06:00

Nawilżenie wisi w powietrzu | Lush Botanicals krem ultranawilżający In the air


Kosmetyki z lodówki to ostatni trend, który aktywuje sporo polskich, naturalnych marek. Kosmetyki mają według producentów zapewniać jak najlepsze efekty działania, dzięki zachowanej świeżości i szerokiemu spojrzeniu na naturalną, ekologiczną pielęgnację. 

Krem ultranawilżający In the air marki Lush Botanicals budził we mnie początkowo dość mieszane odczucia. Kosmetyki naturalne są bardzo specyficzne i wymagają sporej wiedzy w zakresie pielęgnacji - ze szczególnym naciskiem na prawidłowy sposób aplikacji. Pierwsze dni testów były tak naprawdę zaznajomieniem się z konsystencją i opracowaniem jak najlepszego sposobu użytkowania produktu na własnej skórze. Muszę jednak przyznać, że In the air, mimo mnogości składników aktywnych, w tym sporej i wyczuwalnej ilości naturalnych olejów, sprawdził się na mojej wymagającej, kapryśnej skórze. Nie zawsze aplikowany w formie skoncentrowanej, ale doskonale zgrał się z moją pielęgnacją, która jest dosyć lekka i wprowadzenie większej ilości emolientów było niezbędne, choć nie do końca wiedziałam jak dany temat mam ugryźć. Krem marki Lush Botanicals, bardzo dobrze współpracuje ze skórą, jest pozbawiony odpychającego uczucia smarowania się olejem (co jest nie lada wyczynem przy naturalnych kosmetykach, szczególnie tych, które mają dość bogatą konsystencję) i świetnie łączy się z innymi, lżejszymi produktami, z tego powodu krem Lush Botanicals jest przeze mnie stosowany znacznie częściej niż się spodziewałam, szczególnie pięknie zgrywa się z azjatyckimi esencjami o lekko żelowym podłożu oraz bardzo lekkimi kremami - na przykład Whamisa Water Cream, które stosowane samodzielnie nierzadko powodują ściągnięcie i dyskomfort. 

LUSH BOTANICALS - WPROWADZENIE

Kosmetyki Lush Botanicals, produkty "prosto z lodówki". Są na swój sposób wyjątkowe i wymagające - stąd, jak na polski rynek, wysokie ceny produktów. Trafiają one do konkretnych, świadomych odbiorców, którzy cenią wysoką jakość i nie biorą pod uwagę tylko listy składników, ale patrzą nieco szerzej i zwracają dużą uwagę na pochodzenie konkretnych surowców i ich odmianę, sposób wydobycia i przetworzenia oraz tak ważne szczegóły jak sposób tworzenia danego produktu (co ma ogromny wpływ na aktywność związków naturalnych), sposób jego konserwacji oraz finalnie - rodzaj opakowania w jakim jest umieszczony. I nie chodzi tu tylko o wygląd, choć wysokich walorów  estetycznych marce Lush Botanicals nie można odmówić, ale przede wszystkim o system dozujący i materiał, z  którego wykonane jest opakowanie, bowiem to ono zapewnia świeżość, wysoką aktywność, jakość i długie działanie danego kosmetyku. Duże znaczenie ma także dystrybucja - kosmetyki wysyła zawsze bezpośrednio produkcent, który gwarantuje zawsze świeży produkt oraz pokłada ogromne starania w jak najszybszym i najlepszym dostarczeniu zamówienia do Twojego domu. Nierzadko zdarza się, że mimo starań producenta, winią pośrednicy i sprzedawcy, dlatego też, marka Lush Botanicals działa na zasadzie dropshippingu - towar nie wędruje pomiędzy pośrednikami, a bezpośrednio od marki. 

Przy produktach naturalnych, aktywnych biologicznie, zastosowany materiał bezwzględnie powinien być przede wszystkim obojętny chemicznie, a najlepiej, dodatkowo, chronić fizycznie przed promieniowaniem każdego typu - wszystkie te niezbędne, wręcz podstawowe funkcje pełni biofotoniczne szkło Violet Miron Glass, w które zapakowane są kosmetyki Lush Botanicals. Mimo że szkło wykorzystywane w Lush Botanicals nie jest najbardziej ekologicznym rozwiązaniem, marka przykłada ogromną uwagę do recyklingu i opakowania podlegają zwrotowi - co zapewnia otrzymanie zachęcającego rabatu na dokonanie kolejnych zakupów u producenta i jest jak najbardziej rozsądnym, uczciwym podejściem do klienta, z poszanowaniem dla otaczającej nas przyrody. 

