Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cera mieszana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cera mieszana. Pokaż wszystkie posty

06:00

RECEPTURA | NAJLEPSZA MASECZKA NAWILŻAJĄCA DLA CERY SUCHEJ, ODWODNIONEJ I DOJRZAŁEJ

RECEPTURA | NAJLEPSZA MASECZKA NAWILŻAJĄCA DLA CERY SUCHEJ, ODWODNIONEJ I DOJRZAŁEJ

Poszukiwanie idealnej maski kremowej przyprawiało mnie przez długi czas o spektakularny ból głowy - kiepskie składniki, jeszcze gorsze formuły i na domiar złego - pogarszająca się w oczach, na czas nieustępliwych testów, kondycja skóry. Ciężko było mi znaleźć produkt, który usatysfakcjonowałby mnie pod względem nawilżenia, a jednocześnie był komfortowy i przyjemny w użyciu, dlatego też, wraz z marką ECOSPA, postanowiłam opracować formułę od samego początku, tak, by spełniała moje wszystkie oczekiwania. Wszystkie składniki receptury kupisz w sklepie internetowym ECOSPA, będzie mi bardzo miło, jeśli dokonasz zakupów z powyższego odnośnika > 

RECEPTURA 

Przewodnim składnikiem jest dynia, to bardzo niedoceniane warzywo, będące bogatym źródłem witamin, mikroelementów,  antyoksydantów (beta-karoteny) oraz korzystnych węglowodanów. Jest to jeden z moich ulubionych, roślinnych składników (tuż obok prowansalskich ziół w formie esencji eterycznych), zastosowana w formie okładów silnie regeneruje, złuszcza, odżywia, nawadnia oraz goi naskórek - jest zalecana szczególnie osobom z cerą poszarzałą,  dojrzałą, odwodnioną, trądzikową i problematyczną (szczególnie ze zmianami potrądzikowymi).

Puree z dyni to przyjemna, kremowa i zupełnie naturalna baza, pozwala maksymalnie ograniczyć ilość zastosowanych składników konsystencjotwórczych do skrobi ziemniaczanej (naturalne spoiwo, ułatwia spłukanie maski, wygładza i ujednolica) oraz lecytyny słonecznikowej (emulgator, stabilizator, pozostawia przyjemne, natłuszczające wykończenie i zapobiega nadmiernemu wysychaniu). By zyskać bardziej kremową i otulającą formułę, zdecydowałam się na dodatek nieschnącego oleju awokado (jedno z najbogatszych źródeł naturalnych witamin oraz kwasów omega-9) oraz naturalnej witaminy E. Zależało mi przede wszystkim na tym, by maska prócz walorów natłuszczających, rzeczywiście skórę nawilżała, dając efekt zmiękczonej i delikatnej skóry, dlatego też postawiłam na niekonwencjonalną bazę maski (puree), dodatek eksfoliatora (enzym z dyni) oraz substancji wiążących wodę (sok z aloesu, fitokolagen). Efekty końcowe przeszły moje oczekiwania.


Po wielu nieudanych próbach, nadszedł ten upragniony czas, gdy udało mi się uzyskać kremową, stabilną, łagodną konsystencję, która w końcu w pełni mnie zadowala. Jak na zupełnie naturalny kosmetyk, maska rozprowadza się łatwo, nie spływa i nie przecieka między palcami, konsystencję przyrównałabym do gęstego, zwartego, pachnącego budyniu. Maski praktycznie nie czuć na skórze (poza lekkim, przyjemnym uczuciem chłodu i wyjątkową kompozycją zapachową, uprzyjemniającą jej stosowanie) podczas aplikacji, jak i samego noszenia, jest bardzo lekka, co może początkowo zakłamywać jej rzeczywiste, bogate walory użytkowe, bowiem odżywczość formuły czuć dopiero podczas usuwania jej z powierzchni skóry - pozostawia niezwykle korzystny, komfortowy, przyjemny, bogaty film, który przez moją odwodnioną cerę jest degustacyjnie spijany niczym słodki nektar. Maska pomimo odżywczej struktury, robi coś znacznie więcej, i nie jest to jedynie działanie doraźne i przytłaczające - wymagam intensywnego nawilżenia, ale z kolei męczę się przy tępych, tłustych mazidłach, po zastosowaniu maski dyniowej, w moich oczach widzę coraz to lepszą kondycję skóry.


Początkowo obawiałam się, że niedomywanie skóry zaskutkuje niemal jej natychmiastowym pogorszeniem, moje lęki okazały się jednak zupełnie bezpodstawne, po około 10 minutach od usunięcia okładu, jest niezwykle jasna, cudownie miękka, odżywiona, zyskuje zdrowy koloryt oraz co mnie zaskakuje - pory ulegają znacznemu obkurczeniu. Z pewnością krem dyniowy, mimo odżywczej formuły, nie powoduje nadmiernej potliwości i nie zostawia żadnej, dziwnej, tłustej, wstrętnej powłoki, po których aż mnie skręca - to ten typ kremowości, który ja osobiście bardzo lubię, i o który, niestety, bardzo trudno w gotowych kosmetykach. Uwaga - maseczka delikatnie barwi skórę (bardzo bogate źródło karotenów i nie spłukująca się całkowicie konsystencja), warto ją zmywać ciepłą wodą za pomocą gąbeczki konjac (o gąbeczkach konjac przeczytasz więcej tutaj>), szmatki z mikrofibry lub płatków celulozowych, wówczas ten problem zupełnie nie istnieje.

Składniki: 
Akcesoria:
  • szklany słoiczek
  • szklana szpatułka
  • blender kuchenny


Przygotuj puree z dyni. Jest to proste szczególnie teraz, gdy sezon na dynię można już uznać za rozpoczęty. Świeżą dynię pokrój na ćwiartki, wydrążając gniazda nasienne i pozostawiając twardą skórkę. Przygotowaną dynię rozłóż na papierze do pieczenia i wstaw do nagrzanego do 200 stopni Celsjusza piekarnika na około 40 minut (do miękkości). Łyżką wybierz miękki miąższ i rozdrobnij go blenderem.


Do jeszcze delikatnie ciepłego puree (10 łyżeczek 5 ml) dodaję 2 łyżeczki skrobi ziemniaczanej oraz 3/4 łyżeczki lecytyny sojowej, całość rozdrabiam blenderem - powstaje dość gęsta, kremowa konsystencja, a lecytyna jest równomiernie rozproszona. Po całkowitym przestudzeniu dyniowego kremu, dodaję odmierzone składniki tłuszczowe (olej awokado, witamina E) i ponownie miksuję całość za pomocą blendera. Dodaję pozostałe, wodne komponenty: żel z aloesu, enzym z dyni i fitokolagen, ponownie i po raz ostatni miksuję całość urządzeniem. Na koniec wkraplam wybrane olejki eteryczne i mieszam całość szklaną szpatułką. Maskę przelewam do szklanego pojemniczka. Przechowuję w lodówce. Bez zastosowania konserwantów termin przydatności maski to maksymalnie 7 dni.

MASKA DYNIOWA W PIELĘGNACJI

Maska ze względu na swoją bogatą, odżywczą i zmiękczającą formułę, sprawdzi się doskonale w pielęgnacji u osób, które wymagają natychmiastowego, silnego nawodnienia i komfortowej okluzji, nie przepadają za zbyt lekkimi formułami i oczekują od stosowanych kosmetyków czegoś więcej niż chwilowej, ładniejszej kondycji cery. Maskę dyniową polecam bez względu na wiek, rodzaj i typ skóry - to idealny produkt dla przesuszonego, spękanego, zrogowaciałego i odwadniającego się naskórka. Póki co, moja maska dyniowa to jedyny konkurent dla uwielbianej przeze mnie maseczki miodowej Aura Manuka nowozelandzkiej marki Antipodes, która skórę nawilża nieco słabiej i niestety, nieco podrażnia, zwłaszcza przy dłuższych przerwach użytkowania.

Maska może być bezpiecznie stosowana przez kobiety w ciąży i karmiące piersią. 


ARTYKUŁ POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z MARKĄ PÓŁPRODUKTÓW KOSMETYCZNYCH ECOSPA. 

Pozdrawiam serdecznie,
Ewa 

13:00

ŚMIETANKI OCZYSZCZAJĄCE BIELENDA | "KURKUMA + CHIA" & "OPUNCJA FIGOWA + ALOES"

ŚMIETANKI OCZYSZCZAJĄCE BIELENDA | "KURKUMA + CHIA" & "OPUNCJA FIGOWA + ALOES"

Odkąd sięgam pamięcią, etap oczyszczania skóry skóry traktowałam dość pobieżne, bez należnego zainteresowania i bez wzbijania się na wyżyny przygarnianej zachłannie wiedzy pielęgnacyjnej. Wówczas najważniejszą, choć może nieco strywializowaną rolą oczyszczania, zwłaszcza biorąc pod uwagę aktualne poglądy, było jedynie, bez względu na wszystko, usunięcie zabrudzeń z powierzchni wymęczonego naskórka. Nie zgłębiałam się, a na pewno nie poszukiwałam w tym rejonie żadnych przyczyn kiepskiej kondycji skóry. Jak się później okazało, wiele implikacji wynikało właśnie z nieprzemyślanych, agresywnych i zupełnie niedostosowanych działań właśnie w tym marginalizowanym przeze mnie etapie. 

Bogatsza o doświadczenia poszukuję produktów myjących, które oprócz efektywnego oczyszczenia, zapewniają komfort lub chociaż nie zaburzają kondycji skóry, powodując chociażby deficyt nawilżenia. Nadmienię, iż nie jest to łatwe zadanie, zwłaszcza w dyskontowym, ekonomicznym pułapie cenowym. Czy śmietanki Bielenda spełniają powyższe wymogi? Jak działają? Z jakimi zabrudzeniami sobie poradzą oraz komu mogę polecić lub też odradzić zakup produktów z serii Botanicals Spa Rituals? 

