafię ukryć mojego pejoratywnego stosunku do wyrobów medycznych, nie cierpię krętactwa i pozoranctwa, dlatego też Avene ze swoim Sunsimedem dość mocno dało mi do wiwatu w uprzednim roku, zaś ulotki wyrobów Mediq Skin jedynie dolały oliwy do ognia, wyszarpując resztki mojej gdzieś tam głęboko skrytej beztroski konsumpcyjnej. Moją jątrzącą się ranę, jak opatrunek ze srebrem, opatrzono nowym wyrobem SVR, z pełną listą składników i ciekawymi właściwościami użytkowymi.

Plusem wyrobów medycznych, a szczególnie kremów ochronnych, jest na pewno dokładny opis użytkowania, w tym niezbędna ilość preparatu do uzyskania odpowiedniej ochrony przeciwsłonecznej. Tak jak w przypadku preparatu Mediq Skin informacje te okazały się pozbawione głębszego sensu, spełniając jedynie sztywne wymogi, tak akurat w przypadku SVR AK SECURE są to niezwykle pomocne i praktyczne dane, pozwalające prawidłowo użytkować nabyty preparat ochronny. Plus za dokładną deklarację ochrony o poszerzonym spektrum działania UVA oraz stojące za preparatem dokładne testy kliniczne.

Konsystencja śmietankowa, topniejąca pod palcami, przyjemna, ale nie jest to lekki, niewyczuwalny preparat o suchym wykończeniu. Zostawia mokrą warstewkę, co nie zawsze mi przeszkadza, ale nie wyobrażam sobie wykonać na AK SECURE makijażu, nawet mineralnego. Bez trudu rozprowadza się, choć miałabym trudności z nałożeniem ilości ponad deklarację producenta. Krem ochronny początkowo dość mocno rozbiela skórę i podkreśla suche skorki, ale po wklepaniu prezentuje się naturalnie, zrogowacenia i suche partie po wchłonięciu się wyrobu nie są nadmiernie podkreślone. Daje ładny, świetlisty glow. SVR do złudzenia przypomina mi Antheliosa w wersji ultra lekkiej - bardzo podobnie się go nosi, jest podobnie wyczuwalny oraz tak samo paskudnie osiada we brwiach i włoskach, skazując na klęskę ten rejon twarzy. Prawdopodobnie te osoby, które polubiły ultra lekki od La Roche Posay, polubią i wyrób SVR.


Formuła przyjemnie nawilżąjaco-natłuszczajaca. Czuć na twarzy oleistą powłokę, zdecydowanie za bogatą dla mojej skóry w okresie dobrego nawodnienia (co objawia się nadpotliwością i błyskawicznym zanieczyszczaniem się naskórka), ale idealną w czasie przejściowych przesuszeń. Kosmetyk nie generował problemów skórnych, jeśli był stosowany z rzeczywistym zapotrzebowaniem na okluzję, zupełnie odmiennie od Extreme Gel tej samej marki, którego testy zostały okupione ciężkim, bolesnym wysypem zmian trądzikowych. Wyczuwam bardzo delikatny, swoisty zapach, ale nie przeszkadza on w codziennym użytkowaniu wyrobu. Mimo że nie jest to moja ulubiona formuła kosmetyczna, ocenę preparatu podniosę zasłużenie za niesamowitą delikatność preparatu, wyciszające właściwości pielęgnacyjne oraz przede wszystkim za wysoką i stabilną ochronę przed słońcem. Daję dobrą czwórkę.

Grupa docelowa: dojrzałe, odwodnione, zrogowaciałe i suche typy cery wymagające natłuszczenia i ukojenia. Świetny preparat ochronny dla nadwrażliwej skóry.

INCI: AQUA (PURIFIED WATER), DICAPRYLYL CARBONATE, ETHYLHEXYL METHOXYCINNAMATE, METHYLENE BIS-BENZOTRIAZOLYL TETRAMETHYLBUTYLPHENOL [NANO], SILICA, DIMETHICONE, DIISOPROPYL ADIPATE, BUTYL METHOXYDIBENZOYLMETHANE, DIETHYLAMINO HYDROXYBENZOYL HEXYL BENZOATE, CETEARYL ALCOHOL, BIS-ETHYLHEXYLOXYPHENOL METHOXYPHENYL TRIAZINE, ETHYLHEXYL TRIAZONE, CETEARETH-20, NIACINAMIDE, PENTYLENE GLYCOL, POLYESTER-7, CETEARYL DIMETHICONE CROSSPOLYMER, ARABIDOPSIS THALIANA EXTRACT, BETA-CAROTENE, CAPRYLHYDROXAMIC ACID, DAUCUS CAROTA SATIVA (CARROT) ROOT EXTRACT, DECYL GLUCOSIDE, GLYCINE SOJA (SOYBEAN) OIL, HYDROGENATED PHOSPHATIDYLCHOLINE, LECITHIN, LEPIDIUM SATIVUM SPROUT EXTRACT, MICROCOCCUS LYSATE, PHENETHYL ALCOHOL, GLYCERIN, TOCOPHEROL, TOCOPHERYL ACETATE, 1,2-HEXANEDIOL, CAPRYLYL GLYCOL, CITRIC ACID, DISODIUM EDTA, HYDROXYETHYL ACRYLATE/SODIUM ACRYLOYLDIMETHYL TAURATE COPOLYMER, LYSOLECITHIN, NEOPENTYL GLYCOL DIHEPTANOATE, POLYSORBATE 60, SORBITAN ISOSTEARATE, XANTHAN GUM, PHENOXYETHANOL