Rozwiązania Lush Botanicals nie są nowością na polskim rynku, aczkolwiek nie zamierzam nikogo do siebie porównywać. Uważam, że marki, które stawiają ogromną uwagę na jakość na każdym etapie produkcji, zasługują na znacznie większe zainteresowanie, szczególnie osób, które zwracają uwagę na szczegóły lub chcą stosować produkty, które są całkowicie zgodne z naturą i spełniają wszystkie, nawet najbardziej wymagające, restrykcyjne normy. 

Lush Botanicals to marka luksusowa. Nie jest ona adresowana do wszystkich. Są to produkty dla osób z konkretnymi wymaganiami, świadomych i zwracających dużą uwagę na pielęgnację. Kosmetyki, w których zastosowane zostały najlepsze i najlepiej wyselekcjonowane składniki, a następnie ręcznie i w bardzo czasochłonny sposób przetworzone i jak najszybciej dostarczone, muszą kosztować więcej od tradycyjnych produktów dostępnych w drogerii, które są porządnie zakonserwowane, zawierają niewielką ilość wartościowych składników oraz nikt nie przykłada uwagi na sposób ich przechowywania, nie tylko w drogerii, ale również i w domu. Składy produktów Lush Botanicals są imponujące - dla innych będzie to zaletą, dla innych wadą. Nie można jednak zaprzeczyć, iż rozsądnie i świadomie wybrane składniki, o aktywnym, mocnym i podobnym do siebie działaniu, w zwiększonej ilości, będą wzmagać swoje działanie i zapewniać jak najlepsze efekty podczas ich stosowania. 

To, co cechuje markę, to rezygnacja z konserwacji produktów. Nie zawierają one żadnych składników przedłużających trwałość produktu, a ich świeżość zapewnia niska temperatura oraz zastosowane szkło i wyjątkowy etap produkcji. Muszę przyznać, że to właśnie ten ostatni punkt rodził we mnie dość mieszane odczucia i nie przekonywał mnie do samego końca, póki nie dałam czasu Lush Botanicals. Kosmetyki przez cały etap stosowania nie straciły swoich walorów użytkowych, a tuż po upływie daty ważności, zgodnie z zapewnieniami producenta - nadal pozostawały zdatne do użytku. Po określonej, ręcznie wypisanej "dacie do", zakonserwowałam swoje kosmetyki fenoksyethanolem, choć nie uważam, by był to wymóg konieczny - nie odnotowałam żadnej różnicy w działaniu, efektywności, konsystencji, zapachu, co potwierdza również producent - produkty zachowują swoje początkowe walory użytkowe nawet do 5-6 miesięcy, czyli znacznie dłużej, niż deklarują daty na spodzie opakowania, co potwierdzają testy mikrobiologiczne.  Wiem jednak, że na trwałość tego typu produktów ogromny wpływ ma sposób ich przechowywania, pora roku, częstotliwość użytkowania, więc nie namawiam do stosowania produktów Lush Botanicals po upływie daty ważności - każdy robi to na własną odpowiedzialność i obserwuje konsystencję, zapach, walory użytkowe.  


KONSYSTENCJA

Jest dokładnie taka, jaką lubię. Dobrej jakości produkty naturalne, bardzo rzadko mają śliską, szybko rozprowadzającą się, super lekką konsystencję. Zawsze, w takim momencie, włącza mi się czerwona, alarmująca lampka, aby czasem nie powtórzyła się historia z kremami Sylvevo, których moja skóra nie cierpi. 

In the air, ma dość zbitą, ale przy tym lekką, bogatą strukturę, przez co jest bardzo wydajny i z niewielkiej ilości produktu, powstaje nagle przytłaczająca ilość konsystencji do wklepania. W moim przypadku, nawet jedna pompka jest zbyt dużą ilością do zaaplikowania na twarz, szyję i górne części dekoltu. Podczas rozprowadzania, krem tworzy białe smugi i jest niezwykle skoncentrowany, ale przy tym jest pozbawiony uczucia lepkości, klejenia i przepływającego oleju. Nie znoszę kosmetyków, które tworzą niekomfortową, nieporęczną maskę, z każdą minutą waloryzując uczucie obciążenia i klejenia. Kosmetyki typu Lush Botanicals, nie znoszą rozcierania, są bogate i trzymane w chłodniczych warunkach, dlatego zawsze należy je ogrzewać przed zastosowaniem oraz aplikować za pomocą oklepywania i wklepywania, unikając rozciągających, wmasowujących ruchów. Kluczem do sukcesu jest nakłądanie małej, odpowiedniej ilości, inaczej każdy kosmetyk bogaty w tłuszcze będzie zapewniał głównie okluzję, której dla pewnych typów skóry może być za dużo. 