WŁAŚCIWOŚCI 

Konsystencja przyjemnie kremowa i niewymagająca rozbudowanych kroków pielęgnacyjnych. Nie przelewa się między palcami, produkt jest skoncentrowany, wdzięczny w użytkowaniu i bardziej jednolity w porównaniu z popularnymi emulsjami Dr Medica tejże marki. Przyznaję: pojawiły się pewne uprzedzenia jeszcze przed zakupem śmietanek: przesiąknięta defetyzmem założyłam, wnioskując chociażby po działalności większości marek, iż otrzymam podobny kosmetyk w bardziej zielonej, modnej i dobrze sprzedającej się odsłonie, zostałam jednak już na samym początku znajomości pozytywnie zaskoczona i nie było to tylko pierwsze, ulotne, dobre wrażenie: okazało się, że śmietanki z serii Botanic Spa Rituals to zupełnie inne, bardziej trafiające w moje aktualne upodobania produkty oczyszczające.

Śmietanka nie jest tłusta i obciążająca, mimo ze konsystencja jest kremowa i gładka, komfortowo pokrywa naskórek bez poczucia "wsiąkania", co ogranicza jej zużycie, a przyjemny poślizg pozwala na wykonanie szybkiego, łagodnego masażu oraz mało problemowe usunięcie produktu ze skóry (przy niższych temperaturach wody, produkt ze względu na znaczną zawartość tłuszczów może trudniej spłukiwać się (ślimaczyć się między palcami i dawać słabszy efekt myjący)).

Śmietanka gładko i bezproblemowo sunie po naskórku, choć przy zrogowaciałej, wysuszonej skórze jakby w bardziej zawężony, ograniczony sposób traktuje wymagające wzmożonej troskliwości tereny, mam nieodparte wrażenie, że jej właściwości myjące znacznie słabną - nie chwyta się prawidłowo skóry, brakuje tego efektu scalenia i wzajemnej współpracy i jakkolwiek to brzmi - działa na najbardziej wierzchnie warstwy naskórka, nie przynosząc większych rezultatów podczas jej stosowania. Podobny efekt zauważyłam podczas demakijażu kosmetyków o bardziej zastygającym lub suchym wykończeniu, gdzie dodatek tłuszczu lub też detergentów/akcesoriów jest niezbędny. Śmietanki zdecydowanie lepiej radzą sobie ze spłukiwaniem tłustych zabrudzeń, aniżeli tych wodnych i zawiesistych, dlatego też widzę je szczególnie w drugim etapie klasycznego oczyszczania, w pielęgnacji skóry tłustej oraz do modyfikacji jednoetapowego oczyszczania skóry.


Kosmetyk niemal całkowicie, choć komfortowo spłukuje się ze skóry, czyni to niezwykle delikatnie, subtelnie i emulsyjnie (śmietanka przy kontakcie z wodą staje się rzadsza, bardziej płynna, choć jednolita, nie lepi się i nadmienie nie ślizga, gwarantując komfort podczas spłukiwania jak i tuż po jej całkowitym usunięciu z powierzchni skóry), bez pozostawiania tłustego filmu, z tego też powodu może powodować ściągnięcie i wysuszenie na cerach wymagających większej porcji okluzji tuż po u myciu.

Podoba mi się sposób domywania - bez zbędnego pienienia się i niekomfortowego uczucia pozostawionej samej sobie, ściągniętej skóry, naskórek po oczyszczaniu jest gładki, aksamitnie przyjemny w dotyku, ale bez tłustej, obciążającej i często kłopotliwej warstwy. Istnieje niewiele produktów myjących, po których naskórek nie jest zmaltretowany, a potraktowany z należytą troską.

Miła konsystencja śmietanek jest dla mnie sporym zaskoczeniem, nie odbiega ona bowiem znacząco właściwościami od wielu produktów ulokowanych na wyższej półce cenowej. Nie oczekiwałabym jednak od Bielendy zbyt wiele, obawiam się, że właściwości produktu będą generować rozbieżne, skrajne opinie i pomijam tutaj zamiłowanie do powszechnie akceptowanego malkontenctwa, bowiem wiele osób może wyrażać nieprzemyślane, krzywdzące opinie pod adresem naprawdę udanego kosmetyku pielęgnacyjnego. Nie uważam jednocześnie, że śmietanki są pozbawione wad (o których napiszę poniżej), ale bacznie analizując ofertę kosmetyczną, zwłaszcza w tak niskim pułapie cenowym, są zdecydowanie warte dłuższej uwagi.

Powiedzmy sobie jasno - nie jest to produkt, który przynosi uczucie świeżości, silnej czystości, a bardziej - komfortu. Kosmetyk może dawać uczucie niedomycia i niedoczyszczenia, gdyż nie posiada silnych substancji pieniących, które agresywnie usuwają brud i zanieczyszczenia (głównie wodne i zawiesiste). Śmietanki pod tym względem są niezwykle łagodne, samodzielnie nie zmyją kremowych, wodoodpornych produktów do makijażu (nie radzą sobie kompletnie również z kosmetykami do oczu) oraz kremów ochronnych, co więcej, w pojedynkę, w zależności od ilości nakładanego makijażu mineralnego, współpracy ze skórą oraz metody jego utrwalania, mogą również nie sprostać powyższemu zadaniu.

Nie sugeruję, że jest to produkt zbędny w pielęgnacji, wręcz przeciwnie: emulsje wplecione umiejętnie w kroki pielęgnacyjne, mogą sprawdzić się zarówno w pielęgnacji zgrabnie okrojonej, jak i rozbudowanej. Plusem jest plastyczna konsystencja, jest ona bowiem niezwykle podatna na wszelkie modyfikacje: można nią zagęszczać inne produkty myjące, dodawać olejków myjących, by lepiej emulgować i zbierać tłuste zabrudzenia, a jednocześnie działać łagodniej, czystych olejów, jeśli skóra wymaga większej porcji okluzji, dodawać detergentów pieniących się, by kosmetyk lepiej zmywał wszelkie zawiesiny i sypkie zabrudzenia oraz przynosił uczucie świeżości, a także domywać nią w mniej agresywny sposób inne środki myjące, a nawet łączyć z akcesoriami, by zwiększyć właściwości myjące i jednocześnie nie narażać skóry na tak silne wysuszenie. Możliwości i potencjalnych konfiguracji jest niezliczenie wiele.


Zapach śmietanek jest niedrażniący i niemęczący, nie nasila się podczas kontaktu z wodą oraz nie ciągnie się za użytkownikiem: ulatnia się wraz z pozbyciem się emulsji ze skóry. Nie zauważam znaczących różnic pomiędzy dostępnymi wersjami, choć sięgałam, czysto intuicyjnie, częściej po wersję Chia i Kurkuma - posiada nieznacznie bardziej kremową, lepiej współpracują konsystencję łagodnie zabarwioną na żółto (kurkumina) oraz przemawiała na jej korzyść kompozycja zapachowa, nie są rewiry olfaktoryczne, nie wspięłam się na wyżyny doznań zapachowych, ale produkt po prostu ładnie, nienachalnie pachnie - łagodnie ziołowo, świeżo, ale nie do końca jest to zapach natury. Wersja Opuncja figowa i Aloes uwalnia bardziej owocowy, kwiatowy zapach.

Kosmetyki nie drażnią oczu oraz błon śluzowych. Nie zauważyłam, by powodowały jakiekolwiek podrażnienia, dyskomfort i zaognienia na skórze, choć jest to kwestia indywidualna, ściśle powiązana z reakcją na właściwości śmietanek. Mogą być stosowane bez jednoczesnej ochrony przeciwsłonecznej oraz przez ciężarne i karmiące.

System dozujący nie sprawia większych problemów: nie zacina się, choć pamiętam sytuację, gdy blokada uniemożliwiła zabezpieczenie produktu oraz ograniczyła ruchy pompki - na szczęście wystarczyło 5 minut, by naprawić sytuację bez potrzeby wymiany opakowania.

Zazwyczaj dozuję jedną, maksymalnie dwie pompki produktu do oczyszczenia twarzy oraz szyi i dekoltu, myślę, że jedno opakowanie mieszące aż 250 ml produktu, powinno wystarczyć na co najmniej pół roku codziennego użytkowania.

Nie będę szczególnie wgłębiać się w skład  oferowanych śmietanek, choć nie jest on idealny - produkt jest naturalny (ale nie wegański i ekologiczny), nie posiada silikonów, PEG-ów, syntetycznych barwników. Ze względu na obecność naturalnych składników oraz substancji zapachowych, istnieje pewne ryzyko wystąpienia alergii. Zawiera tytułowe wyciągi w postaci ekstraktów (kurkuma, opuncja figowa i aloes) oraz olejów roślinnych (chia).


ŚMIETANKA MYJĄCA WERSJA "KURKUMA+CHIA": Aqua (Water), Tripelargonin, Ethylhexyl Stearate, Glycerin, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Sorbitan Stearate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Curcuma Longa Root Extract, Salvia Hispanica Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Olus Oil, Toopherol, Sodium Stearoyl Glutamate, Sorbitol, Sorbityl Laurate, Xanthan Gum, Citric Acid, Sodium Dehydroacetate, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum (Fragrance), Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool.

ŚMIETANKA MYJĄCA WERSJA "OPUNCJA FIGOWA+ALOES": Aqua, Tripelgaronin, Ethyhexyl Stearate, Orbignya Oleifera Seed Oil, Glycerin, Oryza Sativa Bran Oil, Sorbitan Stearate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alochol, Opuntia Ficus- Indica Flower Extract, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Tocopheryl Acetate, Sodium Stearoyl Glutamate, Sorbitol, Sorbityl Laurate, Xanthan Gum, Citric Acid, Sodium Dehydroacetate, Benzyl Alcohol, Parfum (Fragrance), Citronellol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool.

Cena: 20 zł / 250 ml

KURKUMA + CHIA & OPUNCJA FIGOWA + ALOES : SŁABE STRONY

Śmietanki łagodnie, choć niemal całkowicie spłukują się: u osób z wyższym zapotrzebowaniem na okluzję mogą powodować nieprzyjemne uczucie ściągnięcia, wysuszenia oraz generować łojotok. Efekt ten może również pojawić się przy regularnym, stałym stosowaniu śmietanek przez osoby z cerą odwadniającą się i tendencją do nadmiernej ucieczki wody, dlatego też warto stosować je naprzemiennie z innymi produktami lub rozważyć samodzielnie modyfikację konsystencji - ja osobiście nie widzę ich w swojej codziennej pielęgnacji bez dodatkowych ulepszeń. 

