20:17

Whamisa Water Cream

W zasadzie wciąż brakuje mi czasu i nie ma u mnie czegoś takiego jak organizacja czasu, coś nagle wyskoczy, pojawi się nagłe zlecenie, zaczną się praktyki, studia, aż niepostrzeżenie, wyjątkowo często użytkowany Water Cream prawie całkowicie zużyłam, zapominając o recenzji, którą przydałoby się umieścić i o którą często pojawiały się pytania, tutaj, na blogu. Producent zdążył już nawet zmienić opakowanie (mam nadzieję, że zmianie uległo jedynie opakowanie i szata graficzna, a nie doskonała treść), więc moja dzisiejsza recenzja będzie dotyczyć wersji w szklanym pojemniczku, a jeżeli uda mi się zdobyć wersję w tubie, zrobię na końcu małe porównanie, aktualizując artykuł po jakimś czasie. Dam Wam znać.  

Whamisa to koreańska, ekologiczna, naturalna marka kosmetyków, bazująca głównie na biofermentach. Kosmetyki mimo bardzo bogatego składu, świetnie sprawdzają się na skórze podrażnionej, odwodnionej, nadwrażliwej, trądzikowej, ogólnie - problematycznej. Biofermentowane związki odznaczają się znacznie wyższą aktywnością biologiczną - rozjaśniają, nawilżają, lepiej penetrują naskórek, a przy tym są lepiej tolerowane. Bardzo polecam je w pielęgnacji skóry wyjątkowo wrażliwej, z trądzikiem różowatym, łojotokowym zapaleniem skóry, atopiami, słowem - sprawiającej spore problemy.

KONSYSTENCJA I STRUKTURA

Ciężko jest mi przyrównać konsystencję kremu Water Cream do czegokolwiek. Nie jest ona typowo kremowa (taka jest po nałożeniu na skórę i daje również takie wrażenie), struktura jest jakby lekko zażelowana, choć nie jest sucha i zbyt wodnista, dobrym określeniem jest: budyniowa. Jest niesamowicie, ale w inny sposób, kremowa, nie wysycha zbyt szybko i cudownie otula potrzebującą nawilżenia skórę. Dzięki obecności naturalnego i dobroczynnego natto, udało się ograniczyć emulgatory i inne związki powlekające, których moja skóra nie lubi, a krem zyskał bardzo lekką konsystencję. 

Zdecydowanie można wyczuć w tym wszystkim zwartą strukturę, choć mogą zaskakiwać walory użytkowe tytułowego Water Cream. Staje się przyjemnie kremowy, jedwabisty, niesamowicie delikatny, mięciutki, konsystencja staje się odczuwalnie bogatsza i bardziej otulająca podczas rozprowadzania kremu w dłoniach, ale nadal zachowuje swoją lekkość, a resztki kremowości zatraca podczas wklepywania. W kremie nie wyczuwam żadnego oleju, niczego nieprzyjemnego, ale w żaden sposób nie przypomina mi lekkich, zastygających konkurentów lub bardzo wodnistych serum, to już typowo nawadniający kosmetyk o formule kremowej. 

Łagodnie zabezpiecza skórę, dzięki czemu woda nie paruje tak jak po azjatyckich tonerach, esencjach, serum, bazujących również głównie na wodzie. Mocno maże się, tworząc białe smugi, choć doskonale się rozprowadza, dając przyjemny, doskonały poślizg bez jednoczesnego uczucia toporności (z Whamisą bez problemu można wykonać masaż twarzy), dzięki temu aplikacja kremu nie naciąga delikatnej skóry. Krem nie przybiera po pewnym czasie konsystencji wody, staje się wręcz bardziej kremowy i łagodny, wtapia się w skórę najszybciej, gdy jest wklepywany, a oklepywany, nie pozostawia żadnego uczucia lepkości, kleistości. Za to tuż po aplikacji odczuwalny jest efekt nawodnienia, tej sprężystości, charakterystycznej dla nawilżonej cery, więc nazwa produktu została trafiona w samo sedno.
Lekka, budyniowa, lejąca konsystencja. Produkt wchłania się całkowicie, pozostawiając miłe uczucie ukojenia. Pozbawiony jest uczucia tłustości (chociaż tutaj ogromne znaczenie ma sposób jego aplikacji, rozsmarowywany, może obciążać skórę, chociaż nie jest tak tłusty jak inne lekkie kremy!). Świetnie współpracuje ze skórą, nie powoduje jej wzmożonego pocenia lub przetłuszczania w ciągu dnia. Jedwabista struktura doskonale rozprowadza się na skórze. Daje delikatny poślizg, podczas wklepywania, kosmetyk wchłania się zupełnie. Nie wysycha za szybko, od razu po aplikacji, można nim wykonać delikatny, nietłusty, przyjemny masaż, który nie naciąga skóry.

