07:00

Fitomed | Mój krem nr 11 ziołowy do cery tłustej i mieszanej z rozszerzonymi porami (ze świeżego naparu ziołowego)

Nowe kremy Fitomed polecano mi wielokrotnie - na blogu, w wiadomościach prywatnych oraz na forach internetowych. Nie byłam przekonana do ziołowych kremów i ogólnie baz kremowych - nie służą mojej skórze, powodują wypryski, zatykają pory, niemal zawsze jestem na nie. Znaczący ubytek wspaniale sprawdzającej się emulsji Post Acte i planowane zakupy w mojej ulubionej aptece skusiły mnie mimowolnie na zakup polecanego kremu Fitomed numer 11, który jest lżejszy od 12 i bardziej dedykowany moim problemom skórnym. 

Od razu zaznaczę, że nie jestem zachwycona, może i byłam, ale tylko przez pierwsze dwa tygodnie i niestety zauważam aktualnie więcej wad niż zalet tego kosmetyku. Nie wiem, czy mojej skórze się przejadł, czy coś nagle się zmieniło, ale nie podoba mi się, tak po prostu. Doceniam formułę, naturalność składników, to, w jaki sposób zachowuje się na skórze, ale nie mogę znieść zaognienia rumienia i wysypu drobnych krosteczek następnego dnia. Coś mi w nim nie pasuje i zaczął mi zwyczajnie szkodzić, choć wiem, że z pewnością znajdzie rzeszę fanów.

Krem ma bardzo lekką, pół wodnistą formułę, jest podobny do Post Acte, ale jeszcze bardziej lekki, zatraca swą lekkość po rozprowadzaniu go opuszkami palców, zawsze, gdy aplikuję kosmetyki, rozcieram je w dłoniach - wydawać by się mogło, iż tak leciutka formuła będzie bardzo sucha w dotyku, ale wyczuwam w niej sporo oleju (nie jest tłusta, ale posiada silikonowy, oleisty poślizg) - dzięki temu kosmetyk dobrze i przyjemnie się rozprowadza. Ma dobry, lekki poślizg, wystarczy użyć minimalnej, jednorazowej ilości - nie jest absolutnie tępy, mokry, tłusty w dotyku, jego wodnistość ułatwia mu delikatne i równomierne rozprowadzenie na całej twarzy przy zastosowaniu małego ziarenka wielkości groszku. 

Konsystencja jak na kosmetyk naturalny jest naprawdę bardzo lekka i niemal wodnista, to ewenement, wyłącznie naturalne produkty nigdy nie zachęcały mnie swoją formułą i poszukiwałam zawsze rozwiązań alternatywnych - aptecznych, a często w drewnianej skrzyneczce z własnymi półproduktami, pod tym względem zostałam zaskoczona bardzo pozytywnie. Mimo lekkiej oleistości podczas rozprowadzania kosmetyku, potrzebuje dosłownie chwili, by wchłonąć się całkowicie. W moim przypadku nie jest to mat, kosmetyk wsiąka dobrze w skórę, ale nie zostawia jej gołej i suchej jak na przykład serum Worship Antipodes, nawet tak mała zawartość, bo zaledwie 1/5 fazy tłuszczowej daje o sobie znać. Krem nie tłuści i nie lepi się, ale mimo wszystko pozostawia delikatną powłoczkę, która zapewnia dobre i odczuwalne nawilżenie, dzięki temu kosmetyk jest idealny dla przesuszonej skóry, która potrzebuje okluzji. 

No właśnie - wymaga tej ochronnej warstewki, spodziewałam się, że te oleje i emulgatory w dłuższej perspektywie nie będą mi służyć. Po prostu to wiedziałam. Kremu nie używałam z uporem maniaka, zaczęłam z nim dobrze, bo akurat miałam lekko odwodnioną cerę i sprawdził się jak ulał - pory minimalnie zwężone, cera nawilżona, gładka i przyjemna w dotyku. Nie miałam do czego się przyczepić, z pewnością nie zredukował przejściowego łojotoku, ale wynikał on z silnego pobudzenia nerwowego, dlatego oddziaływanie zewnętrzne i tak nie przyniosłoby skutku. Kosmetyk stosowałam wówczas o różnych porach dnia i zaledwie po 3 dniach stosowania stwierdziłam, że to zdecydowanie produkt do pielęgnacji wieczorowej - stosowany o poranku wzmagał w moim przypadku tłustość skóry, nakręcał łojotok, a cera zwyczajnie mi się pod nim pociła, wynika to głównie z mojej wzmożonej aktywności łojowej po przebudzeniu i bardzo małego zapotrzebowania na emolienty, w tym celu sprawdza się u mnie najlepiej nawilżanie przez inne kroki pielęgnacji, głównie poprzez oczyszczanie delikatnymi produktami. 