Pewną przeszkodą mogą być również ich słabe właściwości myjące, zwłaszcza oporne na zabrudzenia sypkie. Generalnie nie są to najlepsze produkty do działania w pojedynkę, jeśli masz do zmycia jakiekolwiek cięższe zabrudzenia (kremowy makijaż, filtry ochronne, makijażu oczu i ust), warto wówczas połączyć ich działanie z właściwościami innych produktów myjących (chociażby z większą ilością fazy tłuszczowej).

Śmietanki polecam szczególnie osobom z cerą wrażliwą i delikatną. Mogą sprawdzić się na większości typów i rodzajów cery, ale wymagają przemyślanego wplecenia w pielęgnację i wzajemnego łączenia właściwości z innymi produktami, zwłaszcza, gdy skóra jest bardziej wymagająca. 

ARTYKUŁ NIE JEST SPONSOROWANY.

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

15:30

PIXIE COSMETICS | MEGA MATTE KAPOK TREE POWDER

PIXIE COSMETICS | MEGA MATTE KAPOK TREE POWDER

Fascynuje mnie kierunek w jakim niestrudzenie podąża polska marka mineralna Pixie Cosmetics. Oparcie formuły pudru matującego o celulozę pozyskaną z naturalnego źródła, jest dla mnie, i jako klienta, i osoby interesującej się formulacjami kosmetycznymi, doświadczeniem zupełnie nowym.

Tytułowy kapok, to potężne, długowieczne, tropikalne drzewo, będące obiektem święceń, baśni i czci starożytnych Majów. Płynąca z niego siła, ciepło i energia, wiąże się z szacunkiem, poczuciem bezpieczeństwa, przywiązaniem i dalekosiężnymi planami na przyszłość, tak jak serce rodzinnego domu. Nie bez powodu zatem, puchowiec pięciopręcikowy stał się niezwykłą, magiczną inspiracją dla nieprzeciętnie malowniczej, twórczej i przepełnionej artyzmem ekranizacji z roku 2009, zgarniającej większość filmowych nagród, pod reżyserią Jamesa Camerona. Avatar.

Kwiaty puchowca otwierają się tuż przed zachodem słońca i pozostają otwarte aż do następnego dnia, gdy opadną płatki. Cieszy mnie tak wyjątkowe podejście do klienta, gdy zdobne wieczka i wyszukane, wyjątkowe surowce najwyższej jakości, czynią z każdego dnia święto, przemycając szczyptę magii, nawet w tak codziennych produktach do makijażu, jakim jest puder matujący.

W dzisiejszym artykule pod frazą Kapok/puder kapokowy/Mega Matte Kapok Tree Powder, znajdują się linki afiliacyjne. Jeśli dzisiejsza recenzja okaże się dla Ciebie pomocna, będzie mi bardzo miło, jeśli dokonasz zakupu w sklepie producenta z mojego polecenia :)

MATOWA SKÓRA BEZ WYRZECZEŃ?

Włókna kapoku są niezwykle lekkie, sprężyste, a otrzymany puch nie nasiąka wodą - puchowiec doskonale absorbuje wilgoć, a pozyskiwana z niego celuloza jest popularnym wypełniaczem i zagęszczaczem formuł kosmetycznych. To również naturalny, popularny polimer, poprawia właściwości funkcyjne produktów kosmetycznych oraz pozostawia na skórze delikatny, subtelny, wygładzający film. Jednak po raz pierwszy spotykam się z tak innowacyjnym wykorzystaniem celulozy w postaci pudru stosowanego zewnętrznie, a w szczególności, gdy cała formuła opiera się tylko na niej.

Niegdyś pudry matujące zajmowały jedno z najważniejszych miejsc w moim makijażu, sięgając pamięcią wstecz, nigdy nie mogło zabraknąć chociaż jednego słoiczka matującego pyłku w moim licealnym, podniszczonym, strudzonym szkolnym życiem plecaku. Nie znosiłam mojej tłustej cery i za każdym razem próbowałam poskromić niekontrolowany blask na twarzy, pudrując się pieczołowicie podczas każdej lekcyjnej przerwy. Teraz, moje relacje z pudrami określiłabym jako skomplikowane i szczerze, nie przepadam za ich stosowaniem.

Puder kapokowy jest bardzo dokładnie zmielony, gładki i miałki w dotyku. Mimo że jest biały, na skórze zachowuje się w sposób transparentny. Jest to jeden z najważniejszych aspektów szczęśliwego użytkowania pudrów matujących, gdyż dzięki lekkiej, delikatnej strukturze, nie zostawia on pylistego, mącznego wykończenia oraz jego właściwości absorbujące znacznie przewyższają możliwości pudrów o większych cząsteczkach.

Właściwości Mega Matte Kapok Tree Powder mogłabym przybliżyć dość mocno do właściwości krzemionki, z tym że różnica jest znaczna szczególnie po kilku godzinach noszenia: w moim odczuciu celuloza znacznie lepiej radzi sobie z absorpcją sebum oraz nie posiada jednocześnie tak silnych właściwości wysuszających oraz odwadniających, co może na wielu typach skóry powodować podrażnienia, świąd, ściągnięcie oraz nasilać rogowacenie i łojotok.

DOBRA ROBOTA! 

Puder posiada niesamowicie puszystą i cudownie przyjemną w dotyku (pozbawioną nadmiernej suchości) konsystencję. Bardzo cenię sobie produkty, które pomimo sypkiej formuły, zatracają swoją pudrową strukturę i tym samym nie dają zbyt suchego, brzydkiego wykończenia.

Mega Matte Kapok Tree Powder nałożony nawet w przesadnej ilości (na przykład metodą baking) nie jest aż tak widoczny jak standardowe pudry oparte na talku lub mice. Ponadto puder Pixie Cosmetics nie tworzy dziwnej, pylistej woalki, zacieków, plam oraz nie zatraca całkowicie rozświetlającego wykończenia produktów kremowych oraz mineralnych. 

Na uznanie zasługuje również bardzo dobra miałkość pudru, która owocuje równomiernym przyleganiem do skóry, dając bardzo gładki, proporcjonalny efekt matujący. Bez większych problemów gładko nakłada się, a następnie rozciera. Konsystencja jest cudownie lekka, a sam puder na skórze jest niewyczuwalny i niezwykle komfortowy w noszeniu (nie ściąga naskórka oraz nie powoduje swędzenia).

Nie przepadam za pudrami, które dają przesadny i równie często nietrwały, płaski i postarzający efekt matujący - pomimo właściwości stricte pochłaniających, Kapok zapewnia już bardziej gładkie, subtelne, naturalne wykończenie: nie podkreśla nadmiernie nierówności, zmarszczek, niedoskonałości wypukłych oraz nie osiada niekorzystnie w porach, dostrzegam pewne cechy optycznie wygładzające, choć nie tak mocne jakich można spodziewać się po zastosowaniu krzemionki, czy pudru szafirowego: skóra oprószona łagodnie pudrem kapokowym, staje się bardziej wygładzona i jaśniejsza (ale nie rozbielona), co jest dobrą nowiną dla osób z nierówną strukturą twarzy oraz cerą dojrzałą.

W odróżnieniu od krzemionki, celuloza nie posiada właściwości antyrefleksyjnych, doskonale nadaje się do stosowania na szczególnie ważne uroczystości, gdy użytkowane zostają odbijające światło blendy oraz lampy błyskowe.

Pojawia się tutaj pewien dysonans, bowiem właściwości matujące pudru są dość przeciętne, choć zadowalające i długodystansowe (kosmetyk jest nastawiony na współpracę z cerą i nie gwarantuje tylko chwilowego, silnego efektu matującego, dobrze radzi sobie z hamowaniem stopniowego, naturalnego, normalizowanego przetłuszczania się skóry).

Mega Matte Kapok Tree Powder posiada niezwykle drobno zmieloną strukturę, przez co nie zagwarantuje typowo suchego matu oraz nie współpracuje już tak wzorcowo z kremowymi produktami o typowym, mokrym, nieschnącym wykończeniu, wymagających porządnego zmatowienia i zagruntowania. Osiada bardzo blisko skóry i może mieć tendencję do szybkiego znikania w ciągu dnia na niektórych typach cery (szczególnie z silnym, napadowym łojotokiem). Po kilku miesiącach użytkowania pudru kapokowego, stwierdzam, że współpracuje on najlepiej z kosmetykami mineralnymi, które cechują się pudrową formułą i same w sobie mają już pewien potencjał absorbujący nadmiar sebum oraz z podkładam zastygającymi, które tuż po aplikacji nie są mokre, klejące, świetliste.


W porównaniu do pudrów o większych cząsteczkach (ryżowy, bambusowy, talk), celuloza jest o wiele bardziej subtelna i delikatna w działaniu, nie udźwignie dużej ilości sebum oraz tłuszczowych, mokrych formuł kosmetycznych: puder nie utrwali wystarczająco standardowego, kremowego makijażu, spowoduje jego nadmierną migrację, może zaciemniać kolor podkładu oraz aż nadto mokre, nieestetyczne wykończenie. Puder kapokowy nie prezentuje się atrakcyjnie aplikowany metodą na mokro - brzydko osiada w porach, podkreśla nadmiernie suchą fakturę skóry, nieładnie wysycha, wypełniając wklęsłości białą, nieestetyczną warstwą pudru oraz powoduje nadmierne wysychanie podkładu i jego odpadanie (zwłaszcza kremowego, co jest stricte powiązane z właściwościami fizykochemicznymi celulozy).

Wbrew pozorom, właśnie te wady pudru kapokowego, są jednocześnie jego ogromnymi zaletami, bowiem aby uniknąć kosmetycznego rozczarowania, należy odpowiedzieć sobie, tak zupełnie szczerze, czego w zasadzie wymagasz od pudru matującego i jakich konkretnych produktów do makijażu używasz na co dzień: czy stawiasz na mat i mocne ugruntowanie, utrwalenie makijażu, czy przemawia jednak do Ciebie bardziej naturalne, komfortowe, niekoniecznie typowo suche wykończenie? Znając moje nastoletnie upodobania, w tamtym czasie puder kapokowy prawdopodobnie nie przypadł by mi do gustu, zaś teraz jest zupełnie inaczej.