Water Cream jest zupełnie pozbawiony jakiegokolwiek uczucia ciężkości, chociaż nałożony tradycyjnie, będzie już odczuwalnie natłuszczał i tym samym może, ale nie musi, zatykać pory. Zdecydowanie lepiej sprawuje się wklepywany, bo wtedy nie można go nałożyć za dużo, a konsystencja błyskawicznie się wtapia, dając natychmiastowe uczucie nawilżenia i ukojenia. Wymaga ciepła. Wystarczy niewielka ilość, aby pokryć całkowicie twarz, szyję i dekolt łagodną konsystencją. 

Podczas aplikacji, mam wrażenie otulania się delikatną pierzynką, skóra momentalnie się uspokaja, ale krem nadal pozostaje lekki, w pewnych, trudnych momentach i dla mojej skóry był aż za subtelny, więc mieszałam go z In the Air Lush Botanicals, otrzymując idealną porcję natłuszczenia i nawodnienia. Nie oznacza to, że Water Cream jest całkowicie wysychający. Zostawia delikatną, choć praktycznie niewyczuwalną warstewkę (to na pewno nie natłuszczenie, którego szczerze nie znoszę, a po prosu dobrze zmiękczony  i komfortowo zabezpieczony naskórek), idealną w porze letniej oraz idealnie wyważoną dla skóry typowo tłustej, trądzikowej, problematycznej, która ma problem z odwodnieniem, choć nie cierpi stosować kremów właśnie ze względu na ich toporną i przytłaczającą tłustość. Z tego powodu, na cerach wymagających mocniejszej okluzji, dojrzałej, wysuszonej, krem może okazać się zwyczajnie za lekki - uwidoczni suche skórki, po kilku minutach spotęguje uczucie ściągnięcia, cera będzie nieprzyjemna w dotyku i finalnie mocniej wysuszona. Duże znaczenie ma tu oczywiście aplikacja produktu, gdy potrzebujesz więcej natłuszczenia, krem nakładaj tradycyjnie.

Produkt nie wchodzi w pory, nie powoduje błyszczenia się cery - co więcej, znacznie je ogranicza. Zazwyczaj po większości kremów moja skóra zaczyna się rozpulchniać i świeci się bardziej niż zwykle - tutaj, Water Cream znacząco ograniczył nieposkromiony łojotok i ładnie zwęził pory, znacząco uspokajając skórę. 

Nie koliduje z makijażem mineralnym i typowym kremowym - świetnie sprawdzi się stosowany samodzielnie, jak i jako baza pod makijaż.
Nie rozpulchnia porów, konsystencja mimo przyjemnej kremowości, jest niewyobrażalnie lekka. Water Cream świetnie sprawdza się stosowany pod makijaż oraz w codziennej, porannej pielęgnacji. Lepiej sprawdza się stosowany o poranku, aplikowany wieczorem, może wzmagać łojotok i nie współpracować tak dobrze z cerą.
Water Cream na mojej trądzikowej skórze znacznie lepiej sprawdzał się stosowany rano, a muszę przyznać, że przez pewien czas byłam przekonana, że brak pielęgnacji po przebudzeniu jest lepszy, niż niepotrzebne, rozbudowane kroki, które można jakoś zgrabnie ominąć. Zimą świetnie chronił przed niższymi temperaturami, chociaż nie jest to typowy krem okluzyjny i na niektórych typach cery stosowany przy tak niskich temperaturach zupełnie się nie sprawdzi. Aplikowany wieczorem, czasami powodował niekontrolowane, lekkie błyszczenie, trochę się na mnie tłuścił i jakoś znacznie gorzej zachowywał się na skórze, choć na przykład podczas stosowania retinoidu sięgam po niego już chętniej wieczorem i obserwuję wręcz normalizację cery.


WŁAŚCIWOŚCI PIELĘGNUJĄCE

Krem naprawdę świetnie zgrywa się z cerą. Jego struktura jest bardzo lekka, ale jest w niej pewna przyjemna kremowość, dlatego produkt nie jest aż tak lekki jak esencje, serum, żele, ale nie ma nic wspólnego z kremami, które powodują tylko obrzydzenie wśród posiadaczek typowej, tłustej cery.