Mimo że konsystencja tworzy smugi i na pozór wydaje się niezbyt udana, po ogrzaniu doskonale wtapia się w skórę i daje uczucie wyczuwalnej, ale komfortowej okluzji tylko bezpośrednio po aplikacji. Uczucie to słabnie wraz z czasem, a krem zapewnia łagodną, przyjemnie wyczuwalną ochronę, widocznie wygładzając naskórek. Nie jest to taki typ produktu, po którym cera stopniowo wygląda coraz gorzej, stopniowo się przetłuszczając, rozszerzając pory i nadmiernie się pocąc, jest wręcz odwrotnie - dobrze dozowana ilość emolientów uspokaja moją cerę, ogranicza łojotok, zapobiega wysuszaniu się cery i niweluje rogowacenie, które w okresie wiosennym dało mi szczególnie się we znaki. 

Krem absolutnie się nie klei i nie lepi. Bardzo dobrze wchłania się (a przy tym nie uwidacznia suchych skórek i natychmiast nie wyparowuje z naskórka) i nie wzmaga pocenia się skóry, czego nie znoszę w naturalnych produktach. Nie jest ani zbyt ciężki, ale też aż nadto lekki, dlatego jego aplikacja jest komfortowa, przyjemnie i świetnie sprawdza się w połączeniu z lżejszymi konsystencjami - serum, esencją, lekkim kremem, maseczkami hydrożelowymi (uwaga, genialne połączenie z maseczką ze sfermentowanym ryżem Whamisa, nigdy nie miałam tak odżywionej, gładkiej, jędrnej i odczuwalnie napompowanej wodą skóry). 

Konsystencja jest typowo emolientowa. Nie jest to leciutki krem, powiedziałabym, że bardziej odżywczy, bogaty, otulający, ale w stopniu tolerowanym przez cerę tłustą, ale jednocześnie akceptowalnym przez naskórek permanentnie odwodniony, wymagający powlekania. Przy stosowaniu kremów typowo okluzyjnych, należy zachować szczególną rozwagę w stosowaniu i cały czas obserwować skórę, unikając mechanicznej, nierozsądnej aplikacji. Pisałam już jakiś czas temu dlaczego nie warto uciekać całkowicie od emolientów w pielęgnacji, to dzięki nim skóra uspokaja się, nie wysusza się i nie drażni tak szybko, ale niejednokrotnie zwracałam uwagę na to, czym może skończyć się nadmiar okluzji, szczególnie u osób, które aż tak dużo jej nie potrzebują. In the air, sprawdza się u mnie idealnie w dni, gdy moja cera momentalnie ulega wysuszeniu i wymaga sporej, ale jednak rozsądnej dawki okluzji bez efektu obciążenia, ale najbardziej podoba mi się jego działanie w połączeniu z Water Cream Whamisa, produkty mają podobną konsystencję i podobne walory użytkowe, z tym że Lush Botanicals jest często stosowany samodzielnie za ciężki i powlekający, a Whamisa z kolei za lekka. 

Nie uważam, że ciężkość tego produktu jest zła, wręcz przeciwnie. Potrzeby mojej skóry są tak zmiennie, że bardzo rzadko trzymam się określonej, małej liczby produktów, a często mieszam wzajemnie ze sobą konsystencje. Przez długi czas brakowało mi czegoś lżejszego od Cicalfate Avene, ale bardziej aktywnego i doskonale współpracującego z cerą, bez uczucia lepkości i obciążenia. Cięższe konsystencje często są tylko o jeden poziom niższej od tłustych olejów i kiepsko współpracują ze skórą, za mocno powlekając naskórek. Jeżeli tylko masz podobny problem i wymagasz mocniejszej okluzji, ale nadal w dobrze wyważonej strukturze, In the air Lush Botanicals może sprawdzić się idealnie - nie zawsze stosowany samodzielnie, ale jako dodatek do lżejszych struktur. 