Najbardziej w Mega Matte Kapok Tree Powder podoba mi się właśnie jego łagodność i delikatność. Moja rogowaciejąca, pobudliwa i wrażliwa cera docenia subtelne właściwości matujące, wygładzające i stabilizujące celulozy. To jeden z niewielu pudrów matujących, który przy regularnym, częstym stosowaniu nie nasila odwodnienia i przesuszenia, nie podkreśla w bardzo widoczny, nachalny sposób suchych skórek i rozległych przesuszeń, a także nie drażni niepotrzebnie delikatnej cery, powodując dyskomfort, dzięki temu jest tak trwały i efekt matujący utrzymuje się przez cały dzień. Nie jestem już fanką mocnego, płaskiego matowienia skóry i bardzo często z tego powodu unikam stosowania pudrów, które zamiast przedłużać trwałość makijażu - skracały ją.

Aplikowany oszczędnie na strefę centralną, w subtelny sposób przedłuża trwałość makijażu mineralnego. Mimo że puder jest już kolejną warstwą pudru na twarzy, całość wykończona Mega Matte Kapok Tree Powder prezentuje się naturalnie. Co również jest dla mnie kluczowe, efekt ten utrzymuje się przez kilka długich godzin i widzę dużą różnicę między obecnością pudru kapokowego w moim codziennym makijażu, a jego całkowitym pominięciem: kosmetyki tkwią w jednym miejscu, faktura skóry jest widocznie wygładzona, pory są zauważalnie mniej widoczne, puchowy pyłek ogranicza tendencję do oksydowania koloru podkładu oraz jego rolowania się i nieestetycznego rozchodzenia w najbardziej problematycznych strefach na twarzy. 

Pełni on również rolę mojej bazy pod podkład mineralny i nie wiem, czy nie jest to mój ulubiony sposób użytkowania Mega Matte Kapok Tree Powder. Już jedna, cieniutka warstwa pudru sprawia, że nawet nie do końca lubiany przeze mnie podkład mineralny, równo rozprowadza się, zatraca swoją ciężką konsystencję i ładniej osiada na moim sponiewieranym przez retinoidy naskórku.

Puder kapokowy nie gwarantuje zatem błyskawicznego, suchego, mocnego, często tandetnego efektu wow (bo dla większości osób, właśnie tak powinny matowić pudry matujące i stosowanie pudru Pixie Cosmetics może okazać się gorzkim rozczarowaniem), matuje: ale subtelniej, zdrowiej, ładniej, nienachalnie, długotrwale, z klasą i bez jednoczesnego pogarszania kondycji skóry. Subtelność pudru, niewidoczność, wygładzenie, naturalne i trwałe wykończenie sprawia, że jest to jeden z moich ulubionych pudrów matujących i polecam rozpocząć chociaż wstępne testy, bez stawiania mu odgórnych oczekiwań.

SZCZEGÓŁY

Puder Mega Matte Kapok Tree dostępny jest aktualnie w dwóch pojemnościach: 3.5g (39.90 zł) oraz 6.5g (59.90 zł), co jest rozsądną i uczciwą ceną. Cieszę się, że producent umożliwia również zakup próbek, które umożliwiają wstępne przetestowanie produktu, bez narażania się na zbyt wysokie koszty.

Opakowanie standardowe, ze sprawnie działającą przesuwką, która ogranicza wysypywanie się produktu.

INCI: Cellulose

Grupa docelowa: skóra dojrzała, rogowaciejąca, przesuszona, odwadniająca się, mieszana, znormalizowana, mieszana w kierunku skóry tłustej, unormowana skóra tłusta.
Odradzam: skóra silnie łojotokowa, makijaż wymagający gruntownego utrwalenia i zmatowienia (kremowy, mokry makijaż i niewysychające korektory, w tym również korektory pod oczy).

Do 28 lutego w sklepie producenta drugi produkt kupisz o połowę taniej. 

ARTYKUŁ JEST SPONSOROWANY PRZEZ PRODUCENTA KOSMETYKÓW MINERALNYCH PIXIE COSMETICS. 

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

13:00

MEOW COSMETICS | FLAWLESS FELINE MINERAL FOUNDATION

MEOW COSMETICS | FLAWLESS FELINE MINERAL FOUNDATION

Minerały i koty? Meow Cosmetics to amerykańska marka mineralna przyciągająca wzrok nie tylko prostotą mineralnego składu, a wodząca na pokuszenie nietuzinkową, interesującą i niepospolitą prezencją kosmetyków: to właśnie koty zdobią wieczka oferowanych produktów, a także mają swój, dość spory, udział w nazewnictwie marki. Na pochwałę zasługuje jednoczesny brak infantylności od strony producenta, kosmetyki mają swój niepowtarzalny charakter, mimo że odbiegają znacząco od modnego ostatnio mało innowacyjnego i nieco nużącego minimalizmu i prostoty.

WOW! CO ZA LEKKOŚĆ! 

Wszystkie formuły Meow Cosmetics cechuje niesamowita lekkość i łagodność pyłku. Są to minerały bardzo dokładnie zmielone, miałkie, bardzo suche, co w niektórych przypadkach może wpływać niekorzystnie na ich finalną prezencję (co ma między innymi miejsce w przypadku minerałów Lily Lolo), pomimo tego nie są nadmiernie pyliste i ściągające, co często powoduje nie tylko dyskomfort, ale również i nasilone przetłuszczanie się skóry podczas noszenia podkładów mineralnych. Meow Cosmetics to taki satynowo-matowy odpowiednik polskich minerałów Ecolore, które zaskarbiły sobie wyjątkowe miejsce w mojej dość potężnej kolekcji kosmetyków mineralnych - z tym, że lepiej trzymają matowe wykończenie oraz w zależności od formuły, mają słabsze lub też mocniejsze właściwości kryjące. Warto zainteresować się produktami Meow podczas bezowocnych poszukiwań idealnego podkładu sypkiego dla typowej tłustej cery, który się nie zwarzy, nie zroluje i nie zoksyduje na bliżej nieokreślony kolor.

Formuła Flawless Feline to jedna z trzech spośród dostępnych opcji, posiada najmocniejsze krycie, choć nadal określiłabym je jako średnie satysfakcjonujące oraz słabe mocne przy pierwszej warstwie. Pozostałe dwie mają już bardziej półtransparentne wykończenie i mój stan skóry nie pozwala mi jeszcze na tak frywolne  i bezkompromisowe korzystanie z ich właściwości. 

KWINTESENCJA MOJEJ MIŁOŚCI DO KOSMETYKÓW MINERALNYCH

Cenię w podkładach mineralnych możliwość swobodnego budowania krycia. Stosując podkład Meow, nie napotykam absolutnie żadnych trudności w równomiernym zaaplikowaniu produktu oraz waloryzowaniu jego właściwości wyrównujących koloryt, jeśli moja skóra jest w takiej kondycji jak zwykle (sytuacja, niestety, ulega zmianie, gdy moja skóra jest dosyć mocno przesuszona) - produkt nie tworzy efektu maski, nawet przy suto zaaplikowanych 3-4 warstwach. Podoba mi się szczególnie jego wykończenie - jest zdrowo matowe, bez żadnych rozświetlających drobinek, które mogą dawać za mocny blask po jakimś czasie noszenia. Podkład fenomenalnie prezentuje się na zdjęciach oraz w świetle dziennym. 

Niezależnie od zastosowanego pędzla, podkład wybiórczo i subtelnie chwyta się cery, jest to pozytywny aspekt użytkowania podkładu, gdyż pomimo średniego krycia, nie tworzy on plam, zacieków, nie ściera się przy aplikacji kolejnych warstw i gwarantuje niezwykle naturalne wykończenie, jednak jeśli skóra jest przesuszona lub decydujesz się na aplikację na mokro, podkład może kumulować się nadmiernie w załamaniach, intensyfikować swój kolor w miejscach trudniej dostępnych oraz dawać efekt obsypania mąką. To jeden z tych podkładów mineralnych, który jest niewidoczny, niewyczuwalny i cudownie komfortowy na skórze, ale na skórze, która przepada za tak suchymi formułami mineralnymi.

Od lewej: skóra bez makijażu, dalej: pierwsza warstwa podkładu Meow Flawless Feline w świetle naturalnym ostrym, surowym.

Meow dzięki bardzo delikatnej strukturze, wyjątkowo korzystnie i estetycznie osiada na naskórku oraz optycznie wygładza cerę - nie podkreśla blizn, niedoskonałości, rogowaceń. Nie daje również pylistej, brzydkiej, suchej, postarzającej woalki (ale miej na uwadze to, co zdążyłam już wyżej napisać). Nie prezentuje się tak fantastycznie na suchych typach cery, jak na tłustych i mieszanych przeciągniętych w stronę tłustą, może wyrządzać im ogromną krzywdę i doprowadzać do migotania przedsionków: dzisiejsze zdjęcia celowo wykonałam podczas przesuszenia skóry i moje zachwyty nad Meow diabli biorą, co mnie nie dziwi - to są najbardziej suche minerały jakie znam. 

Przy tak delikatnych i wyczuwalnie suchych formułach bardzo często pojawia się problem podkreślania suchych skórek, suchej struktury twarzy oraz silniejszego niż przy innych podkładach mineralnych - przesuszenia, co odstręcza potencjalnych użytkowników. Cóż, obawy te są słuszne i umotywowane, bowiem recenzowana dzisiaj formuła rzeczywiście suche skórki podkreśla w stopniu mocnym, wyjątkowo niekorzystnym. Jak każdy podkład mineralny, Meow również posiada tendencję do wysuszania skóry i moim zdaniem nie upiększa on skóry mającej faktyczny problem z nawilżeniem - słabnie krycie, podkład nie przylega do skóry (nie jest dobrze przyczepny), nadmiernie pyli i intensywnie nasila ucieczkę wody.

Pomimo tych wad, zasługuje na niewymuszoną chwalbę, szczerze wypływającą z moich ust: nosi się niezwykle komfortowo, nie powoduje swędzenia, podrażnień, i co mnie zaskakuje: nie generuje egzogennego, typowo kosmetycznego łojotoku, nawet jeśli nie do końca współpracuje z cerą.