Water Cream stosowałam niemalże codziennie w okresie zimowym i moja cera nigdy nie dawała sygnałów, że coś jest nie tak. Co więcej, był to jeden z najlepszych okresów dla mojej skóry - większość przebarwień znacznie się rozjaśniła, rzadko wyskakiwało jakieś ropne ustrojstwo, z zaskórnikami nie miałam żadnych problemów. Nie uważam, by Water Cream odpowiadał za to wszystko, ale nie znam innego kosmetyku o takiej strukturze, który tak świetnie wpływa na skórę nadmiernie rogowaciejącą, gwarantując skomplikowaną, właściwą porcję nawodnienia i natłuszczenia. Zwłaszcza, że zima była dla mnie dość trudna i cera piszczała za każdym razem, gdy miałam wyjść na zewnątrz, a wiadomo czym to się kończy. 

To dotąd jedyny, kremowy preparat, który tak doskonale zmiękczył i stopniowo nawilżał moją cerę.  I nie tylko podczas stosowania, dając krótkotrwałe efekty, sukcesywnie stosowałam go coraz rzadziej, dostrzegając namacalne efekty. Nie jest to tak odżywcza bomba jak Lush Botanicals, Water Cream znacznie lepiej wpisuje się w schemat skóry bardziej problematycznej, z mniejszym zapotrzebowaniem na okluzję, ale nadal potrzebującym nawilżenia. Nie sprawdzi się u osób, które potrzebują porządnego odżywienia raz na jakiś czas, wtedy bardziej polecam mój olejowy eliksir z witaminami, którym ratowałam się podczas mocniejszych przesuszeń >

Z perspektywy kilku, długich miesięcy stosowania Water Cream, mogę potwierdzić jego fenomenalny wpływ na cerę wrażliwą i nadreaktywną. Koi widocznie podrażnienia, niweluje uczucie ściągnięcia i łagodzi rumień. Nawet na skórze uwrażliwonej przez retinoidy,  nie spowodował ani razu pieczenia, nawet podczas aplikacji, a odczuwalnie je łagodził. Odkąd stosuję pielęgnację opartą na biofermentach, moja cera, nareszcie, ma jednolity, ładny koloryt, nie jest tak rozhisteryzowana. Nie mam kraterów zamiast porów, ale nie muszę obawiać się nawilżenia, jakie zapewniają mi stosowane kosmetyki. Widzę również, że przebarwienia pozapalne, które nadal są cholernie uporczywe, lepiej poddają się leczeniu i moja cera jest zwyczajnie ładniejsza. Struktura skóry jest gładka, bardzo miła w dotyku. Czuć ten efekt nawodnienia, wzrost elastyczności i sprężystości, uczucie plumping. 
Doskonale nawadnia i zmiękcza skórę z lekkim zapotrzebowaniem na okluzję i dużym na nawilżenie. Koi, łagodzi, chłodzi. Znacząco uspokaja skórę. Jest doskonale tolerowany, jak na produkt naturalny, o tak bogatym składzie, fenomenalnie sprawuje się na skórze problematycznej i alergicznej. 
Po tak wielu kuracjach, zauważam u siebie niestety większą tendencję do powstawania blizn, nie zauważyłam, aby Whamisa miała na te procesy jakiś pozytywny wpływ, ale na pewno wszystko goi się szybciej. Widoczna poprawa przez inne osoby (bo osobista znacznie szybciej) nastąpiła po około 10 tygodniach regularnego stosowania, choć już przy pierwszej aplikacji kremu, czułam niesamowitą ulgę, delikatne, chłodne mrowienie, orzeźwienie. Poczułam, że coś naprawdę działa i nie jest to kolejne, wstrętne, drogie mazidło.

Bardzo podoba mi się to, że krem nie rozpulchnia porów, podczas nawet regularnego stosowania Water Cream są dosłownie mikroskopijne. Nigdy nie miałam wielkich kraterów, ale wiem jaką można mieć masakrę przy stosowaniu kosmetyków zbyt bogatych w tłuszcze. Dostarczenie emolientów jest u mnie nadal niezbędne i muszę przyznać, że na ten moment Water Cream Whamisa spełnia większość moich bieżących oczekiwań, bowiem wymagam produktu lekkiego, dobrze współpracującego z cerą, ale jednak łagodnie powlekającego, bo zbyt lekka pielęgnacja napędza mi rogowacenie i błędne koło znowu zaczyna się zataczać. 