Ku mojemu zaskoczeniu, krem bardzo dobrze sprawdzał się w pielęgnacji wieczorowej, przy dwuetapowym oczyszczaniu mimo wszystko cera jest potraktowana w inwazyjny i bardziej dotkliwy sposób niż o poranku. Zaaplikowanie kremu zapewniało mi bardzo dobre nawilżenie, brak obciążenia, budziłam się codziennie z gładką, przyjemnie matową cerą. Niestety nagle coś zaczęło się psuć.

Składniki: Aqua, Hamamelis Virginiana Bark Extract, Equisetum Arvense Extract, Cetearyl Alcohol, Potentilla Erecta Extract, Calendula officinalis flower Extract, Vitis Vinifera Seed Oil, Nigella Sativa Seed Oil, Arachidyl Alcohol, Behenyl Alcohol, Cetearyl Glucoside, Cera Alba, Arachidyl Glucoside, Cocoa Butter, Hydroxyethyl Acrylate, Phenoxyetanol, Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Ethylhexylglycerin.

Wstrzymuję się jak mogę przed publikowaniem mojej obecnej pielęgnacji, moja cera jest za bardzo kapryśna, aby cokolwiek zakładać i publikować takie wpisy. Niestety, ale wątpię, bym dzieliła się swoją obecną pielęgnacją, która zmienia się z dnia na dzień, a mi jeszcze trudniej jest zrozumieć własną cerę. Tak też stało się z kremem Fitomed, zwyczajnie przestał mi służyć, moja skóra w przeciągu kilku dni stała się odwodniona, problematyczna, zaogniona, a stosowanie Fitomedu tylko zaostrzało objawy. Niemal po trzech miesiącach testowania produktu coś zaczęło się psuć, w zasadzie po dwóch tygodniach, ale na ten moment jestem w stanie ewidentnie i jasno stwierdzić, że niestety, nie jest to produkt przeznaczony dla mojego typu skóry. 

Po dwóch, owocnych tygodniach moja cera zaczęła przejadać się kremem, to dla mnie ogromne zaskoczenie, gdyż kremu nie stosowałam codziennie, nawilżenie było odczuwalne, ale wciąż moje zapotrzebowanie na emolienty rosło - moja skóra w kontakcie z suchym powietrzem i wysokimi temperaturami wchodzi w jakiś niewyjaśniony stan, staje się potwornie przesuszona, wrażliwa, bardziej podatna na powstawanie stanu zapalnego, muszę ze smutkiem przyznać, ze znacznie łatwiej jest obchodzić się z typową cerą łojotokową w okresie wiosennym niż z tak skomplikowanym kombo latem. Nie wiedząc czemu krem przestał współgrać z moją cerą - walory użytkowe pozostały niezmienne, ale tuż po aplikacji kosmetyku odczuwałam pieczenie, a po kilku sekundach obserwowałam rumień, który niestety nie był tylko przejściowy, towarzyszył mi nawet następnego dnia, a ja musiałam dołożyć wszelkich starań, aby uspokoić skórę. 

Ostatnie dwa tygodnie szczególnie dały mi w kość i musiałam zaprzestać stosowania kremu, w sumie dobrze się złożyło, gdyż producent przewiduje jego ważność na równe trzy miesiące, a ja nieubłaganie zbliżałam się do tego okresu. Ja wiem, że stosuję kremy z filtrem, które same w sobie są tłuste, być może jestem jakimś jednostkowym przypadkiem, ale moja skóra ma się znacznie lepiej po nawilżaniu Antheliosem niż Fitomedem. Przeszły i obecny tydzień minął mi pod znakiem braku stosowania filtrów (użyłam ich jedynie w weekend, który spędzałam poza domem) i nawilżenie mojego naskórka spadło na krytyczny poziom, krem Fitomed nie poradził sobie z owym stanem, co więcej - zaostrzył go. Na skutek odwodnienia pojawił się towarzyszący mi nadal rumień, wysyp ropnych, drobnych krostek, odchodząca łuska, a wrażliwość daje mi tak w kość, iż nawet aplikacja toniku z kwasem laktobionowym od mojej czytelniczki spowodowała wysyp niedoskonałości. Kremu nie stosuję od kilku dni i kondycja mojej cery zdecydowanie poprawia się - być może to jakiś zbieg okoliczności, ale po wstępnym, dwutygodniowym okresie ciągle mi coś w tym kremie nie pasowało, mimo że się wchłaniał, pozostawiał takie uczucie, które nie dało mi spokojnie zmrużyć oczu. Zawsze po przebudzeniu walczyłam z ropnymi, drobnymi zmianami, zdarzało się, że budziłam się z potwornie swędzącą skórą, albo rumieniem, który łagodziłam w środku nocy wodą termalną. W tym trudnym dla mnie okresie dopadło mnie także grzybicze zapalenie skóry, które nawraca i nawracać będzie, ale skojarzyłam fakty i niestety krem moje problemy zaostrzał, zamiast wspomóc walkę z tak trudną cerą. Kremu używałam także na dekolt dotknięty rogowaceniem i następnego dnia krostki zawsze były zaognione i swędzące, wykluczyłam alergię, widocznie jakiś składnik wywołuje i sprzyja pojawianiu się stanu zapalnego.