Podkład nie podkreśla rozszerzonych porów oraz po jakimś czasie do nich nie migruje. Jeśli skóra jest bardzo sucha, będzie podkreślał załamania i zmarszczki, ale podobnie jak ochoczo stosowany przeze mnie podkład regulujący polskiej marki Clare Blanc, mimo braku substancji dodatkowych, daje efekt optycznego wygładzenia, podobnie jak klasyczna krzemionka. Skóra po zastosowaniu pudru, jest bardzo gładka, delikatna, zdrowa, bez nadmiernego błysku. Po głębszym zastanowieniu się, Meow mają pewien wspólny mianownik również i z powyższym przykładem z Polski, ale jednak mają nieco słabszą przyczepność, co jest atutem w przypadku skóry tłustej, bez tendencji do odwodnienia, a raczej kierującej się już w kierunku łojotoku. Podkład świetnie absorbuje sebum i pracuje z cerą, która nie jest idealna i ma pewne skłonności do przetłuszczania się, nie oddaje okrzyków rozpaczy i nie wymaga natychmiastowej ewakuacji jak Annabelle Minerals, czy Lucy Minerals w śmiercionośnym starciu z wilgocią, a dzielnie trwa przez długie godziny w niezmienionym stanie.

Podoba mi się również to, że nie wymaga on zbytniego pieszczenia się ze skórą. Nie generuje kolejnych problemów z cerą oraz jeśli naskórek jest odpowiednio zadbany lub przesunięty w stronę tłustą -  nie dopomina się o stosowanie specjalnych technik utrwalających, baz i innych cudów. Sam w sobie jest niesamowicie odporny na niekorzystne czynniki zewnętrzne. Ot, nakładam go niedbale pędzlem (nawet raptownie po przebudzeniu, gdy moja koordynacja ruchowa pozostawia wiele do życzenia) i prezentuję się w nim fantastycznie nawet po potwornie uciążliwym dniu o godzinie 22.

Jak już napomknęłam, to najbardziej trwały podkład mineralny, jaki znam, z tym że na niektórych typach cery będzie dawał idealne, gładkie, cudowne wykończenie, a na innych pyliste, suche i nierównomierne rozłożenie koloru. Podkłady Meow plasują się w samej czołówce moich ulubionych formuł mineralnych, chociaż bywają dni, gdy nie mogę ich użyć.

Po podkłady Meow sięgam z ogromnym entuzjazmem szczególnie upalnym latem, gdy wszystkie posiadane przeze mnie kosmetyki, niezależnie od formuły i postaci, zostają poddane sporej, często katastrofalnej w skutkach (nie tylko dla mnie, ale również i dla otoczenia!) próbie, nieliczna część z nich przejdzie ją z powodzeniem, zaś niechlubna reszta zostanie zepchnięta do nikczemnej, drewnianej szuflady z dopiskiem "czekam do późnej jesieni". Amerykańska marka bez względu na warunki jakie panują na zewnątrz, wychodzi zawsze z obronną ręką, mam pewność, że za każdym razem zaaplikowane minerały będą moją naturalnie tłustą skórę upiększać.

Od lewej: skóra bez makijażu, dalej: dwie warstwy podkładu Meow Flawless Feline w świetle naturalnym miękkim. 

Tak miałkie i wyczuwalnie suche minerały, oprócz możliwości budowania krycia i zachwycająco naturalnego wykończenia, bardzo ładnie schodzą ze skóry i bardzo łatwo poddają się nawet delikatnym metodom myjącym.
 Pyłek przepięknie łączy się z cerą, bez efektu pieczołowicie ugniatanego piernika na święta. Nie roluje się, nie ściera, nie warzy, nie dzieje się z nim nic dziwnego i nie powoduje narastających wraz z czasem wyrzutów sumienia. Kosmetyk delikatnie i subtelnie znika ze skóry, ale zapewnia najlepsze krycie po kilku godzinach z dotąd poznanych mi podkładów mineralnych. Oczywiście, że po jakimś czasie nieznacznie ono słabnie, co jest zupełnie naturalne i mnie nie martwi, ważne jest jednak to, w jaki sposób to się odbywa i w biegu długodystansowym, Meow pobija polską konkurencję. Uwielbiam podkłady, które nie wymagają ciągłej kontroli sytuacji z mojej strony. Nosząc Meow wiem, że nie usłyszę troskliwego "wszystko jest ok?" i nie muszę działać oczyma mojej wyobraźni oraz poszukiwać chaotycznie lusterka w mojej torebce, aby wiedzieć, że kondycja mojej cery nie odbiega od tego, co reprezentuję sobą na co dzień.

Podkład Meow Cosmetics Flawless Feline po 10 godzinach noszenia bez poprawek, bez pudrów utrwalających. Światło miękkie, ciepłe.

Podkład nie współpracuje aż tak fantastycznie z aplikowanymi na niego produktami kolorowymi, szczególnie sypkimi. Kosmetyki nieznacznie zatracają swoje rozświetlające, gładkie wykończenie, jednak rozprowadzają się bez większych komplikacji. Mam jednak wrażenie, że nie osiadają tak pięknie jak przy innych podkładach mineralnych i dają bardziej suche wykończenie - zyskują dzięki temu na trwałości i nie oksydują.

Ze względu na lekką strukturę, formuła Meow Flawless Feline to także świetny puder matujący oraz wykańczający makijaż. Doskonale współpracuje również z kremową kolorówką, a zwłaszcza z kremowymi produktami o słabym/średnim kryciu. Nie tworzy plam, zacieków, a także nie wysusza skóry tak jak standardowe pudry zawierające talk i krzemionki.


SŁABY PUNKT PROGRAMU

No cóż, podkład Meow Flawless Feline nie jest idealną formułą dla każdego, co zresztą widać na dzisiejszych zdjęciach, zwłaszcza wykonanych w dużym przybliżeniu.

Zapewne znajdą się osoby, którym będziesz przeszkadzało bardzo przeciętne, niepowalające krycie i potrzeba jego budowania, ja natomiast lubię, gdy podkłady robią coś więcej i nie zapewniają przy tym efektu full cover. Problem tkwi w czymś innym.

Podkład ma wyczuwalnie niezwykle suchą konsystencję, więc aplikowany przy większej ilości warstw, może podkreślać niezbyt atrakcyjnie suche niedoskonałości oraz gnieżdżące się grudki. To taki kosmetyk, który jednak wygląda najkorzystniej zaaplikowany bez ponownego budowania krycia, mimo że nie sprawia to problemów. Są podkłady mineralne, które znacznie lepiej sprawdzają się na przesuszonych i odwodnionych typach cery.


Podkład na skórze wysuszonej nie czyni takich cudów: nierównomiernie i niekorzystnie osiada na naskórku, podkreśla nadmiernie suche skórki oraz ma tendencję do tworzenia brzydkich plam w załamaniach, których nie można później już ruszyć i zostają na amen, aż do momentu demakijażu (widać to na przykład w okolicach nosa). Kolor podkładu również zaczyna nie współpracować z cerą - gama Angora nadmiernie żółknie, zaś bardziej brzoskwiniowe, opalone i złociste gamy mają tendencję do niebezpiecznego ocieplania się. Podkreśla w wyjątkowo niekorzystny sposób strukturę twarzy. Może dawać pyliste, suche wykończenie, którego nie lubię, ale to typowe, suche minerały, które albo ktoś polubi, albo nie. 

Podkład Flawless Feline to również mineralna katastrofa, jeśli zostaje zaaplikowany metodą na mokro. 

Jednak największym minusem, z całą pewnością, jest jego dostępność, a raczej niedostępność w Polsce. Produkty należy ściągać z innego kontynentu, co jest nie do przeskoczenia dla pewnych osób. Ceny podkładów również nie są niskie - mimo że minerały można zakupić w dwóch pojemnościach Munchkin (6-8g) lub Full-Size (22-30g), doliczając koszty przesyłki nie jest to najlepszy interes na świecie. Pocieszające jest to, że rzadko kto kupuje minerały Meow poza ceną promocyjną i nie korzysta z darmowej przesyłki na cały świat. Jak szaleć to na całego.

NA PEWNO ZNAJDZIESZ COŚ DLA SIEBIE

Meow to ogromna paleta barw i oczywiście pięknych kotów.

Nie wierzę w to, aby nie znaleźć tam idealnego koloru dla siebie - wszystkie gamy są bardzo ładnie zrównoważone z przewodzącymi, dominującymi tonami. Gama kolorystyczna jest przedstawiona w prosty, nieskomplikowany sposób, a odcienie ukazane na stronie internetowej, co nie zdarza się często, faktycznie oddają rzeczywiste zabarwienie podkładów mineralnych.

Poziom jasności podkładów w znacznej mierze odpowiada polskim standardom, a szczególnie gamom polskiej marki Ecolore i Neauty, gdzie najjaśniejsze odcienie są naprawdę jasne, a dokładniej: blade. Dotyczy to szczególnie gamy żółtej, Angora, która jest jaśniejsza o pół tonu od pozostałych, standardowo oferowanych odcieni, z tego powodu zamiast zerówki, wybrałam dla siebie jedynkę, która odpowiada jedynkom z Ecolore, Ivory z Neauty, Cream z Annabelle Minerals oraz pierwszym odcieniom z gamy pozostałych marek mineralnych dostępnych bez problemu w  Polsce.

Marka Meow w swoich kosmetykach nie stosuje parabenów, konserwantów, krzemionek, bizmutu, nanocząsteczek oraz mikronizowanych pigmentów, które mogą w określonych warunkach wykazywać właściwości katalizujące. Podkłady zawierają jednak azotek boru, który może powodować podrażnienia i drażnić szczególnie skórę odwodnioną.

INCI:  Mica, Zinc Oxide, Titanum Dioxide, Boron Nitride, Iron Oxides. 

Grupa docelowa: cera tłusta, łojotokowa, mieszana w kierunku tłustej, mieszana znormalizowana.
Odradzam: skóra mocno sucha, silnie odwodniona, mieszana w kierunku suchej, szybko rogowaciejąca, wysuszona.

ARTYKUŁ NIE JEST SPONSOROWANY.