Krem stosowany rozsądnie, nie powinien nasilić problemu trądziku, w tym również zaskórników - a wręcz go ograniczyć, jeżeli problem dodatkowo nasila zbyt lekka, wysuszająca pielęgnacja i związany z tym nadmierny łojotok lub wzmożone rogowacenie. 

Produkt się nie roluje, nie ślimaczy. Tutaj współpraca z cerą jest wzorowa. To nie są żadne wstrętne, ohydne mazidła, jakie można dostać w większości polskich sklepów.

Jest bardzo lekki, dlatego u osób wymagających odżywienia, może powodować dyskomfort i potęgować uczucie ściągnięcia i wysuszenia. 

Krem nie drażni okolic oczu, nawet jak przypadkiem się do nich dostanie, to bardzo ważne, bo niestety większość naturalnych produktów nie nadaje się do stosowania w tym rejonie...


JAK STOSUJĘ WATER CREAM?

Zawsze mieszam uprzednio w dłoniach, rozsmarowuję, wklepuję delikatnie w cerę. Używam bardzo małych ilości. Stosowany w ten sposób, nigdy nie tłuścił mi cery i wchłaniał się błyskawicznie. Nawet dokładany w następnych porcjach, nie robił mi większej krzywdy.

Gdy okazuje się za lekki, bardzo polecam łączyć go z produktami o wyższej zawartości substancji tłuszczowych, na mojej skórze świetnie sprawdzało się połączenie z Lush Botanicals, In the Air. Możesz również wykorzystać czyste kapsułki z witaminą E, czystą witamina E,D, naturalne tłuszcze, skwalan lub koncentrat z witaminą E LIQ Pharm (a  nawet moje serum olejowe). Krem ma konsystencję podatną na modyfikacje, a mnogość składników wiążących wodę, ułatwia wchłanianie się tłuszczów, dzięki temu dodane tłuszcze nie obklejają tak skóry, jak słabe formuły kremowe, które nie robią ze skórą nic prócz obciążenia. Do Water Cream szczególnie lubię dodawać olejowej witaminy C - pięknie rozjaśnia skórę i to bardzo dobry pomysł na włączenie do pielęgnacji najbardziej stabilnej formy witaminy C, która wymaga tłuszczowej bazy, a to rodzi problemy w pielęgnacji cery, która tych emolientów dużo nie potrzebuje. 

Coraz częściej rozrzedzam Water Cream z esencją, zazwyczaj wtedy, gdy produkt bazujący na samej wodzie jest za lekki, a krem ciut za ciężki. Bardzo lubię takie połączenie z fermentowaną esencją marki Benton, z której działania jestem ostatnio bardzo zadowolona.

SKŁAD

Jest imponujący, a działanie produktu tylko potwierdza mnogość związków aktywnych zawartych w produkcie. Water Cream bazuje na naturalnym ekstrakcie z ryżu i aloesu. Zawiera pewną ilość naturalnych olejów: oliwy z oliwek, oleju z nasion marchwi, pestek moreli, winogron, nasion herbaty białej, oleju avocado, zabezpieczającym przed utratą wilgoci masło shea. Krem ukręcono na wyjątkowo sprzyjających cerze tłustej Olivem-ach, które mocno się mażą, ale chociaż nie zatykają tak porów jak kokosowe odpowiedniki. Ilość związków emulgujących pozwoliła zmniejszyć zastosowana guma natto, która bardzo fajnie zagęściła produkt i nadała mu wyjątkowej konsystencji. Oprócz emolientów, kosmetyk jest szczególnie bogaty w naturalne biofermenty, zawiera najwięcej drogocennego biofermentu z ryżu, który fanatycznie nawadnia i rozjaśnia naskórek. Kosmetyk jest aromatyzowany naturalnymi olejkami eterycznymi - można w nim wyczuć kwiaty, cytrusy i ziołową, odświeżającą lawendę. Zapach uspokaja i koi zmysły, nawet pomimo dużej intensywności podczas aplikacji.