Nawilżenie, jak nawilżenie, to bardzo lekki krem, ale jednak zawiera fazę tłuszczową i zapewnia dobry poziom nawodnienia naskórka, dla mnie tych emolientów i tak jest za dużo, dlatego nie pozostaje mi nic innego jak inwestycja w serum Antipodes i oczekiwanie kolejnego cudu. Dla skóry przesuszonej, odwodnionej, z zapotrzebowaniem na emolienty tłuste - jak najbardziej, uważałabym przy bardzo złym reagowaniu na naturalne oleje, krem jest lekki, ale nie oznacza to, że nie zaszkodzi...


Mówię to ze smutkiem, bo Fitomed zapowiadał się naprawdę świetnie. Ale moja skóra nie potrzebuje kremu, pozostawianie emolientów na powierzchni skóry kończy się u mnie wysypem - nie ważne czy jest to parafina, czy też olej z czarnuszki. Moja skóra tego nie znosi, i koniec. Jeśli nawilżanie, to tylko przez inne kroki pielęgnacji, dlatego stawiam na łagodne oczyszczanie i maski kremowe, forma nawilżania kremem się u mnie zwyczajnie nie sprawdza i tak naprawdę jest to jedyne sensowne wyjaśnienie nieprzewidzianej reakcji mojej skóry. 

Krem jest intensywny w działaniu, bowiem na 80% kremu składają się świeże napary i odwary ziołowe (dzięki obecności ziół zawdziecza swój lekko beżowo-brązowy kolor) - z oczaru, skrzypu i pięciornika, mające silne działanie zwężające pory, rumień prawdopodobnie był wynikiem obecności właśnie przywołanych ekstraktów, nawet po oczarze ostatnimi czasy wyskakuje mi rumień i muszę go rozcieńczać z wodą, aby zapobiec pojawieniu się zaczerwienień. Mimo że krem nie zawiera gliceryny, ma sporo olejów i emolientów tłustych, dlatego zawsze będę mieć jakieś ale do kremów - jak nie do gliceryny, to do emolientów tłustych. Jak dotąd nic nie zdetronizowało emulsji Post Acte, która nadaje się do pielęgnacji skóry wrażliwej i niemal wcale nie zawiera tłustych emolientów, których obecność na mojej skórze prędzej czy później spowoduje pogorszenie kondycji cery. Szkoda, bo krem jest tani, bardzo wydajny i ma przyjemny, krótki skład. 

Dla kogo jest więc Fitomed? Dla tych, którzy potrzebują i tolerują warstwę kremu, Fitomed nie jest zły - ma lekką, niemal wodnistą formułę, ale ma coś ciężkiego w sobie, w końcu nie bez przyczyny zwie się kremem - emolienty delikatnie zmiękczają i nawilżają naskórek, nie jest to mocne nawodnienie. Nie ślizga się i nie tłuści, gdybym miała wskazać lepszy i lżejszy krem za taką cenę, sprawiłoby mi to nie lada problem, w porównaniu do Sylveco i innych organicznych, naturalnych kremów, Fitomed jest prawdziwą perełką. Dla skóry odwodnionej, przesuszonej, tłustej i mieszanej, myślę, że za taką cenę warto spróbować, wykończenie kosmetyku w trzy miesiące jest niemożliwe, ale chociaż cena nie bije po kieszeni. 

Zdecydowanie odradzam skórze, która nie toleruje absolutnie żadnej warstwy okluzyjnej oraz cerze wrażliwej, krem ma intensywne, pobudzające działanie, zdarzyło mi się aplikować go w ramach eksperymentu po peelinach azelainowych i rumień utrzymywał się nawet do trzech dni. Krem ma także specyficzny, ziołowy, lekko ostry zapach, świadczy to o naturalności produktu, ale także mocnym działaniu, które nie wpisze się w schemat pielęgnacji delikatnej cery. Nie zauważyłam, by kosmetyk ściągał, ale też i rozpulchniał moje pory, choć efekt ściągnięcia jest możliwy u osób, które przerzucą się na lżejszą konsystencję kosmetyku, a zastosowane napary wykazują bardzo dobre działanie obkurczające pory. Fitomed nie zdobył mojego serca, choć nie uważam, że to zły kosmetyk, ale zakończyłam już eksperymenty z kremami, które nie wpisują się w moje potrzeby.

Koszt 25 zł/50ml

Artykuł nie jest sponsorowany. 

Pozdrawiam,
Ewa