JAK STOSUJĘ LUSH BOTANICALS IN THE AIR?

Wszystko zależy od efektu, jaki chcę osiągnąć. Moja skóra nie jest łatwa w pielęgnacji - jest typowo tłusta, chwiejna, uszkodzona, odwadniająca się i często kaprysi. Nie mam z nią łatwego życia i lubi, często niezbyt przyjemnie, mnie zaskakiwać. Z tego powodu nie mam ulubionej aplikacji Lush Botanicals i kremu używam na wiele różnych sposobów, w zależności od tego, co chcę finalnie osiągnąć. 

Nie unikam samodzielnej aplikacji kremu bezpośrednio, w formie nierozcieńczonej na skórę, ale odbywa się to zazwyczaj po kąpieli, wieczorem, gdy moja cera jest pobudzona, porządnie ukrwiona i łagodnie wilgotna. Mimo że krem, jak na tak dużą ilość składników olejowych, jest dość lekki, a na pewno przyjemny i jedwabisty w swej strukturze, do codziennego stosowania okazał się zbyt okluzyjny. Krem rozprowadzam w dłoniach, porządnie rozcieram i delikatnie oklepuję skórę, dając mu działać. In the air stosuję samodzielnie, gdy moja cera jest ewidentnie powierzchownie odwodniona i wymaga powlekania oraz gdy obserwuję nasilenie rogowacenia. Może się bardzo dobrze sprawdzić na skórze dojrzałej z podobnymi problemami, w takim wieku naskórek wymaga już codziennej dawki ochrony i propozycja Lush Botanicals może okazać się strzałem w dziesiątkę - moja mama jest bardzo zadowolona z jego działania, a muszę zaznaczyć, że nie cierpi niczego, co się lepi, tłuści i klei. Na skórze wymagającej codziennego zabezpieczenia, sprawdzi się jako codzienny krem, nawet dzienny. Na tle innych kremów odżywczych, In the air ma dość lekką, przyjemną i dobrze współpracującą strukturę, z tak bogatymi kremami zawsze jest duży problem, a tutaj można pójść na wiele kompromisów pielęgnacyjnych i stosować go w różny sposób. 

Najczęściej jednak, jak już wspomniałam, In the air mieszam z Water Cream marki Whamisa, a ostatnio z esencją ze sfermentowanym ryżem Benton. Lush Botanicals produktom zbyt lekkim, nadaje niezbędnej okluzji i kremowości, ale nie tłustości, jak czyste oleje. Dzięki temu produkty doskonale wiążą wodę i mimo zapewnionej ochrony, nie tworzą tłustawej warstwy na skórze, odwadniając coraz to dalsze warstwy naskórka, ale też nie wysychają zbyt szybko, przez co suche skórki nie są uwidocznione, a naskórek stopniowo, ale odczuwalnie - nawadnia się. 

Moim ulubionym sposobem jest jednak aplikacja kremu pod maseczki hydrożelowe, szczególnie marki organicznej, koreańskiej Whamisa. Samodzielnie stosowane hydrożele dawały u mnie naprawdę dobre efekty, ale tylko dobre, bez większych zachwytów. Na skórze odwodnionej, ale przy tym nadal podatnej na trądzik nawet płaty hydrożelowe mogą okazać się za lekkie, a kremy często za ciężkie, a połączenie tych dwóch struktur przynosi za każdym razem na mojej cerze zdumiewające efekty. In the air nakładam tradycyjnie na skórę, a następnie aplikuję hydrożel. Efekt jest taki, że przez ponad tydzień, powiedziałabym, że nawet przez 2 tygodnie (a to ogromny sukces na uszkodzonej, odwodniającej się cerze) mam idealnie gładką, pulchną, jędrną, cudownie nawilżoną skórę. Zero suchych skórek, idealna mięsistość, gdyby nie te przebarwienia i drobne blizny, mogłabym powiedzieć, że mam lepszą cerę niż przed pojawieniem się trądziku. 

Krem często dodaję pod glinki, nie wysuszają wtedy tak skóry, cera nie dość, że jest odżywiona i nawilżona, to jeszcze porządnie oczyszczona. 