INCI: *Oryza Sativa (Rice) Extract, *Aloe Maculata Leaf Extract, *Daucus Carota Sativa (Carrot) Seed Oil, *Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, **Cetearyl Olivate, **Sorbitan Olivate Natto Gum, *Prunus Armeniaca (Apricot) Kernel Oil, *Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, *Camellia Japonica Seed Oil, *Persea Gratissima (Avocado) Oil, *Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, *Lactobacillus/Rice Ferment Filtrate, *Lactobacillus/Maculata Aloe Leaf/Molasses Ferment Filtrate, *Lactobacillus/Chrysanthemum Sinense Flower Ferment Filtrate, *Lactobacillus/Nelumbo Nucifera Flower Ferment Filtrate, *Lactobacillus/Taraxacum Officinale (Dandelion) Rhizome/Root Ferment Filtrate, ***Scutellaria Baicalensis Root Extract, ***Paeonia Suffruticosa Root Extract, ***Glycyrrhiza Glabra (Licorice) Root Extract, Cyamopsis Tetragonoloba (Guar) Gum, *Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax, Alkanna Tinctoria Root Extract, *Ethanol, Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil, Citrus Aurantifolia (Lime) Leaf Oil, Citrus Medica Limoum (Lemon) Oil, Aniba Rosaeodora (Rosewood) Wood Oil, Silica, Geranium Maculatum Oil, Citrus Aurantium Bergamia (Bergamot) Fruit Oil*Certified Organically Grown (**Natural Origin ***Natural Preservative Ecocert)

OPAKOWANIE, WYDAJNOŚĆ, DOSTĘPNOŚĆ

To już nieaktualne, ale mój krem trafił do mnie jeszcze w porządnym, szklanym, odkręcanym słoiczku z plastikową szpatułką do nabierania produktu. Szkło jest masywne, ciężkie, porządne. Myślę, że tubka jest bardziej poręcznym rozwiązaniem, ale produkt stracił swój urok i jednak należę do tradycjonalistów, kosmetyki naturalne, a zwłaszcza tak aktywne biologicznie, chętniej przechowywałabym w szkle. 

Wydajność jest oszałamiająca, zalecana data przez producenta (6 miesięcy) może być spokojnie przekroczona, ponieważ zawarte biofermenty i olejki eteryczne w kremie, to naturalne, bardzo silne konserwanty. Produkt, jak na naturalny produkt, trzyma się u mnie w stanie niezmiennym już przez kilka, długich miesięcy i nie widzę żadnej różnicy w konsystencji, zapachu, działaniu. Relacja cena - wydajność- działanie, w moim odczuciu jest rewelacyjna. 

Piękna, prosta, naturalna, niepstrokata (i nieinfantylna, co często w koreańskich kosmetykach bywa) szata graficzna, porządne opakowania wykonane z wysokiej jakości tektury. Wszystko jest tak, jak być powinno. 

Zapach bardzo naturalny - lekko kwiatowy, wodny, przyjemny, szybko się ulatnia. Czuć w nim przyjemną kremowość, mleczność. 

Dostępność - muszę podziękować Madzi (której bloga serdecznie polecam, koniecznie wpadajcie, jeżeli interesujecie się azjatycką pielęgnacją!>) za sprowadzenie tych kosmetyków prosto z Korei i dostarczenie mi ich w bardzo korzystnej cenie. W Polsce oficjalnym dystrybutorem kosmetyków Whamisa jest Skin79, warto polować na promocje. 

Cena kremu waha się od 100 do 149 złotych. Myślę, że jest to cena jak najbardziej do przełknięcia, zwłaszcza, gdy są spore problemy z nawilżeniem problematycznej skóry. 

KOMU POLECAM

Osobom z cerą bardzo wrażliwą, reaktywną i nadwrażliwą cerą, których podrażnia większość produktów do pielęgnacji. Konsystencja kremu sprawdzi się również wspaniale na cerach trądzikowych, problematycznych, odwodnionych, silnie reaktywnych. Polecam szczególnie osobom z zapaleniem mieszków włosowych (krem znacząco łagodził nieprzyjemne objawy oraz swędzenie), trądzikiem różowatym, łojotokowym zapaleniem skóry oraz zadbanym cerom tłustym, które potrzebują nawodnienia i zmiękczenia, a kręcą nosem na zbyteczną okluzję :)

U KOGO SIĘ NIE SPRAWDZI

U osób z większych zapotrzebowaniem na okluzję. Krem będzie nieprzyjemnie ściągał skórę i za szybko wysychał. Może być za lekki dla cery dojrzałej w kierunku suchej, chociaż może sprawdzić się jako codzienny, poranny krem. 

ARTYKUŁ NIE JEST SPONSOROWANY.


Pozdrawiam,
Ewa