Pozdrawiam ciepło,
Ewa

10:10

OLEJKI ETERYCZNE I ABSOLUTY

OLEJKI ETERYCZNE I ABSOLUTY

Nigdy nie umniejszałam roli ziół, a zwłaszcza będących ich esencją: olejków eterycznych, w pielęgnacji mojej skóry. Niejednokrotnie dary natury, jakimi niezaprzeczalnie są esencje zapachowe, są rozwiązaniem lub też wspaniałym uzupełnieniem kuracji dermatologicznych. Prócz działania antybiotycznego, przeciwzapalnego, normalizującego i oczyszczającego, koją zmysły, wyciszają układ nerwowy lub też energetyzują i są wspaniałą dawką energii na kolejny, nowo rozpoczęty dzień. 

18:00

CLARE BLANC | MINERALNY PODKŁAD PRASOWANY

CLARE BLANC | MINERALNY PODKŁAD PRASOWANY

Podkłady prasowane  mineralne z wielu powodów mogą okazać się lepszym wyborem od tradycyjnego, sypkiego pyłku, choć nie jest to regułą i wszystko zależy od techniki sprasowania produktu oraz substancji scalających pigmenty mineralne, bowiem kosmetyk może wprowadzać tak szybko w zachwyt, jak i zrażać do siebie za każdym razem, gdy zostaje zaaplikowany na skórę.

16:00

NEAUTY MINERALS MATUJĄCY PODKŁAD MINERALNY

NEAUTY MINERALS MATUJĄCY PODKŁAD MINERALNY
Przyświecał mi cel znalezienia kosmetyku kolorowego idealnego: wyrównującego w naturalny sposób koloryt skóry i nierozgraniczającego barwnego świata kolorówki od dobrej jakości pielęgnacji. Niestety, powracam za każdym razem z ogromną pokorą do niezawodnych podkładów mineralnych, które cenię za lekkość, delikatność i zadowalającą współpracę z moją trądzikową cerą. Formuła matująca od Neauty Minerals, to jedna z moich ulubionych konsystencji na polskim rynku, dlatego jeszcze, w Starym Roku,zależało mi na tym, by poświęcić mu małą, drobną, ale zasłużoną chwilę.

13:20

GFF (GALACTOMYCES FERMENTATION FILTRATE) | BENTON FERMENTATION, MANYO FACTORY

GFF (GALACTOMYCES FERMENTATION FILTRATE) | BENTON FERMENTATION, MANYO FACTORY
Wymagająca skóra, potrzebuje równie wymagającej pielęgnacji. Ponure, choć prawdziwe historie zniszczonej skóry przez konwencjonalne, nieprzemyślane terapie, których skutków niepożądanych nie potrafią w zdecydowanej większości przewidywać dermatolodzy, bardzo często są rozgrywającą się osobistą tragedią dla wielu osób, które od wielu lat próbują zażegnać trądzik - okazuje się, że po wyczerpaniu puli leków, większość kosmetyków i związków aktywnych staje się stanowczo za agresywna, choć jednocześnie nieskuteczna, a silnie pobudzony i skrajnie odwodniony ze zniszczoną doszczętnie mikroflorą skórną oraz barierą hydro-lipidową naskórek, reaguje pobudliwie nawet na składniki, które są powszechnie uznawane za potencjalnie bezpieczne. Niestety, takich historii jest coraz więcej. Lekarz rozkłada ręce, ucieka od odpowiedzialności, a pacjent zostaje pozostawiony sam sobie - bez pomysłu, bez nadziei, i bez wsparcia. 

 A MOŻE GFF?

Biofermentowane wyciągi są substancjami naturalnymi, będącymi często produktem ubocznym celowanej fermentacji. Stosowane w kosmetyce są pozyskiwane w labolatoryjnych, kontrolowanych warunkach, gdzie również poddawane są naturalnym mechanizmom fermentacyjnym. Procesy zazwyczaj odbywają się poprzez fermentację alkoholową, gdzie podpuszczką są drożdże.

Dzięki fermentacji, naturalne otoczki związków aktywnych zostają rozłożone przez probiotyczne szczepy, biofermenty są zatem zdecydowanie lepiej przyswajalne, aktywne oraz zwielokrotniają swoje wartości odżywcze: między innymi wzrasta zawartość mikroelementów, witamin, związków aktywnych, są również lepiej tolerowane przez ludzką skórę, nawet w wysokim stężeniu praktycznie nie wywołują podrażnień.

Warstwa rogowa naskórka składa się końcowo z keratynocytów, które są zasadniczą barierą przed czynnikami środowiskowymi, oczywiste jest zatem, że regularne, nieumiarkowane, agresywne złuszczanie naskórka powoduje po pewnym czasie toksyczne, prozapalne reakcje. Biofermenty działają w zupełnie odwrotny sposób do substancji silnie złuszczających, choć również regulują hiperkeratozę i hamują stan zapalny, mają zupełnie inny mechanizm działania: efekt oczyszczający i regulujący jest wynikiem normalizacji procesów zachodzących w komórkach naskórka - nie uszkadzają bariery hydro-lipidowej, nie zaburzają naturalnej mikroflory oraz nie wyjaławiają skóry. Mogą być stosowane długotrwale, bez ryzyka pojawienia się efektów niepożądanych.

GFF jest produktem ubocznym sfermentowanego sake. Obszar działania GFF jak na substancję aktywną stosowaną zewnętrznie jest wysoki - badania kliniczne potwierdzają skuteczność filtratu nawet na skórę właściwą, co jest niemożliwe przy stosowaniu standaryzowanych ekstraktów roślinnych oraz większości związków aktywnych.

Podczas regularnego, sumiennego stosowania Galactomyces Fermentation Filtrate możesz zauważyć:
  • wzrost nawilżenia, lepsze nawodnienie i odżywienie skóry, 
  • odczuwalne wygładzenie,
  • wzrost elastyczności i napięcia, 
  • rozjaśnienie świeżych przebarwień potrądzikowych oraz tych, które zdążyły się już utrwalić,
  • obkurczenie, zwężenie i oczyszczenie porów, 
  • znaczna redukcja stanów zapalnych,
  • zminimalizowanie występowania trądziku toksycznego, polekowego, 
  • ograniczenie rogowacenia, 
  • działanie kojące i uspokajające, 
  • zauważalna poprawa procesów regeneracyjnych skóry, między innymi mniejsza tendencja do powstawania blizn, 
  • działanie antyoksydacyjne, według badań GFF jest antagonistą deksametazonu, przyznam, że jestem ciekawa jego działania doustnego, może być pomocny przy leczeniu hiperkortyzolemii, insulinooporności i stanów przedcukrzycowych oraz hiperprolaktynemii czynnościowej, które są wynikiem oksydacyjnego, długotrwałego działania stresu, 
  • sprawdza się w pielęgnacji nawet ekstremalnie wrażliwej, pobudzonej skóry, 

GFF może okazać się zatem idealną substancją dla pacjentów tak zwanego ostatniego rzutu, gdy zawiodło konwencjonalne leczenie lub też skóra stała się silne pobudliwa, nadreaktywna, nadwrażliwa i negatywnie reaguje na substancje o działaniu złuszczającym i regulującym.

To również świetna substancja czynna do trzymania na stabilnym poziomie unormowanego trądziku, niewymagającego stosowania inwazyjnych metod. GFF jestem zatem rozwiązaniem i dla osób z  cerą problematyczną, które leczą się dermatologicznie (GFF zmniejszy skutki niepożądane kuracji oraz poprawi regenerację skóry i zmniejszy tendencję do tworzenia się blizn), odrzucających leczenie konwencjonalne, pacjentów z trądzikiem różowatym, łojotokowym zapaleniem skóry, łuszczycą, infekcjami bakteryjno-grzybiczymi na poziomie mieszków przywłosowych, ale i niemających żadnych problemów ze skórą - filtrat świetnie nawilża, odżywia i rozjaśnia naskórek.

W zasadzie, niezależnie od tego, z jakim problemem się borykasz, jaki posiadasz typ skóry i rodzaj cery, nic nie stoi na przeszkodzie (oprócz alergii na grzyby i pleśnie), aby włączyć do pielęgnacji dobry preparat bazujący na filtracie z grzybów Galactomyces. Musisz jedynie mieć na uwadze, że esencje/serum są kosmetykami bazującymi na wodzie, zatem ich regularne stosowanie w niewłaściwym zestawieniu pielęgnacyjnym lub na typie cery skrajnie odwodnionym może nasilać stan suchości i w konsekwencji rozregulowywać naskórek.

Filtrat może wspomagać leczenie, ale równie dobrze może je zastąpić, jeśli Twoje problemy z cerą nie są mocno nasilone.

SERIA FERMENTATION BY BENTON 

Fermentation to zasłużenie najbardziej popularna i pomyślna  (również i łatwo dostępna w Polsce, dzięki Skin79) linia marki Benton. Oprócz precyzyjnie i skrupulatnie skomponowanych składników, polityka firmy produkuje kosmetyki zawsze na polecenie dystrybutora, co wyjaśnia dość długi czas oczekiwania na ich dostawę. Warto jednak poczekać i jest to ogromny plus dla marki, zwłaszcza, że świeżość kosmetyków w przypadku biofermentów wpływa bezpośrednio na ich końcową efektywność działania.

Linia Fermentation to dwa, wyjątkowe produkty w bardzo prostej oprawie: lekka esencja oraz krem pod oczy, które posiadają świetne walory wiążące wodę, ale są to raczej produkty skierowane do pielęgnacji cery typowo tłustej lub wymagającej bardzo niewiele okluzji w pielęgnacji. Może to jednak pozostać kwestią umiejętnego wplecenia produktów w pielęgnację innego typu i rodzaju cery, ale wówczas kosmetyki z serii Fermentation nie powinny być ostatnim krokiem w pielęgnacji.

Przewodnim składnikiem, będącym jednocześnie bazą produktów jest filtrat z drożdży Galactomyces, ale oprócz niego, na liście ingredientów znajdziemy dodatkowe składniki o działaniu kojącym, łagodzącym, gojącym i rozjaśniającym (ekstrakt z aloesu, ekstrakt z.pulsatilla koreana, malwy różowej, ekstrakt z owoców sanscho, wyciąg z porostu islandzkiego, panthenol, alantoina, beta-glukan, ceramidy, czy oligopeptydy). Cieszy mnie to, że efekty regularnego stosowania produktów są faktycznym urzeczywistnieniem obietnic producenta i kosmetyki doskonale sprawdzają się w pielęgnacji skóry trudnej - nadwrażliwej, nadpobudliwej, skrajnie zmienionej zapalnie.