Produktu nie stosuję samodzielnie pod kosmetyki mineralne (bo jak już wcześniej napisałam, nie toleruję go w codziennej pielęgnacji w formie nierozcieńczonej), ale jeżeli tylko Twoja cera przyjmuje go dobrze w formie skoncentrowanej, prawdopodobnie In the air będzie idealnie zgrywał się z pudrowymi minerałami. Zawiera sporo emolientów, więc będzie zapobiegał wyciąganiu wilgoci z naskórka przez aplikowane pudry. 

Nie mam takiej potrzeby, ale krem można dodatkowo wzbogacać cięższymi konsystencjami - na przykład witaminą E, olejowymi eliksirami, cięższymi kremami, jeżeli okaże się zbyt lekki. Bardzo fajnie współpracuje z produktami o innej konsystencji i jest podatny na wszelkie modyfikacje. 



WŁAŚCIWOŚCI PIELĘGNACYJNE

Wpis jest sponsorowany, i wcale się z tym nie kryję, jednak nikt nie zapłacił mi za moją opinię, a za opracowanie artykułu oraz zdjęć. Muszę jednak z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że mimo ogromnych obaw o stan cery, In the air z moją skórą zgrywa się idealnie. Cena kremu nie jest niska, aczkolwiek uzasadniona, a efekty stosowania mówią same za siebie i wiem, że jest to produkt, który chcę mieć w swojej liście top. Nie uważam, że In the air sprawdzi się u wszystkich, ale jeżeli tylko brakuje u Ciebie tego jednego elementu, który burzy całą pielęgnację (prościej: jest za sucho), In the air może idealnie wkomponować się w pozostałe kroki pielęgnacyjne. 

Krem przede wszystkim dostarcza niezbędnej dawki okluzji. Cera, która jest zabezpieczona, uspokaja się, jest mniej podatna na podrażnienia i ogólnie: uszkodzenia. Ci, którzy mają swojej ochrony aż w nadmiarze, nie będą zadowoleni z działania kosmetyku, ale to nie do nich jest ten produkt kierowany, muszą celować w mniejszą ilość fazy tłuszczowej. Praktycznie każda cera wymaga okluzji (najlepiej naturalnej, ale nie bujajmy w obłokach), mniejszej, lub większej, w mojej pielęgnacji In the air usadowił się idealnie i nie wiem czy chcę szukać odpowiednika - mam tutaj wszystko: jakość, świetne efekty i polskiego producenta. 

Skóra jest znacznie lepiej wygładzona i bardzo przyjemna w dotyku. Krem nie daje tłustego, nienaturalnego połysku, ale po kilku dniach kilka osób zwróciło mi uwagę, na piękny, zdrowy blask, charakterystyczny dla zdrowej, nawilżonej cery. Podoba mi się to, że cera po zastosowaniu kremu nie jest natłuszczona, ale również i płasko matowa. Pory zachowują się komfortowo i przez to nie mam problemu z nasilonym łojotokiem ani od nadmiaru emoleintów, ani od wysuszenia. Skóra rogowaciejąca w najgorszym etapie wymaga wręcz papieru ściernego i raczej mogę pomarzyć o efekcie dewy skin, jeżeli Lush Botanicals stabilizuje u mnie hiperkeratynizację w stopniu przyzwoitym i wyglądam zwyczajnie zdrowo, a przy tym czuję się komfortowo, ponowny zakup produktu jest oczywisty. 

Nie mogę zaprzeczyć, że skóra jest jaśniejsza i zwyczajnie ładniejsza. Są to efekty dobrego nawilżenia, więc nie wątpię, że Lush Botanicals na pewno oprócz natłuszczenia, zmiękcza naskórek. Moja pielęgnacja, mimo żonglowania produktami, cały czas ma mniej więcej ma podobną lekkość i stwierdzam, że przed wprowadzeniem Lush Botanicals do fazy testów, narzekałam znacznie bardziej na odwodnienie, a także musiałam zwracać większą uwagę na produkty myjące. Aktualnie coraz częściej myję skórę samą wodą, a także wychodzę bez makijażu i rzadziej stosuję preparaty nawilżające, a  było to nie do pomyślenia na przykład w okresie wiosennym. 

Bardzo podoba mi się to, że In the air, stosowany rozsądnie, nie rozpulchnia porów i nie sprzyja powstawaniu zaskórników otwartych oraz nacieków. Lekka, ale bogata konsystencja dobrze współpracuje z cerą i udało mi się uniknąć pojawienia się niechcianych cudów. Kiepski produkt o powlekającej formule, jest w stanie wywołać u mnie wysyp nawet po kilku godzinach, często tak się dzieje przy stosowaniu kremów przeciwsłonecznych.