AVENE CREME COMFORT KOMPLEKS ANTYOKSYDACYJNY SPF 50+ DO WRAŻLIWEJ SUCHEJ SKÓRY

Po krem sięgnęłam z myślą o dojrzałych, odwodnionych oraz typowo suchych typach cery, nie liczyłam, że krem trafi w moje indywidualne potrzeby, i tak też się stało. Avene posiada specjalny, unikalny kompleks antyoksydacyjny, wysoki stopień ochrony oraz według producenta, przyjemną konsystencję nie utrudniającą użytkowania preparatu promieniochronnego.

Bogata, kremowa, przyjemnie otulająca struktura o dobrych walorach nawilżająco-natłuszczających. Nie ma problemu w zaaplikowaniu właściwej ilości preparatu, ale są już pewne spore niedogodności w samych walorach wykończeniowych. Filtr widocznie skórę rozbiela, efekt bieli słabnie (choć nie niknie całkowicie) samoistnie po upływie kilku minut, intensywnie widoczny w oświetleniu sztucznym. Preparat wymaga dużej sprawności w aplikacji i na pewno nie jest to kosmetyk stworzony do wykonywania jakichkolwiek poprawek oraz makijażu. Wchodzi niekorzystnie w pory, dając efekt nieświeżej skóry, nawet na naskórku potrzebującym dużej porcji okluzji. Wykończenie typowo mokre, choć nieklejące i nie nadmiernie tłuste. Ku mojemu zaskoczeniu - komfortowy przy dłuższym noszeniu oraz relatywnie łatwy do zmycia (nie przylega mocno do skóry oraz nie zastyga - co utrudnia zmycie preparatu).

Przez kremową i bielącą konsystencję, krem zbiera suche skórki oraz mocno je podkreśla, wymaga łagodnego wklepania, inaczej powstałe białe smugi i pręgi zrolowanych suchych skórek są nie do przejęcia. Nie powinnam aż tak czepiać się, mając z tyłu głowy propozycje kremów ochronnych sprzed kilku lat, ale biorąc pod uwagę chociażby dzisiejsze produkty z zestawienia, "komfortowy" krem od Avene wychodzi przy nich i metaforycznie, i rzeczywiście: blado.


Mimo braku zaognienia skóry, niezwykle niepokoi mnie niesłabnące, intensywne pieczenie skóry podczas aplikacji preparatu. Początkowo zrzucałam  niemiłe doznania na wysokie stężenie związków aktywnych o działaniu antyoksydacyjnym, pokładałam nadzieje w ich przejściowy charakter, ale zarzuciłam tę myśl, gdy negatywne objawy zaczęły nasilać się podczas ekspozycji słonecznej i na pewno nie uległy osłabieniu podczas dłuższego użytkowania kremu. Puszczam zatem w wątpliwość domniemaną delikatność produktu i docelową, wrażliwą grupę kliniczną. Nie mogę odmówić wysokiej ochrony kremu ochronnego, ale nieprzyjemne skutki uboczne stosowania oraz kiepska formuła zmusiły mnie do wystawienia słabej trójki z minusem.

INCI: AVENE THERMAL SPRING WATER (AVENE AQUA), C12-15 ALLKYL BENZOATE COCO-CAPRYLATE/CAPRATE METHYLENE BIS-BENZOTRIAZOLYL TETRAMETHYLBUTYLPHENOL (NANO), WATER (AQUA), CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLICERYDE, BIS-ETHYLHEXYLOXPHENOL, MRTHOPHENYL TRIAZINE, DIETHYLHEXYL BUTAMIDO TRIAZONE, GLYCERIN, SILICA, BUTYL METHOXYDIBENZOYMETHANE, POTASSIUM CETYL PHOSPHATE, DECYL GLUCOSIDE VP/EICOSENE COPOLYMER ACRYLATES/C10-3- ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, BENZOIC ACID, BUTYLENE GLYCOL, CAPRYLYL GLYCOL, CARBOMER, DISODIUM EDTS, FRAGNANCE (PARFUM), GLYCERYL BEHENATE, GLYCERYL DIBEHENATE, HELIANTHUS ANNUS (SUNFLOWER) SEED OIL, OXOTHIAZOLIDINE, PROPYLENE GLYCOL, SODIUM BENZOATE, SODIUM HYDROXINE, TOCOPHEROL, TOCOPHERYL GLUCOSIDE, TRIBEHENIN, XANTHAN GUM. 

ARTYKUŁ NIE JEST SPONSOROWANY. 

Pozdrawiam serdecznie,
Ewa 
Copyright © 2016 MademoiselleEve , Blogger