Produkty Benton pozbawione są zapachu. Mają bardzo lekkie formuły, które świetnie współpracują z wymagającymi, podatnymi na zanieczyszczanie się typami cery. Pod względem walorów użytkowych przypadną do gustu szczególnie mężczyznom.


ESENCJA

Bardzo lekka, wodnista, przelewająca się między palcami, co nie do końca mi odpowiada. Nie nakłada się jej luksusowo, to znaczy: przyjemnie i aksamitnie, nie czuć w niej koncentracji dobroczynnych składników, które widnieją w składzie, dlatego też pierwsze zderzenie z konsystencją esencji to pewien rodzaj rozczarowania. Z takimi produktami nie pracuje się łatwo, a jeszcze trudniej jest je umiejętnie włączyć w pielęgnację, zwłaszcza gdy skóra ma tendencję do wysuszania.

Po wklepaniu w skórę nie wchłania się całkowicie, zostawia lekką, choć wyczuwalną w przyjemny sposób warstewkę, która na typach cery, które nie wymagają zastosowania okluzji, wystarczająco zabezpieczy ją przed odwodnieniem, ale sytuacja będzie zupełnie odwrotna, gdy zapotrzebowanie na emolienty jest wyższe. Produkt nałożony w zbyt dużej ilości może nieprzyjemnie lepić się, a niestety konsystencja produktu nie pozwala na dozowanie właściwej, jednorazowej porcji.

Jest to jednak w pewnym stopniu atut esencji. Łagodny woal bardzo dobrze przygotowuje skórę pod makijaż kremowy. Pigmenty doskonale trzymają się skóry, kremowa formuła jedwabiście i delikatnie chwyta się cery, podkład ma mniejszą tendencję do osiadania w niedoskonałościach i ich nieestetycznego podkreślania, trwałość wykończonego makijażu również znacząco wzrasta. Aplikowana pod kosmetyki mineralne może okazać się stanowczo zbyt lekka, zwłaszcza teraz, gdy zapotrzebowanie na okluzję wzrasta i mimowolnie, sama konsystencja sypkich produktów nasila ucieczkę wody z naskórka.

Moja skóra nie lubi przeładowanej pielęgnacji, a dodatkowo bardzo szybko obserwuję u siebie wzmożony łojotok pod wpływem stosowania kosmetyków, które odwadniają powierzchowne warstwy skóry - o ile Benton na moim typie cery zachowuje się świetnie stosowany w połączeniu z kremem z tej samej serii, o tyle samodzielnie prowadzi do rozregulowania mojego naskórka, choć bardzo pozytywnie wspominam jego stosowanie na przykład latem, gdy moja cera nie przepada za okluzją i tak lekkie konsystencje są odzwierciedleniem potrzeb mojej skóry. Aktualnie rzadko kiedy zdarzają się dni, gdy mogę ograniczyć się tylko i wyłącznie do esencji Benton.

Lekkość tej formuły okaże się zatem mocną stroną dla typów cery, które walczą z nadmiernym łojotokiem o charakterze wewnętrznym lub mają świetnie zbilansowaną pielęgnację i są w stanie przeznaczyć specjalne miejsce dla esencji Benton w swoim rytuale pielęgnacyjnym. Osobiście dążę do zredukowania ilości nakładanych kosmetyków, dlatego też nie uważam, aby był to kosmetyk, który sprawdzi się w minimalistycznym, prostym postępowaniu.

Niezadowolenie z działania esencji Benton niewątpliwie odnotują wszystkie osoby dla których okaże się zdecydowanie za lekka, nie posiada ona bowiem żadnych substancji powlekających, a zarówno filtrat, jak i większość substancji dodatkowych, to związki wiążące wodę, zresztą, sama formuła jest wyjątkowo wodnista i dość szybko wysycha. Oczywiście można zmodyfikować jej działanie: rozcieńczać nią kremy, lotiony, emulsje, które okazują się zbyt treściwe stosowane samodzielnie. Esencja wspaniale zwiększy ich walory nawilżające i zacznie zupełnie inaczej zachowywać się na skórze.

Domniemana mizerność działania produktu Benton zapewne leży w formule - w końcu to woda i nie każdy typ skóry zaakceptuje taką formę produktu pielęgnacyjnego. Ta grupa osób, którym konsystencja przypadnie do gustu, zauważą bardzo szybko zwężenie porów, uspokojenie stanu zapalnego, redukcję łojotoku, widoczne rozjaśnienie skóry oraz wzrost elastyczności naskórka. Muszę przyznać, że byłam zachwycona jej działaniem porą letnią, ponieważ zredukowała problem zapalenia mieszków włosowych do zera, niesamowicie uspokoiła moją cerę, a dodatkowo struktura i faktura skóry uległa ogromnej poprawie (niestety w lipcu na mojej skórze zaczęły pojawiać się blizny zanikowe). Czar jednak prysł jesienią, gdy produkty bazujące na wodzie nie są najlepszym rozwiązaniem nawet dla typów błyskawicznie zanieczyszczających się, jeśli jednocześnie skóra w okamgnieniu traci wodę. Oczywiście jest na to rozwiązanie, ale nie każdy jest skłonny zakupić pełen zestaw Fermentation.

Produkt jak najbardziej może nasilać łojotok, rozszerzać pory, nasilać rogowacenie, sprzyjać zanieczyszczaniu się cery oraz wywoływać pieczenie, swędzenie i podrażnienia. Nie jest to jednak winą składu, a samej formulacji, która najprościej to ujmując: wysusza. Te wszystkie objawy o których napisałam są oznaką odwodnienia skóry. Zanim postanowiłam opublikować dzisiejszą recenzję, bardzo dobrze zapoznałam się z opiniami innych osób użytkujących esencję i okazało się, że wszystkie osoby, do których opinii dałam radę dotrzeć, nawet nie założyły, że używają tego produktu źle i tak lekka forma produktu nie jest odpowiednia do stanu nawodnienia ich naskórka. Potraktowałabym zatem gorzkie słowa niektórych osób z lekkim przymrużeniem oka. Na rynku jest niewiele produktów z tak dobrą listą składników, tak świetnym podejściem producenta do produkcji własnych kosmetyków i dodatkowo naprawdę przynoszących efekty, nie tylko przy dłuższym stosowaniu - niektóre efekty można zauważyć zaledwie po kilku dniach.

Kosmetyk pomimo aktywnego składu, nie wywołuje podrażnień i zaczerwienień, jego aplikacja nie jest powiązana również z występowaniem przejściowego uczucia ciepła. Odczuwalnie koi, uspokaja, łagodzi.

Obserwacje: w przeciągu dwóch pierwszych tygodni użytkowania esencji Benton, moja cera zauważalnie (i nie tylko przeze mnie, choć akurat w tym przypadku ja jestem bardziej krytyczna) stała się jaśniejsza i lepiej nawodniona oraz zmniejszyła się tendencja do rogowacenia, produktu używam prawie pół roku i w tym czasie całkowicie do zera zredukowałam problem zapalenia mieszków włosowych. Przebarwienia pozapalne znacznie pojaśniały, a zaznaczę, że na moim typie i rodzaju skóry wchłaniają się strasznie opornie. Nie mam problemów z rozszerzonymi porami, ale sama esencja ich nie poszerzyła i nie sprzyjała ich zanieczyszczaniu, oczywiście o ile tak lekka formuła sprawdzała się stosowana samodzielnie. Pomimo stosowania retinoidów, nie występuje u mnie problem nadmiernej reaktywności skóry - żongluję kosmetykami do makijażu, ostatnio dosyć często zmieniam produkty do oczyszczania skóry, wcześniej nie mogłam sobie na to pozwolić, wiedziałam czym się to skończy. W dotyku skóra jest dosłownie jak aksamit: niesamowicie gładka i przyjemna. Dzięki systematycznemu stosowaniu esencji widzę ogromną poprawę w kondycji skóry, a zazwyczaj mam problem z kosmetykami, które są tak łatwo dostępne.

Cena: około 130 zł /100 ml. Opakowanie proste, minimalistycznie, sprawnie działające. Kosmetyk bardzo wydajny. Wart zakupu, jeśli nie będę mieć dostępu do Manyo Factory, sięgnę po propozycję marki Benton.

INCI: Galactomyces Ferment Filtrate, Bifida Ferment Lysate, Water, Glycerin, Butylene Glycol, Pentylene Glycol, Adenosine, Sodium Hyaluronate, rh-Oligopeptid-1, Ceramide NP, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Betaine, Panthenol, Allantoin, Althaea Rosea Flower Extract, Zanthoxylum Piperitum Fruit Extract, Pulsatilla Koreana Extract, Usnea Barbata (Lichen) Extract, Arginine, Xanthan Gum.

KREM POD OCZY.

Fantastyczny. Nie tylko do stosowania pod oczy, ale i na całą twarz.

Pomimo treściwej (i jednocześnie lekkiej) konsystencji, która świetnie zabezpiecza skórę przed wysuszeniem, doskonale się rozprowadza oraz wchłania, nie jest ciężki. Nie jest aż nadto wysychający, pozostawia bardzo komfortową, pożądaną warstwę, ale z pewnością zbyt łagodną dla skóry, która wymaga codziennej, w zwiększonej dawce w okluzji. Nie tłuści się, nie klei, nie warzy, nie oblepia nadmiernie skóry i nie tworzy niczego dziwnego po jakimś czasie, ale chroni i koi. Jego konsystencja świetnie współpracuje z odwodnioną skórą, to jeden z niewielu produktów, który daje efekt zmiękczenia.