Największym plusem jest stopniowa, ale widoczna poprawa mojej cery. Lush Botanicals stosuję w konfiguracji z innymi produktami, więc nie jest to tylko zasługa tego produktu, ale również i innych, ale jestem pewna, że miał niemałe znaczenie w aktualnej kondycji cery. Używam go coraz rzadziej, bo moja cera sprawia mi coraz mniej problemów (widocznie zmniejszone rogowacenie, praktycznie zniwelowany problem podrażnionych mieszków), to najlepsza rekomendacja, zachęcająca do zakupu. Nie interesują mnie produkty, które nic nie robią, albo robią, tylko podczas kontaktu z cerą. Co roku mam jesień średniowiecza w okresie czerwiec-sierpień, a aktualnie jakoś szczególnie nie narzekam na swoją skórę, choć do ideału jeszcze trochę mi brakuje. 


SKŁAD, WYDAJNOŚĆ, POJEMNOŚĆ, CENA

Założycielka Lush Botanicals nie kryje się z tym, że lubi produkty o bogatym składzie. Nie jest dobra nowina dla alergików i fanów minimalizmu, ja również nie jestem fanką ogromnej ilości składników w produkcie, bo pojawia się spory problem z wychwyceniem tego, co poszło nie tak, ale jeżeli są one dobrane rozsądnie i mają podobne właściwości, wzmacniając wzajemne swoje działanie - nie mam na co narzekać. Producent produktów Lush Botanicals ceni przede wszystkim jakość, jeżeli starannie dobiera wszystkie składniki w swoich formułach i ma to potwierdzenie w działaniu, to czemu nie? In the air na mojej skórze sprawdza się świetnie, więc dla takiego przepychu mogę pokiwać głową :) 

In the air jest produktem naturalnym, zawiera głównie składniki pochodzenia roślinnego (plus produkty pszczele). Formuła jest stworzona na Olivemie, bardzo dobrym emulgatorze, który nie zaklajstrowuje skóry, a wyraźnie zmiękcza i dobrze się wchłania, jest stosowany przez najlepsze marki naturalne. Nie daje efektu pocenia się skóry pod czymś, a idealnie współpracuje z cerą, to on jest odpowiedzialny za smużenie kremu, ale z doświadczenia wiem, że to zazwyczaj dobrze wróży :) Krem został wykonany na hydrolacie z neroli (pomarańczy gorzkiej), zawiera spore ilości olejów naturalnych o wchłanialnej, lekkiej strukturze z dużą zawartością omega-3 oraz omega-6: olej z pestek kiwi, z pestek winogron, z pestek żurawiny i malin, czarnej porzeczki, wiśni, arbuza, słonecznika (rozpuszczalnik witaminy E), ale również cięższe, powlekające z większą ilością kwasów omega-9 i tłuszczów nasyconych, które zapewniają dobrą ochronę i chronią przed zbyt szybkim wysychaniem kosmetyku: oliwa z oliwek (rozpuszczalnik dla ekstraktów olejowych), masło shea, olej jojoba. Nie zabrakło również niezbędnych substancji wiążących wodę i zapewniających optymalne nawilżenie: gliceryna (rozpuszczalnik dla odżywczego, zmiękczającego mleczka pszczelego, które świetnie odżywia, wygładza i nawilża cerę), wosk pszczeli, sok i ekstrakt z aloesu, proteiny ze słodkich migdałów, panthenol, witamina E, czy zastosowane emulgatory. I wyjaśnię szybko sytuację - osoby, które nie toleruję gliceryny, powinny jej unikać głównie w formułach wodnych, w większości formuł kremowych, zapewnia ona dobre właściwości nawilżające, odpowiednią lepkość oraz zapobiega wysychaniu produktu oraz nie powinna pogarszać kondycji cery. Na pewno największe spustoszenie wywołuje w formułach kosmetycznych, które są bardzo lekkie i szybko wysychają lub też nie współpracują z cerą - są lepkie, kleją się, obciążają naskórek. Prócz wartościowej fazy wodnej (hydrolat z pomarańczy gorzkiej) oraz standardowej fazy tłuszczowej (oleje naturalne) oraz humektantów, In the air zawiera sporą ilość naturalnych ekstraktów roślinnych, które mają silny potencjał antyoksydacyjny, przeciwzapalny, łagodzący i kojący, między innymi ekstrakt z aloesu, pestek granatu, grapefruita, słodkich migdałów. Produkt jest aromatyzowany naturalnymi olejkami eterycznymi oraz absolutami, które zapewniają łagodny i naturalny zapach, ale również dodatkowo konserwują produkt: z różowego lotosu, mandarynki, limonki i słodkiej pomarańczy. Kosmetyk nie zawiera substancji konserwujących. 

Zapach produktu jest bardzo przyjemny - kwiatowo-cytrusowy, świeży. Bardzo przyjemny. 

INCI: Citrus Aurantium Amara (Neroli) Flower Water, Aqua, Actinidia Chinensis (Kiwi) Seed Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Betaine, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Glycerin, Isostearyl Isostearate, Royal Jelly, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Seed Oil, Rubus Idaeus (Raspberry) Seed Oil, Ribes Nigrum (Black Currant) Seed Oil, Prunus Avium (Cherry) Kernel Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Fruit Butter, Citrullus Vulgaris (Watermelon) Seed Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Sodium Hyaluronate, Tocopherol, Panthenol, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Punica Granatum (Pomegranate) Fruit Extract, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Seed Extract, Vitis Vinifera (Grape) Fruit Extract, Citrus Grandis (Grapefruit) Seed Extract, Nelumbo Nucifera (Pink Lotus) Flower Oil, Citrus Nobilis (Mandarin Orange) Peel Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Sweet Orange) Peel Oil

Krem posiada standardową pojemność 50 ml - jednak biorąc pod uwagę jego niesamowitą wydajność (dzięki bardzo skoncentrowanej formule) i określoną datę trwałości (tylko 10 tygodni w przypadku kremów) jest nie do zużycia w tym czasie. Polecam kupować go zawsze na spółkę z inną osobą, albo konserwować po upływie terminu ważności. Weź także pod uwagę, że zużywam minimalne ilości kosmetyków, więc standardowa osoba nie powinna mieć aż takich trudności z jego zużyciem, zwłaszcza, że prawidłowo przechowywany produkt, jeżeli nie zmienia swoich walorów, wykazuje znacznie dłuższą trwałość niż deklarowana data do zużycia określona odgórnie przez producenta. 

Cena nie jest niska, ale w tym przypadku uzasadniona. Weźmy pod uwagę wyłączność sprzedaży przez producenta, koszt drogich opakowań typu Violet Miron oraz cenę surowców i czasochłonny sposób produkcji. Cena 190 złotych za krem, wydaje mi się ceną osiągalną dla większości osób, jeżeli ma być to naprawdę dobry produkt, który znajdzie swoje miejsce w codziennej pielęgnacji. 

DOSTĘPNOŚĆ



GRUPA DOCELOWA

Krem sprawdzi się u osób, które wymagają zrównoważonej, ale wyczuwalnej okluzji. In the air polecam osobom, które mają problem z nadmiernym rogowaceniem, permanentnym odwodnieniem, wysuszeniem, zapaleniem mieszków włosowych wywołanym przez niedobór emolientów. To również świetny krem dla cery typowo suchej oraz cery dojrzałej. Może sprawdzić się na cerze tłustej i mieszanej, tak naprawdę wszystko zależy od indywidualnego zapotrzebowania na emolienty oraz sposobu jego użytkowania. 

U KOGO SIĘ NIE SPRAWDZI

U osób z naturalnie tłustą cerą, które nie wymagają powlekania, łojotokiem, bardzo szybkim zanieczyszczaniem się cery. Jeżeli potrzebujesz czegoś lekkiego, ale słabo natłuszczającego, bez ochronnej, wyczuwalnej, choćby delikatnej warstewki - zrezygnowałabym z zakupu. To nie jest produkt dla Ciebie. Samodzielnie nie będzie również mocno zmiękczał skóry, ale polecam go stosować w połączeniu z innymi, lżejszymi konsystencjami. Może okazać się również zbyt mało okluzyjny w przypadku porządnie wysuszonej, odwadniającej się cery, choć jego właściwości ochronne są na naprawdę dobrym poziomie :)

Producent oferuje zakup mniejszych, czterech próbek, aby zapoznać się z kosmetykami i sprawdzić ich działanie przed inwestycją w pełnowymiarowy produkt. 

ARTYKUŁ JEST SPONSOROWANY.

Pozdrawiam,
Ewa