Moje okolice pod oczami nie są wymagające, rzadko kiedy stosuję pod nie specjalny krem. Mimo wszystko zdarza się, że aplikuję właśnie tam Fermentation Eye Cream i widzę poprawę - mam więcej rzeczy do zrobienia niż czasu, brakuje mi właściwej ilości snu, a pomimo tego moje okolice oczu nie zdradzają przewlekłego, trwającego już od kilku miesięcy przemęczenia. To świetny produkt dla skóry, która widocznie zaczyna tracić elastyczność, pojawiają się pierwsze zmarszczki mimiczne i trzeba zacząć jakoś działać, ale nie ma jeszcze tragedii i skóra nie piszczy z wysuszenia. Wątpię, aby przyniósł super efekty na skórze bardzo wymagającej i dojrzałej, która wymaga jednak treściwszej formuły, ale to jedna z lepszych propozycji dla osób, które nie są zadowolone z działania większości kremów pod oczy bo są albo za tłuste, albo nie robią kompletnie nic w kierunku nawilżenia.

Przynosi natychmiastową ulgę - skóra jest zmiękczona, łagodnie powleczona, ale później krem stopniowo, sukcesywnie wtapia się w skórę. Nie pozostawia mokrego, brzydkiego wykończenia, jest bardzo lekki w noszeniu, nie przeszkadza mi jego obecność, a uwierz mi, że jest masa takich mazideł. Zachowuje się na skórze bardzo subtelnie, mimo że nawilżenie i zmiękczenie jakie zapewnia, nie jest równoznaczne z cięższą formułą.

Z powyższych względów Fermentation Eye Cream stosuję z powodzeniem na całą twarz, nie tylko w rejonie ocznym. Skóra po jego zastosowaniu wygląda o wiele lepiej, ale używam go zgodnie z własnym zapotrzebowaniem na okluzję i zazwyczaj nie dzieje się to często, a jeśli już, to sporadycznie w wieczornej pielęgnacji. Stosowany z umiarem jest bardzo dobrze przyjmowany przez skórę - na mojej tłustej i niezwykle kapryśnej skórze nie spowodował nagłego pogorszenia, napadowego łojotoku, nieprzewidzianego nalotu zmian trądzikowych, a przekonałam się dość boleśnie, że niestety istnieją takie produkty, które potrafią robić takie rzeczy nawet w ciągu jednego, niepełnego dnia. Tak, tak, nie trzeba nawet czekać kilku dni, aby nie poznawać siebie w lustrze. Bardzo lubię go łączyć z esencją Manyo Factory albo stosować jak mocniejsze zabezpieczenie, wówczas traktuję krem jak oddzielny krok po zaaplikowaniu wodnistego serum.

Myślę, że może być bardzo pomocny w likwidacji zmarszczek, które wynikają z odwodnienia skóry. Przyniesie również ulgę skórze podrażnionej, wysuszonej, nadwrażliwej. Z drugiej strony może nie sprawdzić się na typach cery potrzebujących więcej okluzji - odradzam go typowej cerze suchej oraz bardzo szybko wysychającej.

Krem jest bardzo wydajny, nie lubi być aplikowany w za dużej ilości. Poza tym ma świetne, poręczne opakowanie oraz absolutnie genialną, zwężaną końcówkę aplikującą.

Obserwacje: Skóra podczas stosowania Fermentation Eye Cream uległa zdecydowanej poprawie pod względem nawilżenia, ponadto, krem waloryzuje działanie esencji. Mimo gęstej, treściwej formuły, krem świetnie zachowuje się nawet na tłustej skórze i bardzo chciałabym, aby dedykowane mojemu rodzajowi, umieszczę tę frazę w cudzysłowie, lekkie kremy przynosiły takie efekty i uczucie podczas aplikacji - delikatnie otula, zmiękcza, nie rozsadza porów oraz nie generuje nadmiernego łojotoku. Pozostawia delikatniutką warstewkę, która normalizuje pracę gruczołów łojowych i faktycznie daje efekt nawilżenia, nawodnienia i łagodnego, komfortowego natłuszczenia.

Cena: 130 zł/100 ml

INCI: Galactomyces Ferment Filtrate, Bifida Ferment Lysate, Butylene Glycol, Caprylic /Capric Triglyceride, Glycerin, Cetostearyl Alcohol, Cetyl Ethylhexanoate, Water, Macadamia Temifolia Seed Oil, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Pentylene Glycol, rh-Oligopeptide-1, Ceramide NP, Sodium Hyaluronate, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Adenosine, Allantoin, Althaea Rosea Root Extract, Betaine, Panthenol, Beta-Glucan, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Arginine, Zanthoxylum Piperitum Fruit Extract, Pulsatilla Koreana Extract, Usnea Barbata (Lichen) Extract, Sorbitan Stearate.

MANYO FACTORY GALACTOMYCES NIACIN SPECIAL TREATMENT ESSENCE 

Gdybym miała wskazać jeden kosmetyk, który spełnił moje wszystkie oczekiwania, bez zastanowienia wskazałabym esencję Manyo Factory. Nie posiada tych minusów, które wychwyciłam u konkurencji - Fermentation Benton. Formuła jest odczuwalnie bardziej treściwa, jedwabista w dotyku, aksamitna, delikatnie silikonowa. Świetnie się z nią pracuje - wystarczy niewielka ilość esencji, aby równomiernie pokryć nią skórę.

Podczas aplikacji daje uczucie muskania cery jedwabiem, natychmiast czuję rozprężenie, ukojenie i nawodnienie. Pięknie wtapia się w skórę, choć łagodnie ją otula, nic a nic, nie klei się. Nie roluje się, nie zachowuje dziwnie w połączeniu z innymi produktami. W moim odczuciu to cięższa (co dla mojej cery jest bardziej korzystne) i bardziej skondensowana forma esencji Benton - nie tylko pod względem samej konsystencji, ale i działania. Pomimo wodnej formuły, Manyo Factory jestem w stanie używać codziennie - czasami samodzielnie, czasami w połączeniu z doskonałym kremem Benton z serii fermentowanej, ale sprawdza się niezależnie od pory roku, warunków atmosferycznych, stanu mojej cery i stopnia jej nawodnienia.

Esencja oprócz zawartości filtratu z drożdży Galactomyces, zawiera dodatkowo bardzo podobne ekstrakty roślinne, które wykorzystała firma Benton (ekstrakt z owoców sansho, ekstrakt z pulsatilla koreana, malwy różowej oraz oczaru wirginijskiego), choć najbardziej zainteresowała mnie obecność niacyny, działającej silnie przeciwzapalnie, antyoksydacyjnie, łagodząco i kojąco, witamina B3 reguluje również aktywność gruczołów łojowych oraz doskonale rozjaśnia przebarwienia, waloryzuje zatem działanie przewodniego składnika GFF. Znajduje się w dość wysokim stężeniu, podczas wymiany e-maili otrzymałam informację, że jest jej około 5-6%.

Obawiałam się, że tak wysokie stężenie niacyny nie do końca sprawdzi się w tak lekkiej formule, ale mój niepokój zniknął, gdy zapoznałam się namacalnie z konsystencją. Esencja może jedynie podczas aplikacji na pobudzoną, rozdrażnioną skórę spowodować przejściowe uczucie ciepła. Działa intensywniej. Efekt ten jednak bardzo szybko mija. To doskonała propozycja dla osób, które szukają alternatywnych sposób regulacji skóry i chcą zupełnie zrezygnować z konwencjonalnych metod regulująco-złuszczających.

Również może okazać się za lekka dla niektórych osób, choć w porównaniu z esencją Benton jest bardziej esencjonalna i przyjemna w użytkowaniu. Warto mieć jednak na uwadze to, co zdążyłam już napisać wyżej i ewentualnie używać jej do modyfikowania zbyt ciężkich konsystencji, które nie sprawdzają się stosowane samodzielnie. Nie u każdego sprawdza się tak lekka pielęgnacja.

Nie do końca odpowiada mi forma dozowania produktu, za każdym razem obawiam się, że zniszczę opakowanie i z białą gorączką będę poszukiwać czegoś zastępczego. Nie mniej, mimo intensywnego użytkowania produktu, nic nie uległo nieprzewidzianej destrukcji. Pomimo dwukrotnie mniejszej pojemności od Fermentation Essence, wydajność kosmetyków jest na zbliżonym poziomie.

Obserwacje: Nie musiałam długo czekać, efekty pojawiły się zaledwie po kilku dniach stosowania esencji. Cera uległa natychmiastowej normalizacji - aktualnie nie mam żadnych problemów z łojotokiem. I tak minimalne pory uległy dodatkowemu zwężeniu - skóra stała się zbita, jędrna, napięta, ale w ten pozytywny sposób. Zauważyłam ogromną poprawę w kolorycie cery - GFF sam w sobie świetnie rozjaśnia przebarwienia pozapalne, ale tylko podczas stosowania Manyo Factory rozjaśnieniu uległy również niektóre zmiany już utrwalone, a także znacząco poprawił się niefortunnie najsłabszy pod względem jakości obszar na mojej twarzy - bruzdy nosowo wargowe, na które nie działało absolutnie nic. W przeciągu kilku tygodni naskórek stał się nieprzyzwoicie gładki, taki efekt przynosiła mi dotychczas tylko regularnie stosowana tretinoina, ale efekty wcale długo się nie utrzymywały i były obarczone poważnymi skutkami ubocznymi - przygasiły się wszystkie stany zapalne, rogowacenie zmniejszyło się do stanu akceptowalnego. Nie zrezygnowałam całkowicie ze stosowania Atredermu, ale aktualnie wystarcza mi aplikacja tretinoiny raz na miesiąc, gdzie wcześniej musiałam zaaplikować lek co najmniej 2-3 razy w miesiącu, aby później nie walczyć z wysypami. Niestety od pewnego czasu zauważyłam większą tendencję do powstawania bliznowców zanikowych, mimo że esencja nie wygładziła moich blizn, widzę, że tkanka regeneruje się w o wiele lepszy sposób oraz bardzo dobrze wspomaga moją walkę z ubytkami w skórze. Zupełnie obiektywnie: moja skóra nigdy nie wyglądała tak dobrze jak teraz, często słyszę, że promienieję, mimo że ostatnio nie dbam o siebie tak, jak powinnam ;)

Cena: 130 zł/ 50ml.

INCI: Galactomyces Ferment Filtrate, Niacinamide, Zanthoxylum Piperitum Fruit Extract, Pulsatilla Koreana Extract, Usnea Barbata (Lichen) Extract, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Extract, Sodium Hyaluronate.

ARTYKUŁ NIE JEST SPONSOROWANY. 

Pozdrawiam,
Ewa